Pop w natarciu czyli garść recenzji

10 List

Dawno nic nie pisałem, więc dzisiaj poczwórna dawka muzycznych recenzji z szeroko rozumianego gatunku mainstreamowego (wydanego przez wielkie wytwórnie i obecnego w komercyjnych stacjach radiowych) popu.

Anastacia – It’s a Man’s World

Zbliżają się święta, co oznacza, że za chwilę zasypie nas fala muzycznych premier kolęd nagranych przez znanych i lubianych, składanek tych co składanek jeszcze nie wydali albo wydali je więcej niż 4 lata temu i dziś nikt nie pamięta ew. tych co odeszli (widziałem już nowe „The Best of Whitney”) oraz wszelkiego innego rodzaju pomysłów na zbicie kabzy. Jednym z nich jest płyta z coverami i taką prezentuje nam Anastacia.

Jej czarny głos wzbudził sensację ponad 10 lat temu i nawet udało jej się nagrać kilka hitów mniejszego kalibru. Dziś wokalista która nota bene bardzo lubię wraca nagrywając covery przebojów, ale żeby nie było zbyt sztampowo, to tych nagranych w oryginale przez mężczyzn. Czy mogło być fajnie? Pamiętam Anastacię na występie „VH1 Divas” dobre kila lat temu gdzie śpiewała „You shook me all nigh long” AC/DC i uważam że mogło być ciekawie. Niestety, cały mój wstęp, jak mozna się łatwo domyśleć, prowadzi do pointy – tego się niestety nie da słuchać.

Takie covery to mozna usłyszeć w przydrożnych barach na południu USA. Covery bez pomysłu i bez ciekawego, autorskiego podejścia, to coś czego absolutnie nie znoszę. A Anastacia w większości utworów nie zmienia nic lub na tyle mało, by cały czas mieć w głowie oryginał. A że porywa się na Oasis, Led Zeppelin czy Foo Fighters, to niestety wrażenie jest jeszcze gorsze. Nie polecam.

Warto posłuchać: na siłę to może singlowego „Best of you” i „Back to black” bo jakoś AC/DC wychodzi jej dość dobrze (z racji barwy głosu chyba).

Robbie Williams – Take the crown

Podobnie jak z ostatnim albumem Kanye Westa i Jaya-Z („Watch the throne”) nie wiadomo, czy Robbie po koronę sięga, czy raczej oferuje ją młodemu pokoleniu. Ciężko też to stwierdzić po przesłuchaniu albumu, bo z jednej strony pełen jest on typowej zadziorności i pewności siebie Robbiego, z drugiej zaś w innych utworach mamy wokalistę pełnego wątpliwości i z deficytem wiary w siebie. Warstwa muzyczna zaś cofa nas do „starych dobrych czasów” i nawiązuje do wczesnych płyt Williamsa.

W odstawkę poszło pseudo-rapowanie czy nadmierne użycie sekcji dętej i elektroniki z ostatnich kilku płyt studyjnych. Tutaj mamy bezpieczny pop a’la końcówka lat 90-tych. I zresztą może i dobrze bo słucha się tego całkiem przyjemnie. Przynajmniej fragmentami.

Od otwierającego płytę wyznania „Be a boy” opartego na saksofonie rodem z lat 80-tych i zaśpiewach a’la Coldplay (przypomina się „Viva la Vida”) przez podbijający Wielką Brytanię singiel „Candy” i ewidentnie nawiązujące do U2 „All that I want” (brzmi prawie jak „All I want is you”) i „Into the silence”. Płyta oczywiście jest bezpieczna, zachowawcza i na pewno, dla wieloletnich fanów Williamsa będzie miłym powrotem do jego „korzeni”. Materiałów na hity nie brakuje, a że nie będą to już hity na miarę „Feel” czy „Angels” to chyba można było przewidzieć.

Warto posłuchać: Be a boy, Hunting for you, Gospel, Reverse

P!nk – The Truth About Love

Tak jak Robbie Williams, tak i Pink (lub P!nk bo już nie wiem jak się pisze…) pozostaje wierna sobie i w charakterystycznym pop-rockowym stylu powraca szóstym studyjnym albumem, który podbił już listy sprzedaży w wielu krajach (w tym w USA).

Od świetnego „Are We All We Are” przez znane już single „Blow Me (One Last Kiss)” i „Try” płyta dalej utrzymana jest w dobrym stylu, a Pink snuje historie o ciemniejszych stronach związków, o prawdziwej miłości i o nieustającej zabawie. Robi to ze swadą i poczuciem humoru i ewidentnie świetnie się przy tym bawi. Kiedy z kolei robi się emocjonalnie, też nie wątpi się w jej szczerość. Pink pozostaje wyjątkiem wśród „księżniczek popu” – i mówię to w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Warto też wspomnieć o gościach – „Just give me a reason” to przyjemna ballada w której głos Pink idealnie komponuje się z głosem Nate’a Ruessa (wokalista fun!), w „True Love” pojawia się Lily Allen, a w „Here Comes the weekend” Eminem. I nawet jeśli czasem zdarzają się na tej płycie kiksy („Slut like you” jest niebiezpiecznie blisko niezamierzonej autoparodii, niezbyt udana jest też ballada „Beam me up”), to i tak jest to całkiem udany (acz przede wszystkim dla zagorzałych fanów wokalistki).

Warto posłuchać: Try, True Love, The Great Escape, Just give me a reason

Christina Aguilera – Lotus

Jedna z najlepszych (technicznie) wokalistek świata. Ostatnio pod wiecznym ostrzałem za skłonności do tycia oraz ze względu na bycie jurorem w amerykańskim „The Voice”. Wspólnie z kolegą z „The Voice” nagrała jeden z największych hitów ostatnich lat („Moves like Jagger” z Adamem Levine i jego Maroon 5). Jej ostatnia płyta „Bionic” nie spotkała się z ciepłym przyjęciem krytyków ani nie odniosła też sukcesu komercyjnego, podobnie zresztą jak (skądinąd nie taki zły) film „Burleska”. Aguilera więc w teorii ma sporo do udowodnienia muzycznemu światkowi, przynajmniej jeśli chodzi o komercyjne radio (a to się w USA najbardziej liczy).

Nic więc dziwnego, że poza dziwnym intro (delikatnie samplującym „Midnight City” M83) nowa płyta Aguilery to nawet nie tyle spójny album co zbiór potencjalnych singli ścigających światowe trendy lub stawiających na mocne strony i dawne sukcesy Aguilery. I tak: „Cease Fire” brzmi jakby nagrała go już kiedyś Rihanna, „Blank Page” to jakby nowa wersja „Beautiful”, w „Army of me” słychać echa „Fightera” (pojawiają się charakterystyczne słowa „stronger”, „wiser”, „fighter” w refrenie), „Let there be love” to mieszanka ostatnich hitów Keshy, Rihanny i Britney itd.

To bynajmniej nie znaczy, że jest jakoś super źle (poza okładką – ta jest fatalna). Jak zwykle wszystko ratuje wokal Aguilery, który wyciąga o stopień wyżej nawet najsłabsze kawałki (a zdecydowanie najsłabsze są tu ballady). Są tu echa świeżości – moje ulubione na płycie to oparty na oryginalnym bicie i fajnym pomyśle „Make the world move” z udziałem Cee Lo Greena oraz singlowe „Your body”. Fajne jest też zadziorne „Circles” (w którym jednak komputery mocno przerabiają głos wokalistki) i „Best of me” – to chyba najlepszy wolny kawałek na płycie. Płytę kończy zupełne odejście od nowoczesnych dźwięków i utrzymany w stylu country-rockowym duet z Blakiem Sheltonem (też jurorem „The Voice” – i tu ciekawostka, Aguilera nagrała utwory z każdym ze swoich współjurorów z programu).

Dziwny to album, niezbyt spójny i będący trochę jak Ci 30-letni aktorzy grający w amerykańskich serialach licealistów – coś tu nie gra, ale i tak się tego słucha. Ja bym tam wolał żeby Aguilera robiła dojrzałe albumy, ale cóż – na The Voice chowa się nowe pokolenie słuchaczy muzyki pop i trzeba iść z duchem czasu. Komercyjnie zapewne Aguilera nie mogła nagrać bardziej odpowiedniego albumu.

Warto posłuchać: Make the World Move, Your Body, Circles, Best of me

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: