Stara nowość – „Artysta” (recenzja)

25 Sty

Reż. Michel Hazanavicius

Wyst. Jean Dujardin, Berenice Bejo, John Goodman, Penelope Ann Miller

Data premiery (Polska): 24.02.2012r. 

Faworyt Oscarów, triumfator Zlotych Globów, nagrodzony w Cannes. „Buzz” jaki idzie z filmem, zwłaszcza zdobyty tak szybko, zawsze budzi pewne zastrzeżenia. Czy za parę lat będziemy mówić o tym filmie jak o klasyku, czy też wspominać będziemy to jak pomyłkę – jak Oscary dla dziś niezbyt poważanego „Crash”  Paula Haggisa?

Jest rok 1927. Gwiazdor filmów niemych George Valentin przypadkiem poznaje początkującą aktorkę Peppy Miller. Wkrótce gwiazda Valentina zaczyna przygasać, natomiast wraz z nadejściem kina dźwiękowego na firmamencie zaczyna coraz jaśniej świecić nazwisko Peppy Miller.

Nie ukrywam, że mam z tym filmem problem. Krytycy go uwielbiają, jednak większość z nich nieśmiało przemyca zdania, że jest to jednak jedynie hołd dla „złotych czasów Hollywood”. Hołd niewątpliwie zrobiony bardzo dobrze, ale będący jednak bladym odbiciem oryginałów (na myśl przychodzą choćby „Narodziny gwiazdy” Wellmana czy „Bulwar zachodzącego słońca” Wildera). Skąd więc deszcz nominacji do nagród wszelakich? Wydaje mi się, że zadziałał urok „nowości” – zrobienia czegoś innego. Film jest bowiem zrobiony dokładnie tak jak robiło się je w latach 20-tych, łącznie z nakręceniem go w odpowiednim formacie obrazu, oraz oczywiście w całości w czerni i bieli i w 99% bez dźwięku.

Dużo ten film zawdzięcza swemu protagoniście – to na uśmiechu i mimice Jeana Dujardina opiera się spora część sympatii, jaką ten film otrzymuje. To kreacja idealnie pasująca do tego filmu, podobnie jak uroda Berenice Bejo, która zdaje się pochodzić właśnie jakby z tamtych czasów. To na pewno kreacje doskonale imitujące tamte czasy. Moim zdaniem jednak Dujardin jako aktor nie obroni się w kolejnych rolach, a przynajmniej będzie miał z tym bardzo trudne zadanie. Bejos ma natomiast ze swa klasyczną urodą szansę na sporą karierę.

Film ma też świetnie dobrane dekoracje i kostiumy, odpowiednią muzykę oraz całą masę smaczków, z których każdy jest mini-hołdem złożonym tamtej erze jej twórcom i najważniejszym filmom epoki. Calości dopełnia muzyka Ludovica Bource, stylizowana (oczywiście) na lata 20-te. Przyjemnie towarzyszy obrazowi, stojąc przez większość filmu na wysokim poziomie.

Bardzo dużo krytyków w recenzjach „Artysty” zwraca uwagę na emocje i muszę przyznać otwarcie: mnie ten film nie ruszył. Owszem, uśmiechnąłem się parę razy, ale to wszystko. Uważam też, że film jest tak doskonale wystylizowany, że nie czuję w nim serca artysty Hazanaviciusa, a jedynie kalkulację obliczoną na zagranie na naszych uczuciach nostalgii za  innym kinem i innymi czasami. I właśnie to jest mój największy problem z tym filmem – on mi się całkiem podoba, ale coś co jest w jakimś sensie kopią – stylu, pomysłów, fabuły już doskonale znanych, nie jest w mojej opinii dziełem zasługującym na tytuł najlepszego filmu 2011 roku. Natomiast niewątpliwie film warto zobaczyć, bo rozrywka to całkiem przyjemna. Klasyk jednak – w mojej opinii zdecydowanie nie.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: