Archive | Październik, 2012

Star Wars – Nowa Nadzieja?

31 Paźdź

No i stało się. Są fani (bądź anty-fani), którzy czekali na to od lat. George Lucas odszedł na emeryturę, przekazując pieczę nad „Gwiezdnymi Wojnami” kolejnym pokoleniom oraz marce Disney. Przy czym nowa szefowa Lucasarts Kathleen Kennedy (producentka większości filmów Spielberga w ostatnich 20 latach) od razu zapowiedziała, że nowa trylogia ze świata „Star Wars” wystartuje już w 2015 roku. Laicy od razu zaatakowali całą sprawę, upraszczając ją do obrazka którym ilustruje ten wpis czyli „High School Hutts” albo „Star Wars Musical”. Fanatycy zapatrzeni ślepo w cały świat „Giwezdnych…” z kolei odpowiedzieli niekontrolowanymi wybuchami radości i okrzykami w stylu: Whedon! Abrams! Cameron! Tarantino! Jackson! Fincher! Whedon!
Będąc gdzieś pośrodku analizuję sobie to na chłodno – Disney to studio, które całkiem dobrze poradziło sobie z „Narnią” i z „Tronem”, w międzyczasie przejęło też pieczę nad produkcjami o superherosach Marvela i te, póki co, są w dobrych rękach. „Piraci z Karaibów” to przykład, że zaczynając z wysokiego „C” można poziom obniżać. „John Carter” – to z kolei przykład ambitnej porażki, która nie wiadomo z czego wynikła (ale chyba ze słabego scenariusza). Pixara nie biorę pod uwagę, bo tam chyba panuje pewna jeśli nie pełna niezależność od fabryki „Wielkiej Myszy”.

To, co słusznie zauważa ktoś, i co mnie też poniekąd przeraża, to wyszczególniony w tym artykule trend Disneya do zajeżdżania „franczyzy” wypuszczaniem kolejnych sequeli – co nota bene zapowiedziano już wczoraj – że co 2-3 lata przez czas nieokreślony będziemy dostawać nowe filmy pod marką „Star Wars”. Generalnie nie wiem, czy to źle. Od dobrych 10 lat czekam na to, żeby zajarać się filmem z tego świata tak jak kiedyś (fala oczekiwań na prequele opadła po zobaczeniu „Mrocznego widma”, zresztą zawsze chciałem dostać nową historię a nie uzupełnienie luk do starej…). Poza tym, jak słusznie zauważają niektórzy fani na forach: fakt kręcenia tylu filmów pozwoli na różne eksperymenty, więc na pewno mimo słabszych filmów dostaniemy też perełki. I taki ostrożny optymizm reprezentuję.

W międzyczasie martwi mnie co innego: 2015 rok jako data premiery pierwszej części nowej trylogii. Znając kalendarze Amerykanie zechcą wypuścić ją w lecie, czyli do premiery zostało 2,5 roku. Jak na świat hollywoodzkiego filmu – to mało. Albo więc doskonale już wiedzą, kto to wyreżyseruje i pracują nad tekstem, albo grozi im to co zabiło już wiele dobrych filmów – pośpiech. Rzekomo mają już treatmenty 3 nowych filmów i teraz bawią się pomysłami. Dobrze, pobawię się i ja wchodząc w świat spekulacji, kto mógłby wyreżyserować pierwsze nowe „Gwiezdne Wojny”.
Z giełdy nazwisk rzucanej przez fanów na najdłuższym talkbacku w historii strony Ain’t It Cool News wyłaniam i kolejno skreślam nazwiska:
– Cameron (zatopiony w świecie Avatarów co najmniej przez najbliższe 7-8 lat)
– Jackson (do 2015 wypuszcza „Hobbity”)
– Abrams (chyba że prosto ze „Star Treka” przejdzie do „Star Wars” ale to chyba za duże ryzyko błędów stylistycznych dla ludzi z Disneya, poza tym pierwszy „Star Trek” wcale nie był takim sukcesem jak się spodziewano)
Whedon (tez bym go obstawił na pierwszym miejscu, niestety ma w tym samym czasie kręcić „Avengers”)
– Tarantino (nie wierzę, by Disney chciał z nim pracować i vice versa)
– Nolan i Fincher – obaj chyba siedzą w zbyt mrocznych tematach jak na studio Disneya, nawet w jej morcznej wersji, poza tym Fincher już się starł z wielkimi studiami o „Dziewczynę z Tatuażem”, więc szczerze wątpię).

Kogo bym nie chciał? Lena Wisemana („Szklana Pułapka 4”, nowa wersja „Pamięci Absolutnej”), Tarsema Singha (choć jego „Immortals” mi się podobało), Zacka Snydera („Sucker Punch”, zrobi z tego coś złego, poza tym jest zajęty nowym Supermanem) no i na pewno nie Bretta Ratnera („X-men: Ostatni Bastion”, „Godziny Szczytu) ani Michaela Baya („Transformers”). Choć nie wątpię że już dziś część z tych reżyserów lobbuje za tym stanowiskiem. Kto zatem jest prawdopodobny i pożądany (wg. mojej subiektywnej opinii)?

Oto moja pierwsza trójka:
1. Brad Bird – autor sukcesów Pixara („Iniemamocni”), który pokazał, że nawet kiepskie filmy z Tomem Cruisem może ożywić w ubiegłorocznym „Mission:Impossible 4”
2. Neill Blomkamp – niczym współczesny George Lucas użył małego budżetu i efektu „zużytej rzeczywistości” by pokazać unikatową wersję przyszłości w swoim „Dystrykcie 9”. Myślę, że władze Disneya będą uważnie śledzić losy jego nowego filmu science-fiction „Elysium” (premiera w maju 2013) by sprawdzić, jak poradził sobie z hollywoodzkimi gwiazdami i wielkim budżetem.
3. Alfonso Cuaron lub Guillermo Del Toro – pierwszy to autor najlepszej do dziś adaptacji Harrego Pottra („…i więzień Azkabanu”) oraz świetnego filmu science-fiction „Ludzkie Dzieci”, teraz zajęty ponoć świetnie się zapowiadająca „Grawitacją” – też science-fiction. Mimo kilku ogłoszonych na IMDB projektów sądzę, że na hasło „Star Wars” mógłby je odłożyć na półkę. Drugi to z kolei autor „Labiryntu Fauna” i „Hellboya” – myślę, że dałby radę, choć obecnie pracuje nad swym wysokobudżetowym „Pacific Rim” (o gigantycznych robotach walczących z gigantycznymi potworami). Jeśli ten wielki projekt będzie równie wielkim sukcesem, Del Toro może być człowiekiem, którego Disney szuka.

Lista awaryjna: z zaufanych macherów Disneya to jeszcze Andrew Stanton po nieudanym „Johnie Carterze” to chyba za duże dla Disneya ryzyko PR-owe, a szkoda bo że w rozrywce rodzinnej radzi sobie dobrze udowodnił pierwszą „Narnią”. Gore Verbinski jest wszechstronny ale boję się, że upchałby do „Gwiezdnych Wojen” Johnny’ego Deppa, a t niekoniecznie jest dobry kierunek. Ciekawym wyborem i takim „dzikim strzałem” byłby Edgar Wright, który ma nietypowe poczucie humoru i świetnie radzi sobie z młodymi aktorami co pokazał w „Scott Pilgrim vs. Świat”, ale to chyba zbyt ryzykowny wybór jak na takie studio i ten film.

Cóż, zawsze pozostaje Spielberg… pytanie czy byłby faktycznie w stanie zrobić w tym wszechświecie rewolucję?

 

Jako Bond i nie Bond – recenzja „Skyfall”

31 Paźdź

Od razu na starcie ostrzegę, że nie potrafię omówić moich problemów z tym filmem nie wchodząc w głębokie SPOILERY, więc jeśli ktoś produkcji nie widział, niech nie czyta poza następny paragraf.
Sam Mendes poszedł jeszcze dalej w „poważną stronę Bonda”, niż twórcy „Casino Royale”. To dobrze bo kierunek niewątpliwie spodobał się fanom. Czy jednak „Skyfall” jest tak długo wyczekiwanym „Mrocznym Rycerzem” sagi o Bondzie? Sądząc z recenzji – dla niektórych widzów jak najbardziej. Ja mam z tym filmem jednak kilka problemów.

Wada 1 – Już to gdzieś widzieliśmy

Akt drugi filmu w dużej mierze opiera się na schwytaniu groźnego psychopaty Silvy i zamknięciu go w oszklonym więzieniu. Jak się wkrótce okazuje, Silva dał się schwytać tylko po to by wykonać swój diaboliczny plan. Nie przypomina wam to dokładnie kropka w kropkę drugiego aktu „Mrocznego Rycerza” Nolana, gdzie Joker daje się schwytać tylko po to by wciągnąć „dobrych” do swej szalonej gry? Ewentualne skojarzenia z „Milczeniem Owiec” także wskazane. Długi pościg ulicami (i nie tylko) egzotycznego miasta ledwie co widzieliśmy w ostatnich czterech filmach o Bournie (choć ten w Bondzie robi kapitalne wrażenie), trzeci akt omówię osobno, ale nawet piosenka Adele oparta jest na znajomych taktach z oryginalnych fragmentów muzyki o Bondzie.

Wada 2 – Z logiką na bakier

Największy mój problem z tym filmem, że z jednej strony uczłowieczamy Bonda osadzamy wszystko w „naszej” rzeczywistości, realnej i namacalnej. I ja w tej rzeczywistości mam uwierzyć w to, że kiedy ucieka najgroźniejszy więzień MI-6, to goni go jeden człowiek? Przez pół Londynu? I ten ścigany w towarzystwie bodaj dwóch innych tak o sobie wchodzi do Parlamentu żeby zabić swój cel, który nota bene wie, że on przybędzie i nikogo nie ostrzega? Przekleństwo samo ciśnie mi się na usta. Ja po prostu tego nie kupuję, a przez to już niczego co stanie się w filmie później. Cały dramatyzm gdzieś dla mnie uleciał. Albo jak w finale dobrzy, wiedząc że niektórzy źli jeszcze żyją, uciekają przez ciemne pole z latarkami. Serio? I to robi leśniczy mieszkający tam całe życie? Nota bene zgadzam się z Jackiem Szczerbą, który w „Wyborczej” pisze, że to postać jak z Jane Austen. Albert Finney jako Kincade po prostu do Bonda nie pasuje.

Wada 3 – Kobiety Bonda

Naomie Harris ma urodę, natomiast wdzięku i naturalności niestety tyle co nic. Nic dziwnego, że między nią a Bondem nie ma szczególnej chemii a ich dialogi to naładowane sucharami najsłabsze ścieżki dialogowe filmu. Natomiast Berenice „zagrywam się” Marlohe z wiecznie krzywą jedną miną jest po prostu okropna. Ja wiem, że kobiety Bonda mają określoną rolę, i że w tym filmie jedyną prawdziwą kobieta Bonda jest M (Judi Dench – jak zwykle klasa sama w sobie), ale mimo wszystko w scenie kiedy z drżącymi rękami Bond łapie Severine (Marlohe) na kłamstwie, odruchowo przewracam oczami.

Wada 4 – Finał

Podoba mi się pomysł zgłębienia postaci Bonda, zgodny z zapoczątkowanym „Casino Royale” uczłowieczaniem postaci. Ale czy Bond odarty z tajemnicy i „nadczłowieczeństwa” to jeszcze Bond? I tak, zamiast do siedziby złego udajemy się w finale do domu rodzinnego Bonda. Takie załamanie konwencji jest fajne, ale pomysł by Judi Dench jako M montowała bomby z żarówek i gwoździ bardziej mi przypomina „Kevina Samego w Domu” (dzięki Szumi za podrzucenie skojarzenia) niż kino akcji – bardziej wywołuje uśmiech politowania, niż ekscytację. Pomysł by Bond korzystał z pomocy staruszki i podstarzałego leśniczego też zakrawa na parodię. No i ten atak helikopterem z muzyką w tle – „Czas apokalipsy” jak się patrzy.

Czy mimo tych wad, źle się bawiłem? Nie, absolutnie nie. Było ok.  Ale też nie dam sobie wmówić, że to najlepszy Bond wszech czasów. Ale zabawa była, i to od pierwszych scen świetnie wymyślonego i nakręconego pościgu, przez sporą część filmu, acz nie brak mu dłużyzn.  W mej dobrej zabawie największa zasługa dwóch mistrzów – obrazu i dźwięku – mam tu na myśli oczywiście Rogera Deakinsa, który sprawił, że to najładniej wyglądający Bond jakiego oglądałem, i Thomasa Newmana, który stworzył ścieżkę bardzo dobrze komponującą się z tym obrazem. Podobała mi się też ilość odwołań do klasyków serii, która świadczy o tym, że mimo odarcia Bonda z pewnych rzeczy i autorskiego podejścia reżyser Mendes ma też pewien stopień szacunku do konwencji serii. Podobał mi się też nawet sympatyczny w gruncie rzeczy epilog, dający kolejnemu twórcy możliwości pójścia z Bondem w kolejnym, nieznanym dziś kierunku. I tego serii i sobie życzę.

Ania – Bawię się świetnie (recenzja)

20 Paźdź

Kiedy przy okazji promocji „Ania Movie” Ania Dąbrowska wspomniała, że żegna się ze stylistyką retro. Przyjąłem tą zapowiedź z ciekawością i naprawdę na jej kolejny album czekałem z niecierpliwością. Pisze to po to, bo ma to niewątpliwy wpływ na moją ocenę nowego albumu Ani, który nabyłem w wersji de luxe czyli z dodatkowym krążkiem wypełniony różnymi duetami, wersją live czy inną wersją tytułowej piosenki „Bawię się świetnie.

I paradoks polega na tym, że właśnie na tym dodatkowym krążku zobaczyłem tę woltę stylistyczną, jakiej oczekiwałem od Ani – nowoczesne brzmienia w utworze z June, podbite elektroniką „Zatrzymać Cię (Dla Izy)” (mój faworyt z obu krążków), całkiem ciekawą rockową balladę nagraną z Piotrem Niesłuchowskim znanym z drużyny Ani z „The Voice of Poland” czy bardzo fajnie zaaranżowany duet z Samborem Dudzińskim oraz znane mi wcześniej featuringi u L.Stadt (w innej wersji) czy u Ani Rusowicz, gdzie Ania Dąbrowska pokazuje zupełnie inny wokal niż ten, do którego nas przyzwyczaiła. Ten krążek, mimo ze bardzo niespójny, bo to w końcu tylko „Bonus Disc” jest dla mnie dużo ciekawszy niż właściwa płytka.

Co oczywiście nie znaczy, że jest źle. Ania bowiem jak zwykle jest klasą samą w sobie. Porządna produkcja, delikatny flirt z elektroniką, dobre instrumentarium fajne melodie, czasem nieco zbyt proste teksty ale ogólnie równy poziom. Dużo mniej tu stylizacji, zgodnie z tym co obiecywała Ania. Niemniej nowa płyta brzmi jak powrót do pierwszego krążka, to podobna stylistyka akustycznego popu, który mi kojarzy się tutaj np. z Amy McDonald. Mimo dopieszczenia brzmienia i zmiany producenta, nie wiem czy przeciętny słuchacz taki jak ja doceni, a nawet dostrzeże zmiany. On raczej usłyszy w tych utworach podobieństwo do poprzednich dokonań Ani, o czym zresztą świadczą podpisy pod singlem na youtubie. Podoba mi się sporo utworów z tego zestawu, choć nie wszystkie. Szczególnie polubiłem „Bez Cienia Nadziei” i „Jeszcze ten jeden raz”.  Po prostu jak zwykle dobrze mi się tego słucha. Fani Ani będą zadowoleni, jej przeciwnicy zaś pozostaną nieprzekonani.

„Stary i sprawdzony śnię sobie sen” – takimi słowami otwiera album Ania, dokładnie podsumowując tymi słowami to, co ja odczuwam po jego przesłuchaniu. Jest dobrze, stabilnie. Ale ja oczekiwałem od Ani czegoś innego.

Weekend z… nowymi serialami – dramaty cz. 2

14 Paźdź

Ufff. Dotarłem do końca i obejrzałem prawie wszystko, co pojawiło się w amerykańskiej Tv tej jesieni. To było naprawdę trudne zadanie. Starałem się obejrzeć po minimum dwa odcinki każdego opisywanego serialu. Nie zawsze się dało (i nie zawsze dałem radę wytrzymać). Wkrótce ostateczne podsumowanie i mini-ranking.

666 Park Avenue

Szanse na utrzymanie sie w TV: ciężkie do przewidzenia

Kto za tym stoi? David Wilcox („Law & Order”, „Fringe”)

Kto przed kamerą? Terry O’Quinn (“Lost”), Vanessa Williams (“Desperate Housewives”), Dave Annable (“Bracia i Siostry”) i Rachael Taylor (“Aniołki Charliego”)

O czym to? Jak już pisałem w jednym z poniższych wpisów, o młodej parze wprowazającej się do eleganckiej, skrywającej wiele tajemnic kamienicy zarządzanej przez szatana i jego żonę (lub sługi złego, whatever). Z kamienicy znikają też regularnie lokatorzy (czego nikt nie zauważa).

Plusy i minusy: Horror light w wersji glamour. Nieznośnie głupie, mało logiczne i co najgorsze z suspensem na poziomie „Mody na sukces”. Największą jednak wadą tego serialu jest to, o czym pisałem w mini-wstępie – tu brakuje pomysłu na dłuższy serial, chyba że scenarzyści chowają asy w rękawie. Nawet jeśli tak jest, lepiej żeby szybko je wyciągnęli nim producenci zakręcą im kurek z pieniędzmi.

Werdykt: Nie warto. Naprawdę.

Emily Owens M.D.

Szanse na utrzymanie sie w TV: umiarkowane

Kto za tym stoi? Jennie Snyder („Kochane kłopoty”, „Szminka w wielkim mieście”)

Kto przed kamerą? Mamie Gummer (córka Meryl Streep, znana z „The Big C” i „Off the map”), Justin Hartley („Smallville” gdzie nota bene grał postać Green Arrowa z opisanego wczoraj serialu)

O czym to? Ukradnę z innej strony porównanie – skrzyżowanie „Grey’a Anatomy” z „Ally McBeal”.

Plusy i minusy: Mamie Gummer jest sympatyczna, ale istnieje już show o lekarzach z narratorem z offu (Meredith Grey w „Grey’s Anatomy”). W dodatku tamten show skupia się jednak na kilku(z czasem -nastu) postaciach, a tutaj na jednej młodej lekarce i jej życiu uczuciowo-zawodowym. Znowu – pomimo że to sympatyczna produkcja – czy to wystarczy na serial?

Werdykt: Można obejrzeć. Przyjemnie się to ogląda, równie przyjemnie się tego potem nie pamięta.

Last Resort

Szanse na utrzymanie sie w TV: ciężko przewidzieć – jeśli utrzyma się poziom pilota to spore

Kto za tym stoi? Shawn Ryan („The Shield”, „Lie to me”) i Karl Grajdusek („Dead like me”)

Kto przed kamerą? Andre Braugher („Men of a certain age”, filmy „Mgła” czy ‚Miasto aniołów”), Scott Speedman (seria „Underworld”), Robert Patrick (pamiętny T-1000 z „Terminatora 2”),

O czym to? Ambitna rozrywka – tylko w pilocie wybucha praktycznie III wojna światowa, wszystko wskazuje na to, że spowodowały ją jakieś siły w USA, a w środku tego jest okręt podwodny z arsenałem nuklearnym, którego kapitan opanowuje mała wysepkę gdzieś na Pacyfiku i ogłasza niezależność od USA (trochę uprościłem).

Plusy i minusy: Uff, fabułę ciężko wyjaśnić. Ale jest spisek, wyspa, „Lost”-owe klimaty, dobrzy aktorzy, świetne tempo (pilota zrobił Martin Campbell – reżyser „Casino Royale”), trochę nielogiczności, świetny pilot i trochę nierówne kolejne dwa odcinki.

Werdykt: Taki sam, jak w przypadku „Revolution” – warto chyba poczekać. Niemniej na poziomie rozrywkowym jest to dla mnie najlepszy serial tej jesieni.

Elementary

Szanse na utrzymanie sie w TV: duże

Kto za tym stoi? Robert Doherty (twórca seriali „Tru Calling”, „Medium”, „Ringer”)

Kto przed kamerą? Johnny Lee Miller („Trainspitting”, „Hakerzy”, ostatnio „Mroczne Cienie Burtona) i Lucy Liu („Aniołki Charliego”, „Ally McBeal”)

O czym to? Kolejna uwspółcześniona wersja przygód Sherlocka Holmesa – ty razem w Nowym Jorku i z doktorem Watsonem jako kobietą.

Plusy i minusy: Nie jest to wybitne jak brytyjski „Sherlock”. W zasadzie sam fakt, że serial jest o Holmesie wydaje mi się tylko PR-ową zagrywką. Bo poza tym serial nic nie różni od innych proceduralnych dzieł CBS. Niemniej, jest to solidnie zrobione, zmontowane i zagrane, choć lubujący się w rozwiązywaniu zagadek mistrzowie logiki już w pilocie dostrzegli pewne luki. Oczywiście najciekawszy jest tu wątek uczynienia dr Watson kobietą i zrobienia z niej sponsora uzależnionego od narkotyków Holmesa. Dobrze dobrano aktorów – Lee Miller gra Holmesa odrobinę jak Downey Jr., ale jednak po swojemu. Czuć chemię między aktorami, dzięki temu bardzo dobrze się to ogląda. I tyle.

Werdykt: Trochę za dużo efektownych PR-owych zagrywek, ale to wciąż solidny kryminalny serial.

The Mob Doctor

Szanse na utrzymanie sie w TV: mniejsze niż zero

Kto za tym stoi? Rob Wright i Josh Berman („Drop Dead Diva”, „Czarodziejki”, „Kości”)

Kto przed kamerą? Jordana Spiro („Harry’s Law”), William Forsythe (ostatnio „Boardwalk Empire”), Zeljko Ivanek („Damages”)

O czym to? Tytuł mówi wszystko – lekarka, która po godzinach pomaga mafii, bo jej brat wisi mafii sporą kasę.

Plusy i minusy: Potrafię sobie wyobrazić miny telewizyjnych tuzów kiedy na ich biurku wylądował jakiś ogólny pomysł tego serialu. Serial o lekarzach … I JESZCZE O MAFII. O kurde, to brzmi jak złote cielę. Niestety, może i w zamyśle brzmi to fajnie, jednak pierwszy odcinek jest tak niedorzeczny, że amerykańscy krytycy nie zostawili na nim suchej nitki. Z głównym zarzutem – że główna bohaterka jest niezbyt sympatyczna, niestety się zgadzam. Jest w niej coś strasznie irytującego. fabuła niestety nie grzeszy ani logiką, ani oryginalnością. Ale tez nie uważam, żeby było to aż takie złe jak twierdzą niektórzy.

Werdykt: Media już wydały wyrok, widzowie też, skoro serial ma najniższą średnią ocen na IMDB ze wszystkich, które tu opisuje. Aktorzy zapewne już rozglądają się za nowymi castingami. I tak to jest…

Weekend z… nowymi serialami – dramaty (cz. 1)

13 Paźdź

Chicago Fire

Szanse na utrzymanie się w TV: umiarkowane

Kto za tym stoi? Duet Michael Brandt i Derek Haas – autorzy scenariuszy do filmów „Wanted: Ścigani”, „Za szybcy za wściekli”, „The Double”

Kto przed kamerą? Jesse Spencer (dr Chase z „House’a”), Lauren German („Hostel 2”), Taylor Kinney („Pamiętniki Wampirów”),

O czym to? O grupie super przystojnych strażaków pracujących w Chicago

Plusy i minusy: Wśród plusów na pewno fakt, że obsada poza tym, że tworzy najprzystojniejszą grupę strażaków, lekarzy i policjantów jaką kiedykolwiek widziałem, to nie można poszczególnym ludziom odmówić talentu. Nieźle to grane. Gorzej ze scenariuszem. Sztywne to i w dodatku niezbyt wciągające. Efekty specjalne tez nie powalają. Ale na pewno znajdzie swoich amatorów. Trzyma wyśrubowany, średni poziom. Może z czasem się polepszyć.

Werdykt: Dla tych, co na ekranie lubią oglądać pięknych ludzi i tych, których kręcą dramaty o poszczególnych zawodach. Uprzedzam – to taki typowy średniak.

Arrow

Szanse na utrzymanie się w TV: ogromne

Kto za tym stoi? Greg Berlanti (scenarzysta okropnego „Green Lantern”) i Marc Guggenheim („Ei Stone”, „Flash Forward”, „Bracia i Siostry”)

Kto przed kamerą? Stephen Amell („Private Practice”, „The New Girl”, „Hung”), Willa Holland („Gossip Girl”, „The O.C”), Colin Salmon („Resident Evil”, seria Bondów z udziałem Pierce’a Brosnana)

O czym to? Po „Smallville” kolejny reboot czy też prequel bohatera ze stajni komiksów DC. Tym razem bohaterem jest Olliver Queen czyli super-łucznik znany w komiksach jako The Green Arrow.

Plusy i minusy: Plusem jest w miarę mroczne podejście do postaci. Minusem rażące głupoty fabularne. Plusem scenografia i efekty specjalne. Minusem nieco drewniane aktorstwo, oparte na głębokich spojrzeniach i kamiennych twarzach. Komiksowi puryści ponoć narzekają na zbyt rażące zmiany w stosunku do komiksów, ale jako że do nich nie należę, na pilocie bawiłem się przyzwoicie.

Werdykt: Fani Smallville nie powinni być rozczarowani. Porządnie zrobione, nawet znośnie jak na tę konwencję grane, jak akcja to z rozmachem itd. Pilot pobił wszystkie rekordy oglądalności i był najchętniej oglądanym programem na CW od 4 lat.

Beauty & The Beast

Szanse na utrzymanie się w TV: pewnie duże co mnie martwi

Kto za tym stoi? Sherri Cooper („Bracia i Siostry”, „Everwood”), Jennifer Levin (też „bracia i Siostry”, „Bez śladu”, „Felicity”

Kto przed kamerą? Kristin Kreuk („Smallville”), Jay Ryan („Terra Nova”)

O czym to? Jak powiedział mi wujek google jest to remake serialu z lat 80-tych z Lindą Hamilton i Ronem Perlmanem. Tutaj jednak Bella jest tu policjantką o imieniu Catherine, a Bestia byłym lekarzem zmieniającym się w coś na kształt Hulka w gniewie. Tutaj razem będą rozwiązywać zagadki morderstw i walczyć ze złem itd itp. Coś mi się wydaje, że w oryginalnym serialu było inaczej.

Plusy i minusy: Plusów za dużo nie widzę, chociaż piosenki dobrano tak fajne, że aż żal mi było wykonawców, że mogą być potem kojarzeni z tym serialem. Z minusów: Kristin Kreuk tak się nadaje na policjantkę jak Marta Grycan do reklamowania bielizny. Toporne dialogi, nudna fabuła, straszne efekty. Koszmarne kiksy scenariuszowe.

Werdykt: To jest po prostu porażająco złe. Źle obsadzone, źle napisane, źle wymyślone i mógłbym tak wymieniać i wymieniać…

Revolution

Szanse na utrzymanie się w TV: umiarkowanie niepewne

Kto za tym stoi? Eric Kripke („Supernatural”)

Kto przed kamerą? Relatywnie nieznana Tracy Spiridakos, Elizabeth Mitchell („Lost”), Billy Burke (ojciec Belli w serii „Zmierzch”)

O czym to? Pewnego dnia świat dopada dziwna katastrofa – znika prąd. Ludzkość musi radzić sobie na nowo. 15 lat po katastrofie, na przekór nowym rządom, grupa ludzi próbuje dojść co się stało.

Plusy i minusy: Niespójność – to słowo najlepiej opisuje ten serial. Niby jest intrygujący, ale to samo można było powiedzieć o, moim zdaniem dużo lepszych, „Flash Forward” czy „The Event”, które nie przetrwały jednego sezonu. Pomysł wyjściowy, nawet jeśli nielogiczny super. Gorzej z resztą. Kolejne odcinki to coś pomiędzy wojowniczą „Xeną” a niezbyt udanym „Flash Forward”. Boję się, że im dalej w las tym będzie gorzej. No i główna aktorka – na okładki Playboya nadaje sie świetnie, ale do grania w serialu jako główna postać niestety już dużo mniej.

Werdykt: Ciężko stwierdzić czy ten serial ma szanse utrzymania się w ramówce. W międzyczasie, zamiast inwestować w to czas, radzę poczekać jak rozwinie się sytuacja.

Nashville

Szanse na utrzymanie się w TV: praktycznie pewne

Kto za tym stoi? Callie Khouri (scenarzystka „Thelmy i Louise” i niedocenianego „Divine Secrets of the Ya-Ya Sisterhood”)

Kto przed kamerą? Connie Britton („Friday Night Lights”), Hayden Panettiere („Heroes”), Eric Close („Bez Śladu”, „Suits”), Powers Boothe („24”, „Deadwood”)

O czym to? O weterance sceny country, która ma ruszyć w trasę z dużo młodszą wschodzącą gwiazdą. Dużo tu muzyki country, klimatu południa USA, polityki (rodzina głównej bohaterki jest uwikłana w walce o władze po szyję) i rodzinnych dramatów.

Plusy i minusy: Dobrze napisane postacie, do tego solidne aktorstwo. Poza Stanami serial zapewne nie odniesie sukcesu, choć zapewniam, że muzykę country można w tym serialu nawet znieść. Jeśli ktoś lubi rodzinne seriale (a’la „Bracia i Siostry” czy „Parenthood”) to ten ma ciekawy punkt wyjścia, sporo wątków i naprawdę solidnie zrobionego pilota.

Werdykt: świetnie napisane, dobrze grane, z ogromnym potencjałem. Nie moja para kaloszy ale fanom tego typu seriali lub muzyki country polecam w ciemno.

Vegas

Szanse na utrzymanie się w TV: malutkie

Kto za tym stoi? Nicholas Pileggi (scenarzysta „Kasyna” i „Chłopców z Ferajny”) oraz Greg Walker („Bez śladu”)

Kto przed kamerą? udający tutaj Harrisona Forda Dennis Quaid i łysy jak zwykle Michael Chiklis

O czym to? O powstawaniu współczesnego Vegas (rzekomo) w latach sześcdziesiątych, o ówczesnych rządach mafii (rzekomo) i o dzielnym szeryfie, który rozwiązuje kolejne tajemnicze morderstwa (tak naprawdę)

Plusy i minusy: W zamierzeniu to miała być chyba historia a’la „Zakazane imperium” skrzyżowana z „Mad Men” a wyszedł „Walker Strażnik Teksasu”, tyle że w latach 60-tych. Dla niepoznaki ściągnięto tu bardzo porządną obsadę. Quaid na krawędzi autoparodii, Chiklis miota się na tyle, na ile scenariusz mu pozwala. Carrie-Anne Moss („Matrix”) nie ma za wiele do roboty.

Werdykt: Przewidywalne, absolutnie nie-wciągające, typowane przez krytyków wszem i wobec do odstrzału w niedalekiej przyszłości (i słusznie).

Skubas – Wilczełyko (recenzja)

10 Paźdź

Ostatnio wpadła mi ta płyta w oko przy okazji przeglądania Wprost i Dużego Formatu. Spojrzałem na pozytywne recenzje i, nie od razu, pokojarzyłem Squbassa (obecnie Skubasa) z płytami i koncertami Smolika czy Noviki. Udałem się więc wgłąb sieci, by odsłuchać to dzieło fragmentami. Po wstępnym przesłuchaniu postanowiłem jednak, że warto sprawić sobie całość.

Od razu zaznaczę, że nie jest to nuta, której bym słuchał na codzień, jednak ta muzyka mnie niewątpliwie ujęła. „Wilczełyko” to piękna płytka, która miejscami przypomina mi ostatnie rockowe dokonania The Black Keys (chyba najbardziej przebojowe na płycie „Więcej nieba” czy „Jak Linoskoczek”), a miejscami połamane folkowe kompozycje Bon Iver (świetne „Mgła”  i  „Eyes of Vanity”). Skubas na wokalu brzmi zaś dla mnie trochę jak młody Stanisław Sojka, a trochę jak Adam Nowak. Leniwie snuje się ta muzyka, choć Skubas potrafi też pokazać rockowy pazur (choćby w odwołującym się do grunge „Prawie jak Kurt”, który to numer nota bene wyśmiewa to, że każdy musi być jakoś zaszufladkowany). Dźwięki są nieco przybrudzone, surowe, dzięki czemu chyba ta płyta nabiera więcej jeszcze uroku. Jedyne, co nie powala, to teksty. Absolutnie nie są złe i z pewnością dobrze, że nie popadają w patos a’la Coma, ale też nie są szczególnie oryginalne ani ciekawe (choć nie wszystkie – wyjątkiem jest choćby „Mgła” z tekstem Wojciecha Waglewskiego).

Płyta antynowoczesna, nieoczywista, urzekająca. Przede wszystkim jednak konsekwentna i przemyślana. Nie do końca to moje dźwięki (jak pisałem na początku mini-recenzji), ale na pewno warto na Skubasa pierwszy solowy krążek zwrócić uwagę, bo to chyba idealna muzyka na wszechogarniającą nas właśnie jesień.

Video of the day – Grammy 2011 Tribute to Aretha Franklin

9 Paźdź

Leżę dziś nieco przymulony porannym odczulaniem, a z pół-letargu ratuje mnie muzyka Arethy Franklin i innych klasyków. I tak mi się jakoś przypomniał w ramach ciekawostki ten medley z ubiegłorocznych Grammy, kiedy Aretha miała poważne kłopoty ze zdrowiem. Co prawda uczestniczące w nim panie niekiedy bardziej walczą o to, która najlepiej popisze się wysokimi dźwiękami, to jednak jest coś urzekającego w kolaboracji artystów alternatywnych (Florence Welch), r’n’b (Jennifer Hudson), pop (Christina Aguilera), country (Martina McBride) i gospel (Yolanda Adams). Dobór wokalistek  pokazuje, że twórcy gali mieli przynajmniej jakiś pomysł na to by pokazać, że Franklin wpływa do dziś na artystów różnych gatunków. No i te wokale – nie kryję, że słucham ich z przyjemnością.