Jako Bond i nie Bond – recenzja „Skyfall”

31 Paźdź

Od razu na starcie ostrzegę, że nie potrafię omówić moich problemów z tym filmem nie wchodząc w głębokie SPOILERY, więc jeśli ktoś produkcji nie widział, niech nie czyta poza następny paragraf.
Sam Mendes poszedł jeszcze dalej w „poważną stronę Bonda”, niż twórcy „Casino Royale”. To dobrze bo kierunek niewątpliwie spodobał się fanom. Czy jednak „Skyfall” jest tak długo wyczekiwanym „Mrocznym Rycerzem” sagi o Bondzie? Sądząc z recenzji – dla niektórych widzów jak najbardziej. Ja mam z tym filmem jednak kilka problemów.

Wada 1 – Już to gdzieś widzieliśmy

Akt drugi filmu w dużej mierze opiera się na schwytaniu groźnego psychopaty Silvy i zamknięciu go w oszklonym więzieniu. Jak się wkrótce okazuje, Silva dał się schwytać tylko po to by wykonać swój diaboliczny plan. Nie przypomina wam to dokładnie kropka w kropkę drugiego aktu „Mrocznego Rycerza” Nolana, gdzie Joker daje się schwytać tylko po to by wciągnąć „dobrych” do swej szalonej gry? Ewentualne skojarzenia z „Milczeniem Owiec” także wskazane. Długi pościg ulicami (i nie tylko) egzotycznego miasta ledwie co widzieliśmy w ostatnich czterech filmach o Bournie (choć ten w Bondzie robi kapitalne wrażenie), trzeci akt omówię osobno, ale nawet piosenka Adele oparta jest na znajomych taktach z oryginalnych fragmentów muzyki o Bondzie.

Wada 2 – Z logiką na bakier

Największy mój problem z tym filmem, że z jednej strony uczłowieczamy Bonda osadzamy wszystko w „naszej” rzeczywistości, realnej i namacalnej. I ja w tej rzeczywistości mam uwierzyć w to, że kiedy ucieka najgroźniejszy więzień MI-6, to goni go jeden człowiek? Przez pół Londynu? I ten ścigany w towarzystwie bodaj dwóch innych tak o sobie wchodzi do Parlamentu żeby zabić swój cel, który nota bene wie, że on przybędzie i nikogo nie ostrzega? Przekleństwo samo ciśnie mi się na usta. Ja po prostu tego nie kupuję, a przez to już niczego co stanie się w filmie później. Cały dramatyzm gdzieś dla mnie uleciał. Albo jak w finale dobrzy, wiedząc że niektórzy źli jeszcze żyją, uciekają przez ciemne pole z latarkami. Serio? I to robi leśniczy mieszkający tam całe życie? Nota bene zgadzam się z Jackiem Szczerbą, który w „Wyborczej” pisze, że to postać jak z Jane Austen. Albert Finney jako Kincade po prostu do Bonda nie pasuje.

Wada 3 – Kobiety Bonda

Naomie Harris ma urodę, natomiast wdzięku i naturalności niestety tyle co nic. Nic dziwnego, że między nią a Bondem nie ma szczególnej chemii a ich dialogi to naładowane sucharami najsłabsze ścieżki dialogowe filmu. Natomiast Berenice „zagrywam się” Marlohe z wiecznie krzywą jedną miną jest po prostu okropna. Ja wiem, że kobiety Bonda mają określoną rolę, i że w tym filmie jedyną prawdziwą kobieta Bonda jest M (Judi Dench – jak zwykle klasa sama w sobie), ale mimo wszystko w scenie kiedy z drżącymi rękami Bond łapie Severine (Marlohe) na kłamstwie, odruchowo przewracam oczami.

Wada 4 – Finał

Podoba mi się pomysł zgłębienia postaci Bonda, zgodny z zapoczątkowanym „Casino Royale” uczłowieczaniem postaci. Ale czy Bond odarty z tajemnicy i „nadczłowieczeństwa” to jeszcze Bond? I tak, zamiast do siedziby złego udajemy się w finale do domu rodzinnego Bonda. Takie załamanie konwencji jest fajne, ale pomysł by Judi Dench jako M montowała bomby z żarówek i gwoździ bardziej mi przypomina „Kevina Samego w Domu” (dzięki Szumi za podrzucenie skojarzenia) niż kino akcji – bardziej wywołuje uśmiech politowania, niż ekscytację. Pomysł by Bond korzystał z pomocy staruszki i podstarzałego leśniczego też zakrawa na parodię. No i ten atak helikopterem z muzyką w tle – „Czas apokalipsy” jak się patrzy.

Czy mimo tych wad, źle się bawiłem? Nie, absolutnie nie. Było ok.  Ale też nie dam sobie wmówić, że to najlepszy Bond wszech czasów. Ale zabawa była, i to od pierwszych scen świetnie wymyślonego i nakręconego pościgu, przez sporą część filmu, acz nie brak mu dłużyzn.  W mej dobrej zabawie największa zasługa dwóch mistrzów – obrazu i dźwięku – mam tu na myśli oczywiście Rogera Deakinsa, który sprawił, że to najładniej wyglądający Bond jakiego oglądałem, i Thomasa Newmana, który stworzył ścieżkę bardzo dobrze komponującą się z tym obrazem. Podobała mi się też ilość odwołań do klasyków serii, która świadczy o tym, że mimo odarcia Bonda z pewnych rzeczy i autorskiego podejścia reżyser Mendes ma też pewien stopień szacunku do konwencji serii. Podobał mi się też nawet sympatyczny w gruncie rzeczy epilog, dający kolejnemu twórcy możliwości pójścia z Bondem w kolejnym, nieznanym dziś kierunku. I tego serii i sobie życzę.

Reklamy

Komentarze 3 to “Jako Bond i nie Bond – recenzja „Skyfall””

  1. Natalia 31/10/2012 @ 11:31 #

    dokładnie to samo pomyślałam – „Kevin sam w domu” no i jeszcze „McGyver”
    A scena na dachach Stambułu jest bardzo podobna do sceny z Taken 2. No niestety, kino się powtarza.

    • popkulturalnie 31/10/2012 @ 12:02 #

      Celowo ominąłem „Taken 2” w kinach, więc nie wiem. Pościg świetnie nakręcony i bardzo „bondowski”. A ogólnie film Ci się podobał?\

      • Natalia 31/10/2012 @ 12:15 #

        Taken2 dobrze, że ominąłeś bo to katastrofa. Ja się zdecydowałam ze względu na Stambuł właśnie. „Skyfall” mi się podobał, choć nie było takiego efektu WOW jakby można było się spodziewać. Zgadzam się, że parę wtop było – np. te które opisałeś, ale suma sumarum Mendes wyszedł z tego obronną ręką.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: