Archive | Kwiecień, 2012

American Pie: Zjazd Absolwentów (recenzja)

26 Kwi

American Reunion

Reż. Jon Hurwitz, Hayden Schlossberg

Wyst: Jason Biggs, Alyson Hannigan, Chris Klein, Tara Reid, Mena Suvari, Seann William Scott

Data premiery (Polska): 13.04.2012r. 

Ten film jest jak wizyta u starych znajomych z licealnych czasów – autentycznie cieszysz się na ich widok, czasem żenuje Cię ich zachowanie, a najczęściej śmiejesz się z tych samych dowcipów co 10 lat temu, bo też co innego moglibyście sobie opowiedzieć? Tak to już w takich sytuacjach jest. I nie ma w tym nic złego.

Jim i Michelle są teraz rodzicami, nie mają więc czasu na intymność, co wpływa na to, ze oddalają się od siebie jako para. Okazją do nadrobienia romantycznych zaległości ma być zjazd absolwentów, na którym pojawia się także cała plejada znanych już dobrze postaci: wieczny dzieciak Stifler, zawsze oryginalny Finch, gwiazdor sportu „Oz” i chłopak z sąsiedztwa Kevin. Szykuje się naprawdę szalony weekend…

Jako osoba, która pierwsze „American Pie” widziała w wieku 16 lat pierwszy raz, a potem przez okres liceum jeszcze z 10, bawiłem się na tym filmie znakomicie. Jest dokładnie taki, jak opisałem w pierwszym paragrafie. Mamy podobne dowcipy, dużo paralel z pierwszą częścią, a ogólnie chodzi o to, żeby zobaczyć ja bohaterowie dorośli, a jednak pod wieloma względami pozostali tacy sami. Na poziomie fabuły film jest absolutnie niczym szczególnym, jednak na poziomie emocji ciężko było mi nie uśmiechać się przez cały czas jego trwania, nawet wtedy gdy dowcipy były nieco zbyt przegięte czy nawet żenujące. Wszystko dlatego, że jest to całkiem nieźle napisane i rozwój postaci, jakie widzimy 13 lat po oryginalnym „American Pie” nie jest wydumany, a raczej przeprowadzony właśnie zgodnie z ich oryginalnym charakterem. Po prostu uwierzyłem, że Ci nastoletni bohaterowie z czasów mojego liceum mogli wyrosnąć na tych dorosłych ludzi, o których opowiada ten film.

Miło znowu zobaczyć na ekranie tych bohaterów w oryginalnym składzie, a fakt, że oni są teraz znów mniej więcej na tym samym etapie życia co ja jako widz niewątpliwie wpłynął na mój pozytywny odbiór tego filmu. Nie mogę za wiele o nim więcej pozytywnego napisać – Ci, którzy się na tym humorze „wychowali” powinni świetnie się bawić, a przynajmniej z nostalgią kilka razy pouśmiechać. Jak dla mnie to wystarczy na przyjemny kwietniowy wieczór, kiedy w kinach naprawdę nie ma nic ciekawego.

Nowe seriale HBO – Veep oraz Girls

26 Kwi

HBO rozwija swoją ofertę serialową, szukając kolejnych udanych pomysłów na produkcje. W ostatnie dwie niedziele zobaczyliśmy pierwsze odcinki dwóch takich produkcji. Jak się udały?

Pierwszy raz usłyszałem o pomyśle na „Veep” dobre kilka miesięcy temu. Wiedząc, że stoi za tym autor jednej z najbardziej udanych komedii politycznych w ostatnich latach – Armando Iannucci – miałem spore nadzieje. W końcu jego „In the Loop” było prawdziwym odkryciem, filmem przezabawnym i autentycznym jednocześnie. Kiedy usłyszałem, że główną rolę gra Julia Louis Dreyfus – ucieszyłem się jeszcze bardziej, bo aktorka ta ma i dobry komediowy timing i talent i wdzięk, więc było dobrze. Przynajmniej na papierze.

O co chodzi? Mamy tu panią wiceprezydent, która uważa się za bystrzejszą, niż jest w rzeczywistości (podobieństwa do Sarah Palin, wliczając czerwony kostium na plakacie, w pełni zamierzone) oraz jej perypetie i pracowników jej biura w zdominowanych przez kabotynów i idiotów Waszyngtonie.

Po zobaczeniu pierwszego odcinka stwierdzam, że do wspomnianego paragraf wyżej filmu niestety temu serialowi daleko.  W czasie pilota nie zaśmiałem się bodaj ani razu, parę razy tylko uśmiechnąłem. Wszystko to,  mam wrażenie, zostało już pokazane lepiej i zabawniej w „Parks & Recreation, czy „The Office”. Jak na razie wielka zmarnowana okazja. Niemniej zobaczę jeszcze z 2-3 odcinki z ciekawości.

W „Girls” z kolei maczał palce Judd Apatow, autor kultowych seriali „Freaks & Geeks” i „Undeclared” oraz człowiek stojący za sukcesami „Wpadki”, „40-letniego Prawiczka” czy „Funny People”. Przez jednych jego mieszanka sztubackiego humoru z romantycznym, ale życiowym spojrzeniem na zagadnienia takie jak małżeństwo czy dzieci jest tym, co definiuje współczesne komedie, przez innych uznawane jest to z kolei za ich największą plagę.

O co chodzi? Serial opowiada o grupie nieco rozpuszczonych, bogatych i żyjących w Nowym Jorku dziewczyn mających po ok. 25 lat.

Wszystko co piszę wyżej o twórczości Apatowa jest tu o tyle ważne, że „Girls” ma wszystkie zalety i wady produkcji Apatowa, co oznacza że bywa życiowo zabawne, bywa zaś irytująco przerysowane albo nudnawe w swej zwykłości. Na pewno po pierwszych dwóch odcinkach mogę powiedzieć, że są tu niezłe dialogi i żarty, natomiast nie polubiłem póki co żadnej z tych postaci, które serial próbuje mi sprzedać. Ta mieszanka irytacji i rozbawienia nie sprawiła jakoś, bym się szczególnie do tego serialu przywiązał, acz nie skreślam go na starcie. Wąpię jedna by stał się następcą „Seksu w wielkim mieście” – a do tego wyraźnie aspiruje.

Long story short… 001

20 Kwi

Pod tym hasłem będę pisał coś w rodzaju podsumowania tygodnia. W kilku zdaniach o kilku sprawach, na które warto zwrócić uwagę lub wręcz przeciwnie, które należy omijać szerokim łukiem. I żeby nie przedłużać… zaczynajmy.

„Siostra Jackie” wróciła na ekrany telewizyjne już prawie 3 tygodnie temu. Muszę przyznać, że nowy sezon zapowiada się świetnie. Mamy bardzo fajne wątki dla najważniejszych bohaterów i póki co każdy odcinek to petarda. Oczywiście jestem kompletnie nieobiektywny, bo uwielbiam Edie Falco od czasów „Rodziny Soprano”, a Jackie Peyton to w mej opinii rola jej życia. Jeśli ktoś jeszcze nie oglądał serialu, powinien szybko nadrobić zaległości.

Santigold wydała drugą płytę. „Master of My Make-Believe” ukazuje sie oficjalnie w poniedziałek, ale można już posłuchać całego krążka w internecie. Po dwóch przesłuchaniach uważam, że nie jest rewelacyjnie, ale jest dobrze, a miejscami bardzo dobrze. Do moich faworytów, poza znanymi już „GO!” i „Disparate Youth” należą póki co napędzane wyspiarskim rytmem „This Isn’t Our Parade”,  jedyna na płycie ballada „The Riot’s Gone” oraz nadające się na hymn okupujących Wall Street „The Keepers”. Dobra muza, dobry feel, trochę monotonne niektóre utwory – tyle werdyktu po zaledwie kilkudziesięciu minutach spędzonych z ta muzyką.

W telewizji wyemitowano drugi odcinek serialu „Krew z Krwi” i niestety ja poczułem się bardzo rozczarowany drugą godziną, żeby nie powiedzieć, że oszukany. Mamy tu wszystkie grzechy polskiego serialu, na czele z przeciąganiem sekwencji. Mam wrażenie, że Amerykanie ten sam odcinek opowiedzieliby w połowie tego czasu. Kompletnie też rozczarowały mnie retrospekcje, które nic nie wniosły (a które wywołały wesołość z ekranowych hipsterów słuchających „Perfect” i czegoś, co brzmiało jak „1999” Prince’a). Ogólnie, poza aktorami, rozczarowanie na całej linii.

Jutro święto muzyki czyli Record’s Store Day. W dniu tym min zobaczymy pierwszy oficjalny teledysk zapowiadający nową płytę Hot Chip. Piosenki możecie posłuchać powyżej.

Jeśli nie widzieliście „Gniewu Tytanów” w 3D – nie warto, naprawdę. Lepiej już zobaczyć na DVD/VOD poprzednią część. Wszystko jest identyczne, a zaoszczędzicie kilka złotych. Jeśli już ktoś się wybierze, jedyny jasnym punktem sequela jest Bill Nighy jako Hefajstos.

Pierwszy odcinek „Dra House’a” zatytułowany był „Everybody Lies”, ostatni zaś zatytułowany będzie „Everybody Dies”. Zważywszy, że 30 kwietnia serial zaczyna swój łabędzi śpiew czterema powiązanymi ze sobą godzinami od odcinka „The C Word” (co wg. wielu oznacza, że House ma raka… lub że dowie się o śmierci Cuddy), może być niewesoło. W finale pojawi się m.in Olivia Wilde i Kal Penn – niegdyś stali członkowie obsady serialu. Na 99% nie powróci natomiast Lisa Edelstein, która przez siedem lat wcielała się w postać Cuddy.

Tyle na pierwszy rzut. Kolejna porcja wkrótce. 🙂

Film: Nietykalni (recenzja)

20 Kwi

Reż. Olivier Nakache, Eric Toledano

Wyst. Omar Sy, Francois Cluzet

Data premiery (Polska): 13.04.2012r.

Do naszych kin dotarł w końcu wielki hit prosto z Francji. Film, który pobił absolutne rekordy frekwencji, a odtwórca jednej z głównych ról – Omar Sy –  został pierwszym czarnoskórym aktorem nagrodzonym Cezarem. Z angielskiego tzw. „buddy movie” czyli film o przyjaźni dwóch niedobranych bohaterów pochodzących z zupełnie różnych środowisk. Jak ten wielki hit wypada na ekranie?

Driss (Sy) to pochodzący z Senegalu bezrobotny, który odwiedza kolejnych pracodawców by zdobyć pieczątki z pośredniaka. Phillippe (Cluzet) to sparaliżowany od szyi w dół milioner, którego zaintryguje nietypowy kandydat na opiekuna.

Nie oszukujmy się – pomimo informacji, że opowieść oparta jest na prawdziwej historii to o życiu człowieka sparaliżowanego  można się dowiedzieć tu mniej więcej tyle co z odcinka „Glee”. To historia zrobiona by poprawić widzom humor – prosta, nieskomplikowana i oparta na haśle znanym nam od lat: „znacie? to posłuchajcie”. I tak czarny słucha soulu, świetnie tańczy, mówi co myśli i cały czas się śmieje, a biały jest skostniałym wielbicielem sztuk wyższych, dla którego zapalenie jointa będzie niesamowitym nowym doświadczeniem, prawie jak muzyka soul, którą puści mu Driss. Brzmi znajomo? No pewnie, przecież widzieliśmy to już nieraz w wielu innych filmach.

Wyposażony w świetne warunki fizyczne, tubalny głos i zaraźliwy śmiech Omar Sy faktycznie stara się, byście doskonale się bawili, choć w moim odczuciu to własnie sparaliżowany Cluzet i jego reakcje na rubasznego Senegalczyka są tu często najzabawniejsze. Sy, mimo niewątpliwego talentu i starań, nie zawsze mnie jednak bawił, najczęściej przypominając mi Eddiego Murphy z czasów, gdy jeszcze był świetny (zwłaszcza z „Nieoczekiwanej zasady miejsc”, z której film czerpie garściami).

Reszta obsady i fabuły również oparta jest na utartych kliszach – surowa gospodyni z początku nieznosząca obcego elementu w domu wkrótce staje się jego sojusznikiem; bogaci tak naprawdę są snobami, którym można wmówić że obraz nieznanego autora jest wart 11 tysięcy Euro itd. itp. To film zrobiony dla „przeciętnego widza” czyli francuskiego odpowiednika naszych widzów komedii romantycznych.

Najbardziej boli mnie to, że w tym kiepsko napisanym filmie tak naprawdę wyjściowa historia jest fantastyczna. To głównie aktorzy wnoszą go o dwie klasy wyżej, niż być powinien. Problem moim zdaniem leży w tym, że to produkcja lekka i powierzchowna, ale jednak aspirująca by opowiedzieć nam coś mądrego. Nie powiem, miejscami bardzo przyjemnie mi się to oglądało. Po wyjściu z kina czułem jednak, że albo prosta (prostacka?) komedia grzebie tu  niezłe kino, albo próby przemycania mądrego kina grzebią tu dobrą i prostą komedię. Tak czy owak, traci na tym widz. O ile oczywiście chce mu się to dojrzeć.

Polak najlepiej remiksuje Beyonce…

18 Kwi

Tak tak, niejaki Jimek powyższym remiksem zwyciężył w konkursie zorganizowanym przez oficjalny management artystki. Tym samym oprócz nagrody pieniężnej (4 tysiące dolarów),  remiks zostanie umieszczony na najbliższym oficjalnym wydawnictwie artystki. Szczere gratulacje i oby tak dalej, bo też i kawałek przerobiony rewelacyjnie.

Pozycja klasyczna: John Mayer – Heavier Things

16 Kwi

Raz na jakiś czas mam ochotę napisać o czymś relatywnie nieznanym w Polsce, a już starym, żeby nie powiedzieć w świecie popkultury, że wiekowym. Tak jest właśnie dziś, gdy napiszę o płycie, którą pokochałem kilka ładnych lat temu i która bardzo pozytywnie mi się kojarzy, a stanowi idealny soundtrack na taki pochmurny, obrzydliwie zimny dzień jak dziś (i do tego poniedziałek!).

„Heavier Things” to druga płyta Johna Mayera, wydana w 2003 roku. Mayer to wokalista i multiinstrumentalista, którego charakteryzuje unikatowy wokal i wyraźna obecność gitary w muzyce. Gra pop z domieszką bluesa. Pomimo tego, że „Heavier Things”  jest umiarkowanie doceniana przez krytyków,  to zdecydowanie mój ulubiony krążek tego wokalisty. Rozwinięto tu sekcję dętą, a piosenki zdają się być nieco ciekawiej zaaranżowane i przyjemnie snują się, co pomaga mi przetrwać takie dni jak dzisiejszy.

„Daughters” – trzeci i ostatni singiel z płyty przyniósł nawet Mayerowi nagrodę za piosenkę roku. Był to też jego pierwszy singiel, który dotarł na szczyt listy Billboard. Moim prywatnym faworytem, obok „Daughters”, jest zdecydowanie „Something’s Missing”. Ciekawostką jest fakt, że Mayer sam dokonał auto-recenzji albumu w magazynie „Esquire” oceniając go na „B+” i pytając ironicznie: „Czy jestem jedyną osobą, która uważa że dziwnie się go słucha w sytuacjach intymnych?”.

TV or not TV: Spot TVP

15 Kwi

O reklamach jeszcze tu napisałem, ale ta sprawiła, że ręce mi opadły. OK – fajnie, że jest to sprawnie zrealizowane (co w TVP dalej stanowi rzadkość) i ma ładną muzykę – ale czemu wieje z tego smutkiem? Przecież TVP to przede wszystkim przaśne produkcje dostosowane do nieistniejących realiów.

Naprawdę, jakby ktoś nie znał twarzy z tego spotu zastanawiałby się, czy na tych smutnych ludzi można oddać 1% podatku. Doceniam próbę zrobienia spotu na czasie, ale z większą klasą. To jednak jest jak dla mnie ambitna, ale jednak porażka.