Archive | Listopad, 2012

Recenzje filmowe: Looper, Pokłosie, Anna Karenina

16 List

Looper

reż. Rian Johnson

wyst. Bruce Willis, Joseph Gordon Levitt, Emily Blunt

Data premiery (Polska): 2.11.2012r.

To, że Rian Johnson nie jest standardowym reżyserem udowodnił już jego pierwszy film – „Brick”, który był kryminałem w stylistyce noir, tyle że dziejącym się w liceum. Jego kolejny film – „Bracia Bloom” był z kolei typowym „heist movie”, tyle że ilość zwrotów akcji i sposób prowadzenia akcji był na tyle skomplikowany, że niejedna osoba się w tym pogubiła. Teraz Rian Johnson pokazuje nam trzeci pełnometrażowy film – poważne science fiction o podróżach w czasie.

Robiąc tego typu film łatwo wpaść w pułapkę – Johnson jednak z pewnością godną mistrza unika pułapek logiki i trzyma się zasad, które wymyślił. To jeden z największych plusów tego filmu. Drugi to strna techniczna – przyszłość jest pokazana za pomocą bardzo subtelnych różnic, ale w sposób bardzo ciekawy efekty są proste i nigdy nie dominują obrazu, można nawet powiedzieć, że na swój sposób to taki neo-western, ale to tylko moja interpretacja.

Trzeci plus to oczywiście obsada. Joseph Gordon Levitt dzięki bardzo subtelnej charakteryzacji wygląda właśnie tak, jak młody Bruce Willis mógłby wyglądać. Willis ma wbrew pozorom nie aż tak dużą rolę, ale wypełnia swoje zadanie świetnie. Emily Blunt jest tu chyba najlepsza z obsady, grając osobę z tajemniczą przeszłością. Jest też fenomenalny Jeff Daniels, Paul Dano i świetnie grający kilkulatek Pierce Gagnon.

Jeśli oczekujesz fajerwerków i tony akcji – to nie jest film dla Ciebie. jesli lubisz inteligentne science-fiction, które docenia skupienie widza i zaskakuje kilkukrotnie w czasie filmu – to naprawdę warto wybrać się do kina.

Pokłosie

reż. Władysław Pasikowski

wyst. Ireneusz Czop, Maciej Stuhr, Jerzy Radziwiłowicz

Data premiery (Polska): 9.11.2012r.

Karkołomnym i, z pozoru, bezczelnym wydaje się podawać tak poważny temat w konwencji thrillera. A jednak to działa. Bo to nie thriller w stylu „Siedem”. Tutaj wzorem wydają się „Ukryte” Michaela Haneke, w którym ten mistrz europejskiego kina pokazywał jak łatwo jest zburzyć nasz zwykły spokój i wpędzić w poczucie nieustannego zagrożenia.

Pasikowski, który nigdy nie należał do reżyserów zbyt subtelnych, idzie oczywiście do ekstremum pokazując sytuację gdy absolutnie cały doskonale nam znany świat zwraca się przeciw nam. I ta klaustrofobiczna atmosfera dzięki umiejętnemu prowadzeniu akcji i dobrej robocie technicznej udzieliło mi się jako widzowi. Miejscami niestety własnie brak subtelności sprawia, że film jest nieco zbyt przewidywalny, jakby robiony wg. podręcznika. Przez to nieco traci na wartości.

Z początku miałem też problem żeby „kupić” Macieja Stuhra w tej roli, ale po kilku minutach przyzwyczajania się zwyciężyła jego doskonała gra aktorska i wciągnąłem się w historię. Ireneusz Czop, względnie nieograna twarz na ekranach, też jest doskonały. W ogóle jeśli chodzi o aktorów to wszyscy wykonali kawał dobrej roboty.

„Pokłosie” odbieram jako solidną rzemieślniczą pracę. To ważny film zw względu na tematykę i „jedynie” dobry, jeśli chodzi o scenariusz i filmową robotę. Mimo wszystko każdego zachęcam by wybrał się do kina, bo to film, który każdy Polak zobaczyć powinien.

Anna Karenina

reż. Joe Wright

wyst. Keira Knightley, Jude Law, Aaron Taylor-Johnson

data premiery: 23.11.2012r.

W ubiegłą niedzielę na przedpremierowym pokazie udało mi się zobaczyć nowy film Joe Wrighta, reżysera który już udowodnił, że radzi sobie z adaptacjami literatury klasycznej („Duma i uprzedzenie”) i nieco bardziej nowoczesnej („Pokuta”). Dlatego „Anna Karenina” na papierze była jednym z bardziej oczekiwanych filmów tego roku.

Zwłaszcza, że Wright poszedł nieco w stronę „Moulin Rouge” miksując prawdziwe plenery z wnętrzem teatru, które udaje cąłą Moskwę. Imponująca robota scenograficzna i choreograficzna jaką widzimy w pierwszych 30 minutach filmu, robi ogromne wrażenie. Dochodzą do tego oczywiście wspaniałe kostiumy i piekna muzyka Dario Marianellego. Trwa to mniej więcej przez 45 minut.

Potem niestety film przestaje zaskakiwać formą i ujawniać zaczyna się smutna prawda – że podobnie jak widz reżyser skupił się na formie, która choć wspaniała jest jednak strasznie sztuczna. Niestety ta sztuczność sprawia, że kiedy zaczyna brakować reżyserskich sztuczek i mamy skupić się na bohaterach i ich akcjach, to ciężko to zrobić. Przez to właśnie ostatnia godzina filmu (trwa nieco ponad dwie) jest straszną męką.

Nie pomaga też fakt, że postacie są  egzaltowane i jednowymiarowe. Jedynie Aaron Taylor-Johnson zdaje się grać Wrońskiego na choćby kilku niuansach. Jude Law jest papierowy i gra jedną miną, Matthew MacFayden przesadzony kompletnie, Kelly MacDonald niewykorzystana. Keira Knightley natomiast to aktorka, której fenomenu nie rozumiem, bo jest ona dla mnie niewiele więcej charyzmatyczna i wyrazista od Kristen „open mouth” Stewart. Tutaj jest wręcz porażająco nieznośna i jej postaci nie da się w żaden sposób współczuć, nie wspominając o polubieniu jej postaci. Może z inną aktorką ten film mniej by mnie irytował.

Podsumowując – film jest trochę jak la Sagrada Familia – przepiękny z zewnątrz i kompletnie niedopracowany, niedokończony wręcz w środku. Szkoda. Mimo to naprawdę jest co podziwiać.

TV or not TV – Bez tajemnic (sezon drugi)

15 List

„Bez Tajemnic” to serial bez wątpienia specyficzny. Produkcja oparta wyłącznie na dialogach, przypominająca teatr telewizji. W dzisiejszych stabloidyzowanych czasach to nie lada odwaga inwestować w produkt, który trzyma nas przez 20 minut w jednym pomieszczeniu z dwójką, trójką aktorów.

Pierwszy sezon obejrzałem z ciekawością i, muszę przyznać, wciągnąłem się w historię psychologa Andrzeja Wolskiego i jego kilkogra pacjentów. Druga seria już od pierwszych minut mnie zaskoczyła. Widać ktoś jednak czytuje uwagi internautów i potrafi sobie je wziąć do serca. Dlatego też w nowym sezonie jest przede wszystkim jaśniej, dzieki czemu nie mamy wrażenia ponurości, mimo powagi poruszanych w rozmowach tematów.

Nie ma też wątpliwości, że nawet jeśli serial jest w miarę dokładną adaptacją wersji izraelskiej czy amerykańskiej, jednak sztuka jest napisać inteligentne dialogi, nieco je przerobić na polskie realia i oddać w ręce pierwszej klasy aktorów. Ta sztuka tutaj znowu sie udaje. Część wątków jest kontynuacją, pośrednią lub nie, historii znanych juz z pierwszego sezonu. Dlatego nie jest to jeden z tych seriali, gdzie można „wskoczyć” w historię w dowolnym odcinku i od razu połapać się o co chodzi. To serial, tóy wymaga skupienia i uważnego oglądania.

Jeśli chodzi o inne zmiany, to oczywiście mamy nowe twarze w obsadzie. Do znanych już Jerzego Radziwiłowicza, Krystyny Jandy, Łukasza Simlata i Ilony Ostrowskiej dołączają m.in Magdalena Cielecka, Janusz Gajos, Julia Kijowska i Danuta Stenka. Aktorstwo jest na wysokim poziomie, dlatego też będę równie wiernym widzem nowego sezonu, jak byłem poprzedniego.

Pierwsze pięć odcinków można zobaczyć na HBO Go bezpłatnie.

Pop w natarciu czyli garść recenzji

10 List

Dawno nic nie pisałem, więc dzisiaj poczwórna dawka muzycznych recenzji z szeroko rozumianego gatunku mainstreamowego (wydanego przez wielkie wytwórnie i obecnego w komercyjnych stacjach radiowych) popu.

Anastacia – It’s a Man’s World

Zbliżają się święta, co oznacza, że za chwilę zasypie nas fala muzycznych premier kolęd nagranych przez znanych i lubianych, składanek tych co składanek jeszcze nie wydali albo wydali je więcej niż 4 lata temu i dziś nikt nie pamięta ew. tych co odeszli (widziałem już nowe „The Best of Whitney”) oraz wszelkiego innego rodzaju pomysłów na zbicie kabzy. Jednym z nich jest płyta z coverami i taką prezentuje nam Anastacia.

Jej czarny głos wzbudził sensację ponad 10 lat temu i nawet udało jej się nagrać kilka hitów mniejszego kalibru. Dziś wokalista która nota bene bardzo lubię wraca nagrywając covery przebojów, ale żeby nie było zbyt sztampowo, to tych nagranych w oryginale przez mężczyzn. Czy mogło być fajnie? Pamiętam Anastacię na występie „VH1 Divas” dobre kila lat temu gdzie śpiewała „You shook me all nigh long” AC/DC i uważam że mogło być ciekawie. Niestety, cały mój wstęp, jak mozna się łatwo domyśleć, prowadzi do pointy – tego się niestety nie da słuchać.

Takie covery to mozna usłyszeć w przydrożnych barach na południu USA. Covery bez pomysłu i bez ciekawego, autorskiego podejścia, to coś czego absolutnie nie znoszę. A Anastacia w większości utworów nie zmienia nic lub na tyle mało, by cały czas mieć w głowie oryginał. A że porywa się na Oasis, Led Zeppelin czy Foo Fighters, to niestety wrażenie jest jeszcze gorsze. Nie polecam.

Warto posłuchać: na siłę to może singlowego „Best of you” i „Back to black” bo jakoś AC/DC wychodzi jej dość dobrze (z racji barwy głosu chyba).

Robbie Williams – Take the crown

Podobnie jak z ostatnim albumem Kanye Westa i Jaya-Z („Watch the throne”) nie wiadomo, czy Robbie po koronę sięga, czy raczej oferuje ją młodemu pokoleniu. Ciężko też to stwierdzić po przesłuchaniu albumu, bo z jednej strony pełen jest on typowej zadziorności i pewności siebie Robbiego, z drugiej zaś w innych utworach mamy wokalistę pełnego wątpliwości i z deficytem wiary w siebie. Warstwa muzyczna zaś cofa nas do „starych dobrych czasów” i nawiązuje do wczesnych płyt Williamsa.

W odstawkę poszło pseudo-rapowanie czy nadmierne użycie sekcji dętej i elektroniki z ostatnich kilku płyt studyjnych. Tutaj mamy bezpieczny pop a’la końcówka lat 90-tych. I zresztą może i dobrze bo słucha się tego całkiem przyjemnie. Przynajmniej fragmentami.

Od otwierającego płytę wyznania „Be a boy” opartego na saksofonie rodem z lat 80-tych i zaśpiewach a’la Coldplay (przypomina się „Viva la Vida”) przez podbijający Wielką Brytanię singiel „Candy” i ewidentnie nawiązujące do U2 „All that I want” (brzmi prawie jak „All I want is you”) i „Into the silence”. Płyta oczywiście jest bezpieczna, zachowawcza i na pewno, dla wieloletnich fanów Williamsa będzie miłym powrotem do jego „korzeni”. Materiałów na hity nie brakuje, a że nie będą to już hity na miarę „Feel” czy „Angels” to chyba można było przewidzieć.

Warto posłuchać: Be a boy, Hunting for you, Gospel, Reverse

P!nk – The Truth About Love

Tak jak Robbie Williams, tak i Pink (lub P!nk bo już nie wiem jak się pisze…) pozostaje wierna sobie i w charakterystycznym pop-rockowym stylu powraca szóstym studyjnym albumem, który podbił już listy sprzedaży w wielu krajach (w tym w USA).

Od świetnego „Are We All We Are” przez znane już single „Blow Me (One Last Kiss)” i „Try” płyta dalej utrzymana jest w dobrym stylu, a Pink snuje historie o ciemniejszych stronach związków, o prawdziwej miłości i o nieustającej zabawie. Robi to ze swadą i poczuciem humoru i ewidentnie świetnie się przy tym bawi. Kiedy z kolei robi się emocjonalnie, też nie wątpi się w jej szczerość. Pink pozostaje wyjątkiem wśród „księżniczek popu” – i mówię to w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Warto też wspomnieć o gościach – „Just give me a reason” to przyjemna ballada w której głos Pink idealnie komponuje się z głosem Nate’a Ruessa (wokalista fun!), w „True Love” pojawia się Lily Allen, a w „Here Comes the weekend” Eminem. I nawet jeśli czasem zdarzają się na tej płycie kiksy („Slut like you” jest niebiezpiecznie blisko niezamierzonej autoparodii, niezbyt udana jest też ballada „Beam me up”), to i tak jest to całkiem udany (acz przede wszystkim dla zagorzałych fanów wokalistki).

Warto posłuchać: Try, True Love, The Great Escape, Just give me a reason

Christina Aguilera – Lotus

Jedna z najlepszych (technicznie) wokalistek świata. Ostatnio pod wiecznym ostrzałem za skłonności do tycia oraz ze względu na bycie jurorem w amerykańskim „The Voice”. Wspólnie z kolegą z „The Voice” nagrała jeden z największych hitów ostatnich lat („Moves like Jagger” z Adamem Levine i jego Maroon 5). Jej ostatnia płyta „Bionic” nie spotkała się z ciepłym przyjęciem krytyków ani nie odniosła też sukcesu komercyjnego, podobnie zresztą jak (skądinąd nie taki zły) film „Burleska”. Aguilera więc w teorii ma sporo do udowodnienia muzycznemu światkowi, przynajmniej jeśli chodzi o komercyjne radio (a to się w USA najbardziej liczy).

Nic więc dziwnego, że poza dziwnym intro (delikatnie samplującym „Midnight City” M83) nowa płyta Aguilery to nawet nie tyle spójny album co zbiór potencjalnych singli ścigających światowe trendy lub stawiających na mocne strony i dawne sukcesy Aguilery. I tak: „Cease Fire” brzmi jakby nagrała go już kiedyś Rihanna, „Blank Page” to jakby nowa wersja „Beautiful”, w „Army of me” słychać echa „Fightera” (pojawiają się charakterystyczne słowa „stronger”, „wiser”, „fighter” w refrenie), „Let there be love” to mieszanka ostatnich hitów Keshy, Rihanny i Britney itd.

To bynajmniej nie znaczy, że jest jakoś super źle (poza okładką – ta jest fatalna). Jak zwykle wszystko ratuje wokal Aguilery, który wyciąga o stopień wyżej nawet najsłabsze kawałki (a zdecydowanie najsłabsze są tu ballady). Są tu echa świeżości – moje ulubione na płycie to oparty na oryginalnym bicie i fajnym pomyśle „Make the world move” z udziałem Cee Lo Greena oraz singlowe „Your body”. Fajne jest też zadziorne „Circles” (w którym jednak komputery mocno przerabiają głos wokalistki) i „Best of me” – to chyba najlepszy wolny kawałek na płycie. Płytę kończy zupełne odejście od nowoczesnych dźwięków i utrzymany w stylu country-rockowym duet z Blakiem Sheltonem (też jurorem „The Voice” – i tu ciekawostka, Aguilera nagrała utwory z każdym ze swoich współjurorów z programu).

Dziwny to album, niezbyt spójny i będący trochę jak Ci 30-letni aktorzy grający w amerykańskich serialach licealistów – coś tu nie gra, ale i tak się tego słucha. Ja bym tam wolał żeby Aguilera robiła dojrzałe albumy, ale cóż – na The Voice chowa się nowe pokolenie słuchaczy muzyki pop i trzeba iść z duchem czasu. Komercyjnie zapewne Aguilera nie mogła nagrać bardziej odpowiedniego albumu.

Warto posłuchać: Make the World Move, Your Body, Circles, Best of me