Szkolna potańcówka z Patrickiem Wolfem – relacja z koncertu we Wrocławiu

16 List

Kameralna atmosfera oraz wiek i zachowanie najmłodszych fanek artysty to tylko niektóre elementy, które sprawiły, że czułem się tam jak w na amerykańskim High School Prom, a że przy okazji był to najlepszy prom w życiu? To już oczywiście zasługa niezrównanego Patricka Wolfa…

Ale zacznijmy od początku, czyli od godz. 19.00. Kiedy przyjechalismy na miejsce, przed wejściem do klubu kłębił się już niezły tłumek. Oczywiście właściwie nie wiadomo było czy to kolejka do szatni czy nie, bo część ludzi pozbyła się kurtek, część zaś nie zdążyła. A może przestali je przyjmować? Tak czy owak po kilkunastu minutach przepuszczono ludzi do „następnej bramki”, czyli ochrony i bileterów, umieszczonych na szczycie schodów. Tłum nastolatków (w przewadze płci żeńskiej…) rzucił się na górę z głośnym piskiem. „Tak jest zawsze” – skwitowały koleżanki, dla których był to trzeci już koncert artysty.

Potem było już spokojniej, m.in za sprawką przynudzającego supportu (Chinawoman – smędzące indie w średnio strawnej formie). W końcu parę minut po 21 przygasły światła i tłum jeszcze kilka dobrych minut poskandował i poklaskał, nim na scenie pojawił się czarnowłosy (obecnie) Wolf. Jednak już po pierwszych dźwiękach „Hard Times” zaczął się szał, a na „Time of my life” chyba nikt już nie stał sztywno – wszyscy się bawili…

Nie od parady napisałem w tytule o potańcówce szkolnej… Sala była malutka, widzów ledwie kilkuset. Nawet dekoracje sceny – namalowane farbą miasto na ogromnej płachcie i dwa domki po bokach sceny – przypominały dekoracje ze szkolnego przedstawienia. Może właśnie dzięki temu, jak równiez dzięki niezaprzeczalnemu talentowi wokalisty, ten wieczór będę wspominał jako jeden z lepszych, a na pewno najbardziej magicznych koncertów, jakie w ostatnim czasie widziałem. Patrick nie zawiódł fanów i prócz praktycznie całej nowej płyty zagrał też kilka starszych, uwielbianych przez fanów numerów, wśród których znalazły się m.in „Pigeon song” czy „The gipsy king” oraz ulubione przez fanów single (w fenomenalnych aranżacjach) „Tristan” czy „Magic position”. Wrażenie zrobiło też na mnie bogate instrumentarium (poza DJ’em, gitarą basową, bębnami i klawiszami była też harfa, skrzypce, saksofon oraz oczywiście ukochane przez artystę ukulele). Ci, którzy już widzieli Wolfa live oczywiście wiedzieli, czego się spodziewać. Ja osobiście byłem pozytywnie zaskoczony…

Czekał nas niestety tylko jeden, ewidentnie zaplanowany bis i ok 23.00 było już po wszystkim. Nie widziałem jednak po wyjściu z klubu nikogo, na kogo twarzy nie gościłby ogromny uśmiech.  Ja zaś wiem jedno – to na pewno nie był ostatni koncert Patricka Wolfa jaki widziałem…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: