Archiwum | Styczeń, 2012

Trailery na ringu: dobry thriller nie jest zły

31 Sty

Dziś dwa nowe trailery z szeroko pojętego gatunku thrillerów.

Pierwszy to kręcony w Hiszpanii z amerykańskimi aktorami film francuskiego reżysera arabskiego pochodzenia (uff!) z popularnego niegdyś gatunku „zwykły człowiek wplątany w niezwykłą aferę”. Fabuła przypomina nieco „Frantic” Polańskiego. Muzyka w trailerze jak i obsada obiecująca. Zobaczymy, kiedy pojawi się w naszych kinach co wcześniej napiszą zachodni recenzenci.

Drugi to thriller „na światowym poziomie”, jak reklamuje go ITI. Za kamerą związany z Teatrem 6 Pietro Eugeniusz Korin. Wyczucie teatru niewątpliwie ma, czy poradzi sobie w filmie? Zobaczymy. Obsada „po byku” (Olbrychski, Żebrowski, Malaszyński, Fronczewski,  Seweryn), trailer hmmm powiedzmy, ze niezły. ITI „Listami do M.” pokazało, że polskie kino komercyjne nie musi być żenujące. Zobaczymy jesienią.

My week with… Madonna (cz. 1)

31 Sty

Ok. Najpierw się wytłumaczę. „Niedziela z…” szybko mnie przerosła, choć formuła uważam jest dobra, ale będę ją stosował nieregularnie, choć postaram się co tydzień, tyle że w różne dni stąd tytuł: „My week with…”

No i pierwszy powód już jest. W nocy pojawiła się okładka 12 studyjnej  płyty Madonny, która dopiero co zakończyła w mediach promocje swojego drugiego filmu „W.E”, a już zabrała się za promocję nowej płyty, która ukaże się w marcu. Okładkę możecie zobaczyć powyżej, i początkowo ten wpis miał dotyczyć porównania okładek płyt Madonny (w mojej opinii niezła, nieco zbyt przypomina coś co już zrobiła Kylie) i Edyty Górniak (pseudo psychodeliczny koszmarek). Zdecydowałem się jednak na prywatny ranking płyt Madonny. Od najlepszej do najgorszej – oczywiście w czysto subiektywnym ujęciu.

1. Ray of Light – 1997

Chyba nikt nie może być zdziwiony. Siódmy studyjny album Madonny jest uważany za jej najlepszy w karierze, a także wg. wielu rankingów za jeden z najlepszych albumów pop w historii. Jeśli Madonna będzie słuchana za 100 lat, to właśnie dzięki temu albumowi.  Do tego albumu wracam najczęściej.

Ciekawostka: Album zajmuje 10 miejsce w rankingu 100 Best Albums of All Time VH1, 29-te miejsce w identycznym rankingu Rolling Stone, 33-cie na liście magazynu Q i również 29-te na liscie magazynu Mojo.

Single: Frozen, Ray of Light, Drowned World/Substitute for Love, Nothing Really Matters

2. Confessions on a Dance Floor – 2005

Tu już pewnie będzie kontrowersja, że moim drugim ulubionym albumem nie jest coś ze „starych dobrych lat 80-tych”, ale to był jeden z tych albumów, gdzie w prawie każdej piosence zakochałem się od pierwszego przesłuchania. Soundtrack idealny do mojego ówczesnego miejsca zamieszkania – Barcelony. Madonna z pomocą Stuarta Price’a (znanego też z projektów Zoot Woman, Les Rhytmes Digitales oraz jako Jacques Lu Cont) nagrała album, który był jej najbardziej tanecznym i rozrywkowym od czasu debiutu. A jednocześnie wyglądał jakby był nagrany bez wysiłku. Szkoda że Madonna nie potraktowała tego jak pożegnania z parkietem, bo im robi się starsza tym na parkiecie robi się ciaśniej.

Ciekawostka: album jest pomyślany jako historia życia Madonny, pojawiają się odniesienia do piosenek ze starszych płyt np. „Hung Up” zawiera fragment słów identyczny z piosenką „Love song”, którą Madonna nagrała z Princem na album „Like a Prayer”.

Single: Hung Up, Sorry, Get Together, Jump

3. True Blue – 1986

Trzeci album Madonny i pierwszy, który naprawdę pokazał coś więcej niż sezonową gwiazdkę. Jak zwykle duża w tym zasługa współpracowników Madonny – w tym przypadku to pierwsza wspólna płyta artystki i Patricka Leonarda, z którym nagra potem część piosenek na „Like a Prayer” czy „Ray of Light”. Madonna w końcu przestała śpiewać wyłącznie piskliwie i nagrała kilka największych hitów w swej karierze. Jak napisali potem dziennikarze – to pierwszy album „Madonny Supergwiazdy” jaką dziś znamy.

Ciekawostka:  „True Blue” to najlepiej sprzedająca się płyta 1986 roku, a każdy z pięciu singli znalazł się w pierwszej piątce Billboard Hot 100. I największa: „La Isla Bonita” została napisana na album Michaela Jacksona „Bad”, ale artysta odrzucił piosenkę.

Single: Live to tell, Papa don’t preach, True Blue, Open your heart, La Isla Bonita

4. Like a prayer – 1989

Według wielu krytyków jej najlepszy album. Madonna wykorzystała prywatne doświadczenia (w tym to traumatyczne: śmierć matki), by zacząć śpiewać nie tylko hedonistyczne piosenki, ale i bardziej dojrzałe kawałki.  Zaprosiła nawet do współpracy inną ikonę lat 80-tych – Prince’a. Wszystko po to by udowodnić, że jest lepsza niż jej pojedyncze hity. Efekt zadowolił krytyków. powstał album, który brzmieniowo jest kwintesencją muzyki pop lat 80-tych. Tutaj, w przeciwieństwie do „True Blue” zamiast Madonny supergwiazdy fani mogli wreszcie poznać nieco Madonnę – osobę.

Ciekawostka: Teledysk do „Express Yourself” był wtedy najdroższym teledyskiem w historii. Za kamerą stanął nie kto inny a David Fincher. Wyreżyserował on też teledyski do „Oh Father”, „Bad Girl” i jeden z najlepszych teledysków w historii – „Vogue”.

Single: Like a Prayer, Express Yourself, Cherish, Oh father

5. Music – 2000

Tutaj jestem rozdarty. Początkowo nie znosiłem tego albumu, nie rozumiejąc jak mozna było nagrać coś tak innego od „Ray of Light”. Dopiero z czasem, przyznaję, ten album zaczął mi się coraz bardziej podobać. Przede wszystkim za mieszankę stylów. Madonna pracuje tym razem z francuskim producentem Mirwaisem Ahmadzai, choć na płycie pojawia się te autor sukcesu „Ray of light” William Orbit. Od mrocznych bitów („Impressive Instant”) po elementy country („Don’t tell me”), trip hopu („Paradise (Not for me)”), euro disco, electro i techno. Madonna znów zaryzykowała i nagrała coś niesamowitego. Po latach to ryzyko doceniam dużo bardziej.

Ciekawostka: W reedycji płyty zamiast „American Pie” na krążku pojawia się hiszpańska wersja „What it feels like for a girl” („Lo que siente la mujer”). Album ma 452 miejsce w rankingu Najlepszych Płyt w Historii magazynu Rolling Stone.

Single: Music, Don’t tell me, What it feels like for a girl

To be continued…

Single na ringu: wraca Jack White i M.I.A

30 Sty

Dobrze się zaczyna dla muzyki ten tydzień.

Wszyscy czekali, co objawi nam Jack White po rozpadzie White Stripes i proszę: klasyczny, prosty jak budowa cepa akustyczny gitarowy kawałek. Jak dla mnie chwytliwe w swej prostocie. Chce mi się tego słuchać kilka razy z rzędu.

M.I.A pojawiła sie już w ten weekend w mini-klipie ze studia, w którym pracuje nad nowym albumem Madonny. Czy Królowa popu dalej zasługuje na to miano dowiemy się w czwartek w nocy, kiedy inspirowany futbolem amerykańskim klip do pierwszego singla z płyty „M.D.N.A” będzie miał swoją premierę. W międzyczasie M.I.A częstuje nas pierwszym singlem ze swej nowej płyty, która ma ukazać się w wakacje. Jak mówi artystka m.in dlatego, że to taka „wakacyjna płyta”, co mam nadzieję est optymistycznym znakiem, bo ostatni album artystki delikatnie mówiąc nie zachwycił (przynajmniej mnie). Singiel jest przyjemny, choć do najlepszych dokonań M.I.A mu trochę brakuje.

Lana del Rey – Born to Die (recenzja)

26 Sty

Jak tu podejść do zrecenzowania debiutanckiej płyty artyski, która jeszcze przed premierą swego krążka zdążyła wzbudzić tyle emocji. Przecież w ciągu 3 miesięcy „Born to die” stało się jedną z najbardziej, jeśli nie najbardziej oczekiwaną, płytą 2012 roku… O Lanie pisano i mówiono wszędzie, od BBC po Wprost i Wysokie Obcasy. I równie szybko jak Lana przedarła się do masowej wyobraźni, tak szybko hipsterzy wypowiedzieli jej wojnę. „Oszukali Nas” – krzyczał nagłówek na Niezalu Codziennym w artykule, w którym można było odsłuchać wersje demo dwóch kolejnych piosenek z albumu Lany. Piosenek dodajmy, które brzmiały dużo bardziej jak produkcje Rihanny niż to, co do tej pory proponowała Lana.

Piotr Metz w najnowszym Wprost uciekł od jednoznacznej oceny albumu, ale zaznaczył wyraźnie, że „warto posluchać tego albumu w całości choć raz”. Ja dodam, że nie raz i nie dwa, bo to po prostu bardzo dobra popowa płyta. Wysmakowane aranże, świetna stonowana produkcja (porównajcie choćby „National anthem” w wersji albumowej i w tej, która wzburzyła redaktorów Niezalu) i przede wszystkim piosenki. I nieważne już tutaj, czy Lana wypromowała się sama, czy wypromowała ją wytwórnia. Nieważne też, jak wykonała je na żywo w jakimś tam programie (a nota bene potrafi śpiewać live – zajrzyjcie choćby tutaj).

Ważne jest, że zawartość albumu przez 90% czasu trwania trzyma jednostajny wysoki poziom (wyjątkiem dla mnie jest „Lolita” oraz banalne „Lucky ones”) za jaki pokochali Lanę fani „Video Games”. Myślę, że właśnie ci fani, którym podobały się „Blue Jeans” zakochają się szybko w „Carmen”, „Dark Paradise” czy moim prywatny faworycie „Summertime Sadness”. Ze wszystkich, nawet tych szybszych i pozornie radośniejszych kompozycji, bije nostalgia, nieważne czy Del Rey śpiewa o blaskach i cieniach sławy („Radio”, „Carmen”), dramatach bogaczy („Off to the races”), nastolatek („This is what makes us girls”) czy pieniądzach („National Anthem”). Wszystkie składniki sukcesu jej poprzednich kompozycji są obecne na tym krążku. To konsekwentna, spójna i bardzo przebojowa wizja, w której czuć „ducha” samej artystki. Czy więc Lana Del Rey podbije w tym roku wszystkie możliwe listy przebojów? Odpowiadam: wielce prawdopodobne.

 

Stara nowość – „Artysta” (recenzja)

25 Sty

Reż. Michel Hazanavicius

Wyst. Jean Dujardin, Berenice Bejo, John Goodman, Penelope Ann Miller

Data premiery (Polska): 24.02.2012r. 

Faworyt Oscarów, triumfator Zlotych Globów, nagrodzony w Cannes. „Buzz” jaki idzie z filmem, zwłaszcza zdobyty tak szybko, zawsze budzi pewne zastrzeżenia. Czy za parę lat będziemy mówić o tym filmie jak o klasyku, czy też wspominać będziemy to jak pomyłkę – jak Oscary dla dziś niezbyt poważanego „Crash”  Paula Haggisa?

Jest rok 1927. Gwiazdor filmów niemych George Valentin przypadkiem poznaje początkującą aktorkę Peppy Miller. Wkrótce gwiazda Valentina zaczyna przygasać, natomiast wraz z nadejściem kina dźwiękowego na firmamencie zaczyna coraz jaśniej świecić nazwisko Peppy Miller.

Nie ukrywam, że mam z tym filmem problem. Krytycy go uwielbiają, jednak większość z nich nieśmiało przemyca zdania, że jest to jednak jedynie hołd dla „złotych czasów Hollywood”. Hołd niewątpliwie zrobiony bardzo dobrze, ale będący jednak bladym odbiciem oryginałów (na myśl przychodzą choćby „Narodziny gwiazdy” Wellmana czy „Bulwar zachodzącego słońca” Wildera). Skąd więc deszcz nominacji do nagród wszelakich? Wydaje mi się, że zadziałał urok „nowości” – zrobienia czegoś innego. Film jest bowiem zrobiony dokładnie tak jak robiło się je w latach 20-tych, łącznie z nakręceniem go w odpowiednim formacie obrazu, oraz oczywiście w całości w czerni i bieli i w 99% bez dźwięku.

Dużo ten film zawdzięcza swemu protagoniście – to na uśmiechu i mimice Jeana Dujardina opiera się spora część sympatii, jaką ten film otrzymuje. To kreacja idealnie pasująca do tego filmu, podobnie jak uroda Berenice Bejo, która zdaje się pochodzić właśnie jakby z tamtych czasów. To na pewno kreacje doskonale imitujące tamte czasy. Moim zdaniem jednak Dujardin jako aktor nie obroni się w kolejnych rolach, a przynajmniej będzie miał z tym bardzo trudne zadanie. Bejos ma natomiast ze swa klasyczną urodą szansę na sporą karierę.

Film ma też świetnie dobrane dekoracje i kostiumy, odpowiednią muzykę oraz całą masę smaczków, z których każdy jest mini-hołdem złożonym tamtej erze jej twórcom i najważniejszym filmom epoki. Calości dopełnia muzyka Ludovica Bource, stylizowana (oczywiście) na lata 20-te. Przyjemnie towarzyszy obrazowi, stojąc przez większość filmu na wysokim poziomie.

Bardzo dużo krytyków w recenzjach „Artysty” zwraca uwagę na emocje i muszę przyznać otwarcie: mnie ten film nie ruszył. Owszem, uśmiechnąłem się parę razy, ale to wszystko. Uważam też, że film jest tak doskonale wystylizowany, że nie czuję w nim serca artysty Hazanaviciusa, a jedynie kalkulację obliczoną na zagranie na naszych uczuciach nostalgii za  innym kinem i innymi czasami. I właśnie to jest mój największy problem z tym filmem – on mi się całkiem podoba, ale coś co jest w jakimś sensie kopią – stylu, pomysłów, fabuły już doskonale znanych, nie jest w mojej opinii dziełem zasługującym na tytuł najlepszego filmu 2011 roku. Natomiast niewątpliwie film warto zobaczyć, bo rozrywka to całkiem przyjemna. Klasyk jednak – w mojej opinii zdecydowanie nie.

Krótko o nominacjach

24 Sty

Jak zwykle parę niespodzianek dostarczyła nam Akademia. Oto subiektywne zdanie nt. części z nich:

Pozytywne zaskoczenia:

– nominacje dla Glenn Close i Janet McTeer za „Alberta Nobbsa”

– nominacja dla Rooney Mara za „Dziewczynę z Tatuażem”

– Max Von Sydow po wieeelu (23) latach znów nominowany do Oscara

– nominacja dla J.C Chandora za scenariusz do „Margin Call”

Negatywne:

– zupełny brak nominacji dla „Drive”

– Melissa McCarthy za „Druhny”???

– aż trzy nominacje dla „Drzewa Życia” (jak dla mnie o trzy za dużo)

– brak nominacji za muzykę dla Atticusa Rossa i Trenta Reznora za kolejny genialny soundtrack, za to aż dwie nominacje dla Johna Williamsa za jedne ze słabszych soundtracków w jego karierze

Po prostu zaskoczenia:

-Nick Nolte za „Warrior”

– Demian Bichir za „In a better life”

 

Dla porządku: w „wyścigu” (jak ja nie lubię tego słowa w kontekście Oscarów) prowadzi „Hugo”  w reż Martina Scrosese z 11 nominacjami, 10 razy ma szanse być wywoływana ekipa „Artysty”. Sześć szans na statuetkę mają „War Horse” i „Moneyball”, a po pięć moi osobiści faworyci – czyli „Spadkobiercy” i „Dziewczyna z tatuażem”. Przy czym nie widziałem jeszcze ani „Hugo” ani „Artysty”. 2011 – przeciętny rok? Jak dla mnie nominacje tylko to potwierdzają.

Nominacje do Oscara na żywo via YouTube

24 Sty

Tak tak – ACTA nam póki co niestraszne. Czy Agnieszka Holland znajdzie się w gronie nominowanych? Czy ma szansę Abel Korzeniowski? Jak ostatecznie ułoży się wyścig po laury w kategorii Najlepsza Aktorka i ile filmów nominuje Akademia? Dowiemy się już za niecałe 4 godziny. Komentarz autorski zaraz po ogłoszeniu nominacji. A na rozgrzewkę spot tegorocznych Oscarów, które ponownie będzie prowadził „stary znajomy”: