Lana del Rey – Born to Die (recenzja)

26 Sty

Jak tu podejść do zrecenzowania debiutanckiej płyty artyski, która jeszcze przed premierą swego krążka zdążyła wzbudzić tyle emocji. Przecież w ciągu 3 miesięcy „Born to die” stało się jedną z najbardziej, jeśli nie najbardziej oczekiwaną, płytą 2012 roku… O Lanie pisano i mówiono wszędzie, od BBC po Wprost i Wysokie Obcasy. I równie szybko jak Lana przedarła się do masowej wyobraźni, tak szybko hipsterzy wypowiedzieli jej wojnę. „Oszukali Nas” – krzyczał nagłówek na Niezalu Codziennym w artykule, w którym można było odsłuchać wersje demo dwóch kolejnych piosenek z albumu Lany. Piosenek dodajmy, które brzmiały dużo bardziej jak produkcje Rihanny niż to, co do tej pory proponowała Lana.

Piotr Metz w najnowszym Wprost uciekł od jednoznacznej oceny albumu, ale zaznaczył wyraźnie, że „warto posluchać tego albumu w całości choć raz”. Ja dodam, że nie raz i nie dwa, bo to po prostu bardzo dobra popowa płyta. Wysmakowane aranże, świetna stonowana produkcja (porównajcie choćby „National anthem” w wersji albumowej i w tej, która wzburzyła redaktorów Niezalu) i przede wszystkim piosenki. I nieważne już tutaj, czy Lana wypromowała się sama, czy wypromowała ją wytwórnia. Nieważne też, jak wykonała je na żywo w jakimś tam programie (a nota bene potrafi śpiewać live – zajrzyjcie choćby tutaj).

Ważne jest, że zawartość albumu przez 90% czasu trwania trzyma jednostajny wysoki poziom (wyjątkiem dla mnie jest „Lolita” oraz banalne „Lucky ones”) za jaki pokochali Lanę fani „Video Games”. Myślę, że właśnie ci fani, którym podobały się „Blue Jeans” zakochają się szybko w „Carmen”, „Dark Paradise” czy moim prywatny faworycie „Summertime Sadness”. Ze wszystkich, nawet tych szybszych i pozornie radośniejszych kompozycji, bije nostalgia, nieważne czy Del Rey śpiewa o blaskach i cieniach sławy („Radio”, „Carmen”), dramatach bogaczy („Off to the races”), nastolatek („This is what makes us girls”) czy pieniądzach („National Anthem”). Wszystkie składniki sukcesu jej poprzednich kompozycji są obecne na tym krążku. To konsekwentna, spójna i bardzo przebojowa wizja, w której czuć „ducha” samej artystki. Czy więc Lana Del Rey podbije w tym roku wszystkie możliwe listy przebojów? Odpowiadam: wielce prawdopodobne.

 

Advertisements

komentarze 3 to “Lana del Rey – Born to Die (recenzja)”

  1. Pitur Mi 28/01/2012 @ 08:11 #

    nie.

  2. Badyl 28/01/2012 @ 09:57 #

    dlaczego nie?

  3. Pitur Stan III 31/01/2012 @ 10:24 #

    oja! odpowiedziales! a ja nie dostalem zadnego info o tym…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: