Edyta Górniak – My (recenzja)

23 Lu

Edyta Górniak kazała fanom czekać na kolejny album 5 lat, ja do recenzji jej nowej płyty zbierałem się tydzień. Bo też i radykalna zmiana, jaką przeszła artystka, wymagała przemyślenia. Zwłaszcza na fali negatywnych komentarzy, jakie wywołuje w mediach. Żeby było więc jasne: nie zaliczam się do fanów Edyty Górniak, ale jednocześnie podziwiam za wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju głos. Tyle tytułem wstępu – czas zająć się krążkiem „My”.

Zaskoczenie. Na całej linii i od pierwszych taktów. Tak w skrócie można by opisać ten krążek. Zapewne można go jednogłośnie zjechać niczym Kuba Wojewódzki w ostatniej „Polityce”. Można więc niby powiedzieć, że znów ktoś  narzuca artystce zły materiał? Ale czy na pewno „narzuca”? I czy ten materiał jest zły? Co do narzucania, wokalistka nagrała ten album bez nadzoru wielkich wytwórni. Można więc się spodziewać, że to „jej” płyta w pełni, o czym sama zainteresowana zapewnia. Co do materiału zaś – moim zdaniem zarówno Bogdan Kondracki, jak i duet  producencki BeatRoots podeszli do zadania bardzo ciekawie i niesztampowo, powodując m.in że tak różnorodnie śpiewającej Górniak jeszcze nie słyszeliśmy. Plus więc zarówno za produkcję, jak i za zaskoczenie.

Był więc pomysł i wizja płyty różnorodnej. Wrócę więc na chwilę do tego narzucania, bowiem wydaje mi się, że najwięcej narzuca tu  sobie sama Edyta Górniak. Próbuje nagrać płytę, która sprzeda się dobrze i w Vivie, i w Esce i w Radiu Zet, i w dodatku spodoba się dawnym fanom. W rezultacie każdy zapewne znajdzie na tym krążku kompozycje dla siebie: są piosenki w stylu Sylwii Grzeszczak czy Paulli („Nie zapomnij”, „Obudźcie mnie”), szybkie kawałki przywodzące na myśl modne bity Davida Guetty (taneczne „Consequences”) czy niektóre produkcje Rihanny (eksperymentalne i bardzo ciekawe „Let’s save the world”), klasyczne piosenki Górniak („Tafla”). Mnie najbardziej spodobało się reprezentujące naprawdę światowy poziom inspirowane np. Imogen Heap „Sens-is”  oraz najciekawsze aranżacyjnie „Dzisiaj Dziękuję”.  Tekstowo też jest nie najgorzej, choć zdarzają się powodujące zgrzytanie zębów frazy („(…)nierealnie brak mi tchu”). Ogólnie jednak i ten element zaliczam albumowi na plus.

Moim zdaniem Górniak nie nagrała równie przebojowego albumu od czasów „Dotyku”. A że są to przeboje na miarę Radia Zet czy RMF-u? Takie czasy nastały. Edyta chce być na polskim topie, a u nas takie a nie inne gatunki muzyczne zdominowały tzw. mainstreamowe media. Jedyne, co może jej zagrozić, to fakt że właśnie próbując zadowolić wszystkich, każdego słuchacza może jednocześnie „odrzucić” innymi kompozycjami, co w połączeniu z obiegową opinią nt. Edyty Górniak, lansowaną przez media typu Pudelek może spowodować, że płyta będzie niestety odebrana gorzej, niż być powinna. A szkoda, bo w porównaniu z cierpiętniczym „EKG”  to naprawdę solidny (jak na polskie warunki) popowy krążek…

Advertisements

Jedna odpowiedź to “Edyta Górniak – My (recenzja)”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: