Klątwa drugiej płyty… czyli czego niekoniecznie słuchać w święta

7 Kwi

Pamiętam doskonale 2009 rok… Santogold, M83, Jack Penate, Miike Snow, Gossip, The Ting Tings, La Roux, Florence, Ladyhawke, Cut Copy, Tigercity – tyle odkryć, tyle przełomowych krążków, czasem debiutów a czasem któryś już z kolei, ale zawsze wyjątkowych hulało wtedy na blogach, playlistach i muzycznych festiwalach.

Wielu z debiutujących w sezonie 08/09 artystów właśnie 2012 rok wybrało na tzw. „test drugiej płyty”. Efekty?

Ladyhawke – Anxiety

Zacznę chyba od największego rozczarowania. Pip Brown na swoim debiucie uwiodła mnie lekkością, melodiami i indie sznytem. Niestety na swojej drugiej, bardziej gitarowej płycie, brzmi ona jak nie do końca udana podróbka Sheryl Crow. Kawałki podczas słuchania zlewały mi się w jedno i ciężko byłoby mi wybrać jednego faworyta.  To nie jest bardzo zła płyta, jest boleśnie przeciętna i to chyba wkurza mnie najbardziej.

The Ting Tings – Sounds from Nowheresville

Ponoć pierwszą wersję tej płyty, pełną hitów, wyrzucili do kosza. Ponoć przekładali premierę z milion razy. Ponoć bali się presji. Ponoć jest to płyta taka, jaką chcieli nagrać. W takim razie jest to wielka szkoda. To niezły krążek, w którym brakuje mi jednak wszystkiego za co kochałem ten zespół – świeżości, zadziorności, fajnych tekstów i chwytliwych melodii. Owszem, wpada całość w ucho, jest przyjemna, jednak po godzinie już nie pamiętam większości kompozycji.  Ciężko się na tym albumie do czegoś przyczepić (może do pretensjonalnych słów niektórych utworów), ciężko też jednak się czymkolwiek zachwycić…

Miike Snow – Happy to you 

Gorsze niż debiut, ale jednak wciąż dobre. Panowie wybrali nieco inne, bardziej taneczne i elektroniczne brzmienie niż na debiucie. Przyjemna i starannie wykonana produkcja przykrywa brak chwytliwych, zapadających w pamięć melodii, obecnych na debiucie. Kilka piosenek, jak „The Wave”, singlowe „Paddling out” czy  „Devil’s Work” jest fajnych, natomiast kilka utworów pełni ewidentnie funkcje wypełniaczy. Ogółem album na szkolną „czwórkę z minusem”, ale żeby nie było – z ocenianego dziś zestawu to moja ulubiona płytka.

Nicki Minaj – Pink Friday: Roman Reloaded

Ok, poprzedniczka tej płyty wyszła pod koniec 2010 roku, ale jako że omawiamy tu drugie albumy artystów, pasuje jak ulał. Nicki nie jest pierwszą artystką, która pada ofiarą megalomanii, ale na pewno jej upadek jest jednym z bardziej spektakularnych. Po kilkakrotnym przesłuchaniu drugiej studyjnej płyty panny Minaj odniosłem wrażenie, że album został nagrany w pośpiechu, bez przemyślenia. Że wrzucono na niego odpadki z mixtejpów i sesji z Davidem Guetta. Dostajemy więc taki półprodukt. Od kogoś tak utalentowanego jak Minaj oczekiwałem dużo więcej. Trochę wstyd.

Reklamy

komentarze 2 to “Klątwa drugiej płyty… czyli czego niekoniecznie słuchać w święta”

  1. Tomek O. 07/04/2012 @ 20:56 #

    O dwóch pierwszych płytach nie mogę się wypowiedzieć, gdyż kojarzę jedynie single, natomiast jeżeli chodzi o Miike Snow, to jest to album…dobry, i można się do niego przyzwyczaić, lecz, tak jak napisałeś, mało co pozostaje w pamięć. A Nicki? Do muzycznego dna dużo brakuje, jednak wokalistka jest na dobrej drodze, by niego sięgnąć.

  2. Agnieszka 08/04/2012 @ 10:57 #

    właśnie dziubię recenzję Miike Snow :))

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: