Archiwum | Grudzień, 2011

Trailery na ringu: Rock of Ages vs. Joyful Noise

30 Gru

 

Dziś musicalowo. Musicale filmowe to temat niełatwy. Wystarczy spojrzeć na bardzo utalentowanego Roba Marshalla – stworzył jeden z najlepszych filmowych musicali w postaci „Chicago” i kompletny gniot w postaci „Nine”. Dziś spojrzymy na dwa musicale, które wydają się być z zupełnie innych półek.

„Joyful Noise”. Składniki: zapomniana gwiazda Dolly Parton i Queen Latifah, która bywa dobra a bywa też żenująca. Do tego gospelowe wersje znanych piosenek, tandetny i nieco toporny dowcip i młodzi piękni wykonawcy. Data premiery sugeruje filmową zapchajdziurę, którą raczej trzeba ominąć szerokim łukiem.

Zupełnie inaczej sprawa ma się z „Rock of Ages”. Po pierwsze: Adam Shankman, którego „Hairpsray” może nie było arcydziełem, ale oglądało się świetnie. Po drugie – obsada. Szanuję większość aktorów, których tu widzę z Aleckiem Baldwinem na czele. Do tego przeboje lat 80-tych, głównie z nurtu pudelrocka i tym podobnych. Mam niejasne przeczucie, że ten film będzie moją wielką guilty pleasure nadchodzącego lata.

Podsumowanie 2011: Płyty na ringu

29 Gru

To był dobry rok w muzyce, obfitujący w propozycje zarówno nowe jak i w sprawdzone marki. Tak w muzyce jak i w kinie  w mainstreamie królowało przeciętniactwo, a najwięcej miłych zaskoczeń dostarczali debiutanci i szeroko pojęta alternatywa. Wśród moich prywatnych rozczarowań znalazło się m.in Coldplay, które poszło w totalny pop (co niektórym bardzo się podobało) czy Lady Gaga, która nie była w stanie powtórzyć sukcesu swych poprzednich dwóch płyt. Solidnie wypadło Radiohead, powróciła w wielkim stylu Kate Bush, natomiast symfonicznie hity swe nagrał Peter Gabriel. Ostatnią piosenkę z Tonym Bennettem nagrała Amy Winehouse, a o ustach Lany del Rey rozdyskutował się cały świat. PJ Harvey nagrała kolejny genialny album, który jak zwykle nie do każdego trafi, za to absolutnie cały świat nucił kolejne single z repertuaru Adele i Rihanny. Z zalewu kilkudziesięciu przesłuchanych w całości albumów wybrałem te, które najbardziej do mnie trafiły w tym kończącym się roku. Oto pierwsza dziesiątka:

10. Oh Land – Oh Land

Dwadzieścia sześć lat ma w metryce pochodząca z Danii Nanna Øland Fabricius, która ukrywa się pod pseudonimem Oh Land. Jak dla mnie udowodniła ona, że w Skandynawii potrafią robić naprawdę solidny, melodyjny i wpadający w ucho nienachalny pop. Taki pop z klasą, którego nie wstyd słuchać wśród znajomych.

9. Future Islands – On the water

Dziwna, melancholijna muzyka taneczna. Tak określiłbym ten album, choć sporo tutaj też ballad. Unikalna barwa wokalisty oraz niebanalne słowa piosenek sprawiają, że ten album na długo zapada w pamięć. Trio pochodzi z Baltimore, ale grupa powstała w Greenville w Karolinie Północnej gdzie panowie uczęszczali na uniwersytet. Jeśli o nich nie słyszeliście, naprawdę warto nadrobić zaległości i przesłuchać ten krążek.

8. Beyonce – 4

Wiele osób nie lubi tej płyty. Ja jednak zgadzam się z tym, co usłyszałem gdzieś po jej premierze – to jest płyta nagrana przez artystkę, która nie musi już nikomu nic udowadniać. I dla mnie to idealnie podsumowuje ten stylowy i stylizowany na dokonania wytwórni Motown album. Nic dziwnego, że Beyonce wydała z niego aż 7 singli. Każdy utwór tutaj jest po prostu zwyczajnie tak dobry, nawet jeśli nie są to piosenki aż tak chwytliwe jak na poprzednich albumach wokalistki.

7. Lykke Li – Wounded rhymes

Płyta dobra od pierwszej do ostatniej nuty, o czym zresztą wspominałem w swojej recenzji tego krążka. Bunt i furia obok lirycznych ballad. Stylowy pop w alternatywnym sosie. Nie wiem, co jeszcze na temat tej płyty mogę dodać poza tym, że rzadko sa płyty na których nie ma moim zdaniem ani jednej słabej piosenki. Na „Wounded rhymes” faktycznie ich nie ma.

6. Gotye – Making Mirrors

Wouter „Wally” De Backer czyli Gotye to multiinstrumentalista, który nagrał najlepszą moim zdaniem piosenkę roku. Przesłuchując album pierwszy raz spodziewałem się płyty innej, niż otrzymałem. Każda piosenka jest tutaj inna, a cały album z niespójności czyni swój największy atut. Poza znanym już chyba każdemu „Somebody…” na krążku Australijczyka znajduje się jeszcze całkiem sporo naprawdę udanych kompozycji, a ilość pracy i pasji, jaką wkłada w tworzenie tej muzyki Gotye budzi mój ogromny szacunek.

5. Bon Iver- Bon Iver

Zespół Justina Vernona pokazał, że nie istnieje dla nich coś takiego jak syndrom drugiej płyty. Świeżo na fali zdobytej nominacji do Grammy postanowiłem kilka tygodni temu zapoznać się w końcu z tym albumem i nie mogę się od tego czasu od niego uwolnić. To prawdziwa muzyczna podróż, pełna zaskoczeń, wzruszeń i pięknych pejzaży. Naprawdę warto ją odbyć.

4. The Antlers – Burst Apart

Ulubiona płyta Bono w tym roku. Nic to dla Was nie znaczy? Hm, no to może znowu: bogate kompozycje, niebanalne słowa, piękny wokal i ogromne muzyczne obycie i intuicja. To, co trzech chłopaków z Brooklynu tu prezentuje, to naprawdę świeże i ujmujące spojrzenie na muzykę mieszającą gatunki – rock, folk, pop. Ciężko to zakwalifikować, ale bardzo łatwo się od tego uzależnić.

3. Florence + The Machine – Ceremonials

Uwielbiałem debiut Florence Welch. „Lungs” było płytą, która chyba najdłużej siedziała w moim Ipodzie bez przerwy. Czyli w sumie jakieś półtora roku. „Ceremonials” chyba nie powtórzy tego rekordu, ale to zwyczajnie dlatego, że muzyki wartej uwagi jest z każdym rokiem coraz więcej. A przynajmniej takie odnoszę wrażenie. Ja tę płytę i jej pompatyczny styl uwielbiam, ale to nie jest propozycja dla każdego. Zresztą w tej chwili to już chyba nic nie jest pozycją dla każdego. „Ceremonials” mnie oczarowało i, w przeciwieństwie do wielu krytyków, nie uważam tej płyty za nudną.  Ale, jak wiadomo, gdzie 2 osoby tam 3 zdania. Moje jest takie, że to fantastyczny krążek, z którym grzechem jest się nie zapoznać.

2. M83 – Hurry Up, We’re Dreaming

Nie przepadam za dwupłytowymi albumami z zasady. W 99% procentach oznacza to, że artysta ma przerośnięte ego i nie umiał się zdecydować an wycięcie części piosenek, co w miarę obiektywny słuchacz zrobiłby w kilka minut. Płyta Anthony’ego Gonzaleza należy jednak do tego brakującego 1%. Emocje z filmów Johna Hughesa zmieszane z dźwiękami Cut Copy albo innymi słowy coś co powstałoby z połączenia Harolda Faltermeyera, Simple Minds i Petera Gabriela.  Niesamowite wokalizy, piękne rytmy i dużo syntezatorów. To recepta na jedną z najlepszych płyt roku.

1. Foster The People – Torches

Rzadko się to zdarza. Album popowy, z którego każda piosenka mogłaby być singlem. Przy tym jednocześnie, mimo określonego stylu, nie jest na tym albumie ani nudno ani głupio. Zaczarował mnie „Houdini”, rozbawiło „Call It What You Want”, uwielbiam tańczyć do „Helena Beat” i nie mogę przestać nucić „Warrant” – praktycznie ciężko mi wybrać ulubioną piosenkę z tej płyty. Co jednak najważniejsze, słucham jej od czerwca i chyba nie było tygodnia w tym roku, bym sobie przynajmniej raz jej nie włączył. A to dla mnie najlepsza rekomendacja dla albumu roku.

Wyróżniłbym pewnie z kolejnych 10 płyt: Bjork, Metronomy, SBTKRT, Washed Out, The Rapture, Big Talk, Ben Howard, Rustie, St. Vincent czy kolejna świetna płyta The Black Keys. Ale moja 10 ostatecznie wygląda tak, jak powyżej.

Podsumowanie 2011: Bohaterowie roku

28 Gru

Czas między świętami a nowym rokiem to czas podsumowań. Czysto subiektywnie, jak zwykle, wybrałem więc szóstkę postaci – po 2 ze świata telewizji, muzyki i kina – które podbiły w tym roku wyobraźnię widzów i słuchaczy.

KINO: Ryan Gosling

Uwodził i bawił w „Kocha, lubi, szanuje”, zwodził i mącił w „Idach marcowych” oraz kopał dupę pod każdym względem w „Drive”. Trzy bardzo różne oblicza, jakie w tym roku zaprezentował w kinie 31-letni kanadyjski aktor sprawiły, że z bardzo dobrego aktora stał się ikoną swojego pokolenia, symbolem seksu i jednym z najbardziej utalentowanych aktorów świata. Dwie z jego ról otrzymały już nominacje do Zlotych Globów. W przyszłym roku zobaczymy go m.in w „Gangster Squad”, kolejnych filmach twórców „Blue Valentine” i „Drive” oraz w nowym filmie Terrenca Malicka.

TV: Emmy Rossum

Karierę zaczęła jako kilkulatka w Metropolitan Opera. Nie podbiła masowej publiczności ani rolami filmowymi („Upiór w operze”), ani wydaną w 2007 roku solową płytą „Inside out”. Zrobiła to dopiero w 2011 w telewizji, gdzie ukradła Williamowi H. Macy serial „Shameless”. Komediowa historia o patologicznej rodzinie Gallagherów szybko zdobyła uznanie publiczności, a Rossum będąca w rodzinie głosem rozsądku wyrosła na główną postać serialu, bohaterkę męskiej wyobraźni (dzięki paru odważnym scenom) oraz na łącznik między widzem a bohaterami – postać, której w tym serialu się kibicuje i dla której się ten serial ogląda. Nie lada sztuka. Oby tak dalej.

Muzyka: Foster The People

Pierwszy raz „Pumped up kicks” zagwizdałem jakoś w czerwcu 2010 roku (to nie pomyłka), kiedy odkryłem ten kawałek na jednym z muzycznych blogów. Pod koniec 2010 roku karierę zaczęli im wróżyć wszyscy specjaliści od alternatywy. W połowie 2011 roku „Pumped up kicks” grało nawet radio Eska, nie wspominając o całej reszcie mainstreamu. FTP zaczęli występować w amerykańskiej telewizji, grać na największych scenach znanych festiwali i podbijać serca publiczności oraz notowania Billboardu. Męskie trio z Kalifornii wydało też w końcu pierwszy album – doskonałe „Torches”. Czy za dwa lata będą dalej na topie czy zapomnimy o nich jak o „MGMT”, to się okaże. Póki co jednak, to był zdecydowanie ich rok.

TV: Naya Rivera

To się nazywa ewolucja postaci i zdarza się rzadko. Jako cheerleaderka Santana Lopez w serialu „Glee” Rivera najpierw stanowiła element tła, okazjonalnie mistrzowsko i złośliwie pointujący poczynania pozostałych postaci. W drugim sezonie w końcu dostała swój własny wątek oraz pokazała, że potrafi doskonale śpiewać, czego jej postać początkowo robić nie miała. W rozpoczętym we wrześniu sezonie trzecim postać Santany wychodzi notorycznie na pierwszy plan, a jej lesbijski coming out stał się najgorętszym wątkiem sezonu. I pomyśleć, że kilka lat temu grała tylko epizody w serialach, a najbardziej znana była z listy najgorętszych lasek magazynu „Maxim”. W maju podpisała kontrakt na solową płytę. Jak twierdzi w wywiadach, pisze też scenariusze. Ta dziewczyna naprawdę ma warunki by zostać megagwiazdą.

FILM: Jessica Chastain

„Dług”, „Drzewo Życia”, „Służące” oraz nieznany jeszcze polskiej publiczności „Take Shelter”. Podobnie jak Ryan Gosling wśród mężczyzn, Chastain pokazała kilka bardzo różnych oblicz w kończącym się właśnie roku. Podobnie jak wiele młodych aktorek, zaczynała od epizodów w serialach – m.in „ER” czy niedocenionej „Veronice Mars”. Na dużym ekranie zadebiutowała w niezależnym filmie „Jolene”. Za każdą z zagranych w tym roku ról Chastain zdobywa świetne recenzje oraz kolejne nagrody. „Służące” przyniosły jej nominację do Złotego Globu z ogromną szansą zarówno na statuetkę, jak i na nominację do Oscara. „Drzewo życia” nagrodę Złotej Satelity, a rola w „Take Shelter” nominację do Independent Spirit Award. Rzadko zdarza się, by czyjaś kariera rozpoczęła się z podobnym hukiem.

MUZYKA: Nicki Minaj

O niej napisałem już spory artykuł na początku tego roku. Wróżyłem jej wtedy ogromną karierę i nie myliłem się. Minaj idzie jak burza. Jej ostatni singiel „Super Bass” był w pierwszej dziesiątce hitów min w Wlk. Brytanii, USA, Australii i Kanadzie. Minaj spędziła lato koncertując z Britney Spears, rapując u Davida Guetty czy śpiewając wspólnie z M.I.A w najnowszym singlu Madonny, który ukaże się w ciągu kilku najbliższych tygodni. Sama też nie próżnuje, kończąc pracę nad drugim albumem solowym, z którego pierwszy singiel „Roman in Moscow” można już usłyszeć w internecie. Autorem piosenki jest alter ego wokalistki – Roman Zolanski – który ma byc głównym bohaterem nowej, bardziej hip-hopowej niż debiut płyty. „Pink Friday: Roman Reloaded” ukaże się 14 lutego 2012 roku.

TV or not TV: Misfits – sezon 03

27 Gru

„Misfits” to ciekawy eksperyment telewizyjny. Podobna historia potraktowana na serio nie wyszła kilka lat temu Amerykanom (nieszczęsne „Heroes”, które posypało się po pierwszym, nota bene dobrym sezonie). Parodii „X-menów” na ekranie trochę już było. Mimo to jednak kombinacja odnoszącego sukcesy „Skins” z „X-men” czy „herosami” dała rezultat, który zachwycił zarówno krytyków, jak i publiczność, przynosząc autorom m.in nagrodę BAFTA. historia opowiada o bandzie nastolatków wykolejeńców, którzy odrabiając różne przewinienia w ramach służby publicznej zostają wskutek dziwnej burzy wyposażeni w moce. Nie jest to jednak typowa historia o superbohaterach, a bardziej pełna typowo brytyjskiej ironii i czarnego humoru parodia gatunku.

Po świetnym pierwszym sezonie pojawił się drugi, w którym scenarzyści zdawali się pójść w nieco bardziej poważną stronę. Odniosłem też wrażenie, że nieco niepotrzebnie wszystko pokomplikowali, prowadząc do dziwnego finału, w którym bohaterowie postanowili pozbyć się zdobytych mocy. Wysilony finał umiarkowanie udanego sezonu otworzył jednak furtki scenarzystom do sezonu trzeciego, którego emisja w brytyjskiej telewizji właśnie się zakończyła.

Przyznam szczerze, że sezon trzeci chwycił mnie od pierwszego odcinka, w którym bohaterowie dostają nowe, jeszcze bardziej odjechane moce. Trzeci sezon obfituje w cała masę niespodzianek, czasami wziętych naprawdę z kosmosu. Jednocześnie jednak scenarzyści domykają pewne wątki napoczęte w poprzednich sezonach, w szczególności motyw Simona i jego „przyszłej wersji”, która ratowała bohaterów z opresji w sezonie drugim. W sezonie trzecim dowiecie się m.in czy superbohaterom wypada zabić kota-zombie, co zrobiłby Hitler z przypadkowo znalezionym telefonem komórkowym, czy można zajść w ciążę będąc facetem i wielu innych równie ciekawych rzeczy. Mimo tego, że sezon nie jest równy i obok odcinków fantastycznych zdarzają się fabularne średniaki, „Misfits” to mroczna, zabawna i godna rozrywka. Plusem jest też ostatni odcinek, który pełen jest niespodzianek, ale który będzie w pełni czytelny tylko dla wiernych, znających poprzednie serie fanów. Na co więc czekacie? Czas zapoznać się z „Misfits”.

Video of 2012: Friends – I’m his girl

27 Gru

Brooklyn to ewidentnie prawdziwa kopalnia talentów, wypluwająca co roku kilkadziesiąt kapel, z których kilka przebija się do masowej wyobraźni i wbija w aktualne nurty indie, a często nawet i w popkulturowy mainstream. Samantha Urbani i jej ekipa ma na to ogromne szanse, o czym doskonale świadczy ich drugi singiel – „I’m His girl”. Czy w 2012 roku zachwyci nas ich cała płyta, czy też będą jedną z wielu kapel „jednego hitu”, to okaże się na przestrzeni najbliższych miesięcy. W międzyczasie posłuchajcie tej doskonałej popowej piosenki.

http://www.myspace.com/friends

Niedziela z… najlepszymi piosenkami 2011

25 Gru

Oczywiście nie powinienem pisać najlepsze. Nie mam ani muzycznego wykształcenia ani wystarczającego autorytetu. Powinienem zatem napisać „ulubione”. Jednak to mój blog i mogę sobie pisać, co chcę, a „najlepsze” brzmi oficjalniej i poważniej, więc właśnie tak będzie. Dość jednak wstępu, czas zacząć odliczanie.

20. The Rapture – How Deep Is Your Love?

Kawałek, który krążył gdzieś wokół mnie przez większość roku. Pojawiał się w różnych remiksach, by w końcu dzięki listom podsumowującym rok ujawnić mi cały, świetny album The Rapture.

19. Lady Gaga – The Edge Of Glory

Wiem, że Gaga polaryzuje ludzi. jedni ją kochają, inni kochają jej nienawidzić. Dla mnie wystarczy obejrzeć to video, by zobaczyć jak wielki ma muzycznie talent. Ta piosenka jest tak przy okazji naprawdę udana, nawet w wersji studyjnej.

18. The Naked And Famous – Young Blood

Soundtrack wczesnej wiosny, a potem całego lata. Nostalgia jakaś we mnie się budzi za każdym razem, jak słyszę tę piosenkę. Indiepopowy hymn przypominający mi „Kids” MGMT.

17. Aloe Blacc – I Need a Dollar

Za każdym razem jak słyszę ten kawałek i zamykam oczy, widzę chórek złożony z cyganek tańczących na Rynku w Kazimierzu Dolnym, gdzie cyganka wyłudziła ode mnie 20 zł, a ja do dziś nie wiem jak to się stało. Ta piosenka poleciała tego dnia w aucie chyba z 50 razy i za każdym razem towarzyszyły jej salwy śmiechu.

16. Bernhoft – Cmon Talk

Nie mogłem uwolnić się od tego kawałka, odkąd go usłyszałem. Towarzyszy mi tak od ponad miesiąca i pewnie dlatego, zupełnie nieobiektywnie, trafia na tę listę. Ale z piosenkami jak z zauroczeniami – szybko wpada się po uszy…

15. Cults – Go outside

Kolejna piosenka kojarząca mi się z latem, słońcem i szeroko pojętym chilloutem. Szkoda, że cała płyta nie była taka dobra jak ten kawałek.

14. College feat. Electric Youth – A Real Hero

Kto był na „Drive” ten na pewno wyszedł nucąc ten kawałek. Filmowy hit oddawał hołd latom 80-tym i ich stylistyce i taka też jest ta piosenka. Zamykam oczy i widzę Ryana Goslinga w kurtce ze skorpionem… Mistrz!

13. Ben Howard – Old Pine

O tej piosence już pisałem, odsyłam więc do tamtego wpisu.

12. Purity Ring – Lofticries

Dziwne. Bardzo dziwne. Ale uzależniające. W moim przypadku na długo. Na tyle długo by trafić do tego zestawienia.

11. Justice – Civilization

Tę piosenkę wrzucałem już ze dwa razy na bloga. Uwielbiam jej słuchać, idealna do słuchania w drodze na imprezę lub do biegania.

10. Florence + The Machine – Spectrum

Długo się wahałem, którą piosenkę z tej płyty lubię najbardziej. Od paru dni podchodziłem do tego wyboru. I za każdym razem intuicyjnie wybierałem „Spectrum”.

9. The Antlers – I don’t want love

Na smutne samotne wieczory…

8. Chase & Status ft. Liam Bailey – Blind Faith

I na porządne imprezy… „The music that we play will ease your mind”… Kocham atmosferę tej piosenki. I klip z brytyjskimi wieśniakami też. Tę piosenkę wybrałbym na soundtrack do finałowej sceny filmu o mnie.

7. Julia Marcell – Echo

Pierwsza polska piosenka w zestawieniu. Przyznaję, że za wiele polskich płyt w tym roku nie przesłuchałem. Za to Julia rozwala mnie za każdym razem. Piękny kawałek.

6. The Botaniks feat. Bernhoft – Fond of Jane

Stylowo, tanecznie no i Jarle Bernhoft na wokalu. Uwielbiam tę piosenkę i mogę słuchać prawie codziennie.

5. Adele – Someone like you

To był jej rok. Nagrała płytę, którą zachwycił się cały świat. Teraz ponoć ma wciąż jakieś kłopoty zdrowotne. Oby jak najszybciej wróciła do zdrowia. I śpiewania oczywiście.

4. Nosowska – Nomada

Ależ to jest kawałek. Słowa i muzyka po prostu miażdżą za każdym razem, nieważne ile razy już się te piosenkę słyszało. Katarzyna Nosowska jest niepowtarzalna, a ta piosenka jest najlepszą z jej płyty „8”.

3. Lana del Rey – Video Games

O Lanie pisałem już kilkakrotnie. Rok 2012 będzie dla niej tym, czym 2011 dla Adele – tego jestem pewien…

2. M83 – Midnight City

Długo się wahałem, czy to był dla mnie numer jeden czy numer dwa w tym roku. Anthony Gonzalez pokazał w tym roku, że jest muzycznym geniuszem, nie po raz pierwszy zresztą.

1. Gotye feat. Kimbra – Somebody That I Used to Know

Piosenka, która z tego co widzę dopiero opanowuje masową wyobraźnię Polaków, sądząc po ilości wrzuceń tego na Facebooka moich znajomych. Pewnie za jakieś pół roku wszyscy będą mieli jej dosyć, ale póki co to chyba absolutny numer jeden w tym roku.

I to tyle. Przyjdzie jeszcze czas na podsumowanie roku w innych dziedzinach, ale to już w tygodniu zapewne. Raz jeszcze: Wesołych Świąt 🙂

Już w kinach: Mission Impossible: Ghost Protocol (recenzja)

25 Gru

Reż. Brad Bird

Wyk. Tom Cruise, Paula Patton, Jeremy Renner, Simon Pegg

Data premiery (Polska): 26.12.2011r. 

Nieco wymęczony cykl powrócił z czwartą częścią, która nawiązuje bezpośrednio do poprzednich filmów, wydobywa komediowy potencjał serii i tchnie w nią nieco nowego życia.

Ethan Hunt i jego drużyna zostają oskarżeni o zbombardowanie Kremla, co kończy się rozwiązaniem szpiegowskiej agencji IMF. Hunt rusza w pościg za prawdziwymi sprawcami, którzy planują rozpętać na świecie nuklearne piekło.

Na początku warto ustalić, co sądzę o całym fabularnym cyklu MI. Pierwszy film Briana de Palmy uważam za bardzo dobre kino akcji z wciągającą i niegłupią fabułą. Dwójka Johna Woo to chyba jego najgorszy film. Poza muzyką Zimmera była to straszna szmira. Trójka J.J. Abramsa była niezła głównie dzięki kreacji Philipa Seymoura Hoffmana, ale nie miała ani jednej ciekawej sekwencji akcji, co w kinie akcji uważam jednak za niezbędne. Teraz zaś pojawia się „Ghost Protocol”, który mile mnie zaskoczył przynajmniej kilka razy.

Reżyserii nowego filmu z cyklu MI podjął się Brad Bird, dotąd twórca znany wyłącznie z animacji Pixara. „Ghost Protocol” to jego fabularny debiut i, nie ma co tego ukrywać, Brad Bird jest piekielnie zdolnym reżyserem mającym oko do kina akcji. Fascynację starymi filmami o Bondzie widać już było w jego animowanych „Iniemamocnych”, tutaj jednak stworzył nowoczesny film, korzystający z wszystkich cudów techniki, ale mający elegancję, styl i pewną naiwność właściwą właśnie starym filmom z lat 60-tych. Mimo paru kiksów i kompletnie niewiarygodnej fabuły ogląda się ten film w napięciu, bo zrobiony jest z ogromną pasją, profesjonalizmem i, może przede wszystkim, sercem. Za to wszystko ogromne brawa dla reżysera.

Równie spore brawa za utrzymanie nie do końca poważnego tonu, za co współodpowiedzialny jest Simon Pegg, brytyjski komik występujący na ogół w duecie z Nickiem Frostem („Hot Fuzz” czy „Shaun of the Dead”). To on nadaje filmowi pewien dodatkowy luz, dzięki czemu nie wszystko brane jest tu śmiertelnie serio, a to z kolei powoduje, że zamiast przewracania oczami po prostu się uśmiechamy.

Sekwencje akcji równie często jak z komputerów korzystają tu z Toma Cruise’a, co zapewne widzieliście już na promocyjnych plakatach, na których widać najwyższy na świecie hotel Burdż Khalifa i wspinającego się na wysokości 130-go piętra Toma Cruise’a. Można go i jego megalomanii nie lubić, ale oddania dla sprawy i odwagi odmówić mu się nie da (Cruise w minimalnym stopniu korzysta z dublerów). Reszta obsady radzi sobie z materiałem bardzo dobrze, co najważniejsze jednak, pozwala im na to scenariusz. Każdy poprzedni film toczył się wyłącznie wokół Hunta. Tym razem mamy większe poczucie, że w akcji obserwujemy zgrany team. I to jest super, bo nawiązuje do oryginalnego serialu. Całości dopełnia klasyczna muzyka Michaela Giachccino, stylizowana nieco na oryginalne dokonania Lalo Schifrina. Bywa jednak irytująca wygrywając muzyczne stereotypy (jak widzimy Kreml to słychać złowrogie męskie chóry, jak Indie muzykę jak z Bollywood itd.), co bywa irytujące.

Jeśli zatem ktoś szuka oldskulowej rozrywki z sekwencjami akcji, w których dla miłej odmiany widać cały czas, co jest grane, to „Ghost protocol” go nie rozczaruje. Zatem wyłączcie mózg i bawcie się dobrze.