Archive | Grudzień, 2012

Podsumowanie 2012: Płyty (Świat)

28 Gru

Tu już podzieliłem sprawę na EP-ki i tzw. długogrające (jak to w ogóle brzmi w tych czasach!). Co do EP-ek, to podsumowanie drugiej połowy roku (pierwsza tutaj) znajdziecie tu chyba tuż po Nowym Roku. Natomiast dziś LP.

Parę słów wstępu. Gusta są różne jak różni są recenzenci, wiadomo. Stąd dla mnie np. Frank Ocean to najbardziej przereklamowany artysta roku, który gdyby nie był pierwszym raperem-biseksualistą nie miałby tak doskonałej prasy na bank. Nie należę do kościoła Grimes, nie przekonuje mnie. Tame Impala nagrali płytę, jak zwykle, genialną, ale nie jest to krążek, który bym słuchał w kółko w tym roku. W przeciwieństwie do tych poniżej.

10. Jack White – Blunderbuss

Nigdy bym nie pomyślał, że w 2012 roku posłucham bluesowej płyty, która mnie chwyta i wciąga do swojego świata Ale to Jack White, którego fanem do tej pory nigdy nie byłem. Jak pisałem, trzeba naprawiać błędy w każdej dziedzinie.

9. Lana del Rey – Born To Die

Album najbardziej dziwnie oceniany w tym roku. Hajp był tak duży, że oczywiście reakcje po wydaniu albumu były złe. teraz dopiero nagle płyta wraca w podsumowaniach wielu ludzi. W tym i moim. Za dużo tu dobrych singli by można mówić o słabym albumie. A nawet słabsze kawałki jak „Carmen” mają swój pewien urok. Jedyne co chciałbym zapomnieć to EP-ka „Paradise Edition”, na której spodobał mi się tylko 1 utwór.

8. Hot Chip – In Our Heads

Zaskoczyło mnie to, jak spójna była ta płyta. Zaskoczyło mnie również to, że be widocznego wysiłku Londyńczycy nagrali album bez praktycznie żadnej słabej piosenki.

7. C2C – Tetra

Przypadkowe odkrycie. 4 francuskich DJ-ów nagrywających coś w stylu neo-funk-soul-popu, jeśli już trzeba byłoby to sklasyfikować. To doskonała płyta pełna świetnie skonstruowanych numerów, skreczy i gościnnych wokalistów. Uwielbiam ten album.

6.  ∆ (Alt – J) – An Awesome Wave

Znowu zaskoczenie. Czwórka z Leeds przeszła przez ten rok jak burza. Na początku uznałem, że nazwanie zespołu od klawiaturowego skrótu, za pomocą którego na Macach osiąga się grecką literę delta to szczyt hipsterskiej pretensjonalności. Na szczęście album broni się muzyką.

5. Purity Ring – Shrines

Nowa jakość w muzyce to może jednak za dużo powiedziane niemniej ten album swoimi dziwnymi, niepokojącymi melodiami zapada w pamięć na długo. Słucha się go wciąż z ogromną przyjemnością.

4. ODESZA – Summer’s Gone

Najlepsze wspomnienie lata, którego nigdy nie było. Muzyka, która przenosi do krainy gdzie zawsze świeci słońce. Chillout idealny.

3. Jessie Ware – Devotion

Zakochałem się w głosie Jessie Ware od pierwszego singla i tak już pozostało. Nie za wiele mogę dodać, ale taki op powinien się pojawiać częściej na falach radiowych.

2. Macklemore x Ryan Lewis – The Heist

Zwykle nie słucham płyt hiphopowych, ale ta uwięiła mnie od pierwszego singla. Nie mogę sobie wybaczyć, że nie dostałem biletów na ich występ w Toronto, ale mam nadzieję, że przyjadą do Polski w przyszłym roku.

1. Crystal Castles – (III)

Trzeci album i trzeci raz bez wpadki. Niesamowity zestaw piosenek Ethana i Alice, którego słucha się z nieodmienną fascynacją.

Podsumowanie 2012: Płyty (Polska)

28 Gru

Podsumowania to fajna sprawa. Pozwalają wyprowadzić umysł z błędu, że ten rok to już na pewno był gorszy niż poprzedni i nic ciekawego w głośnikach/na ekranach się nie pojawiło. Dlatego też dziś o ulubionych EP-kach i płytach 2012. Podsumowania są w końcu po to, by ktoś kto nie miał czasu słuchać lub przegapił coś w 2012 mógł ten błąd nadrobić. Jesli więc ktokolwiek posłucha płytki z tej listy i mu się spodoba, to warto było robić to podsumowanie. Oto moje ulubione płyty 2012:

Polska (tu nie dzieliłem na EP-ki i LP):

1. Maria Peszek – Jezus Maria Peszek

Wszystko, co napisałem o niej w recenzji powtarzam dziś ze zdwojoną mocą.

2. Ul/Kr-Ul/Kr

Największe odkrycie końcówki roku (dzięki innym podsumowaniom). Płyta krótka, pokręcona, niegłupia, alternatywnie przebojowa.

3.Tres.B – 40 Winks of Courage

Druga płyta jest mroczniejsza, spójniejsza i ciekawsza niż poprzednia, ale zespół zachował melodyjność, za którą tak polubiłem ich poprzedni krążek.

4. Brodka – Varsovie

Tylko dwa kawałki plus kilka remiksów, ale już pokazują jak wysoko pnie się Brodka w swej popowej drodze. To już naprawdę był światowy poziom.

5. Hey – Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan

Dla mnie osobiście dużo słabsza niż „MURP” i zbyt podobna do ostatniej Nosowskiej solowej, ale to wciąż klasa sama dla siebie na polskim rynku.

6. Fair Weather Friends – Eclectic Pixels

Największy potencjał w polskim popie, jaki odkryłem na tych wakacjach i choć po ich wrocławskim koncercie stwierdzam, że długa droga przed nimi, to wysoka i tak lokata dla tego zespołu z ogromnym potencjałem indie-przebojów.

7. Kamp! – Kamp!

Wciąż nie mogę się zdecydować, czy to nie rozczarowanie roku. mam mieszane uczucia do tej płyty, ale znane wcześniej kawałki i kilka z tych nowszych są naprawdę dobre. Jako całość jednak coś mi nie gra do końca i stąd bardziej wyróżnienie.

Podsumowanie 2012 – Największe Rozczarowania Filmowe

25 Gru

Celowo piszę o rozczarowaniach, a nie o „najgorszych filmach”. Bardzo łatwo można by ułożyć listę zapewne z samych polskich nawet tytułów („Kac Wawa”), ale nie o to chodzi. Nie oglądałem ani „Tysiąca Słów”, ani „The Watch”, bo już ich trailery były fatalne. Mimo to są filmy, które wydają się być przynajmniej na pewnym poziomie. Zapewnia to reżyser, obsada lub duży budżet. A wychodzą gnioty. Oto moja 10-tka najgorszych produkcji, które zobaczyłem w 2012 roku.

10. Atlas Chmur

Tyle zmarnowanych nazwisk, tyle patosu. Tyle pustych frazesów i filozofii na poziomie szkoły podstawowej. Najbardziej irytujący film sezonu. W dodatku akcja w sumie obejmuje chyba z 300 lat i mam wrażenie, że n tyle trwał.

9. Abraham Lincoln: Łowca Wampirów

Ten gorszy z dwóch tegorocznych filmów o wampirach. Timur Bekmabetov pod nadzorem Tima Burtona zagubił gdzieś ironię, którą tak świetnie operował w „Wanted” i zrobił film zupełnie na serio. Film pełen złych efektów, sztucznego mejkapu i nadętych min. Straszne.

8.  Strasznie Głośno i Niesamowicie Blisko

Ten film zaskoczył mnie. Dawka amerykańskiego patosu jaką można było wyczuć już czytając tytuł, fabuła podciągnięta pod jedną tezę za to wyzuta z logiki i dobrzy aktorzy w złych rolach. Mam naprawdę złe wspomnienia z seansu tego filmu (wyłącznie filmowe).

7. Ścigana/Haywire

Dlaczego, panie Soderbergh? Gina Carano może i umie walczyć, ale grać już nie. Do tego jakaś idiotyczna fabułka, a wszystko schowane pod nazwiskami znanych aktorów jak Banderas czy Douglas. Jedno z najmniej przyjemnych zaskoczeń kinowych w tym roku.

6. Battleship

Film oparty na grze w „Statki”? Brzmi niedorzecznie? Witamy w Hollywood. Zaczyna się nieźle, po czym równią pochyła zjeżdża w dół szybciej niż butelki Zbyszka znikają z radomskich stołów. Pozostaje zapytać „Why, mr. Neeson, whyyy?”.

5. Bachelorette

Jeśli to była ironia, to ja chyba nie zrozumiałem jej w tym filmie. Ale nie widzę wielkiej ironii w gadaniu o rzygach, rzyganiu, gadaniu o ćpaniu, samym ćpaniu itd itp.  Nawet jeśli miało to ośmieszać snobki z Nowego jorku, to obiło to w stylu żenująco niskim.

4. Mroczne Cienie

Przestylizowana szmira, nudna jak przysłowiowe flaki z olejem. Najgorzej, że podpisał się pod tym duet Burton-Depp.

3. Gniew Tytanów

Szaro, ciemno, paskudnie i bez cienia uśmiechu. A nie, sorry, warto obejrzeć sceny z niezrównanym Billem Nighy. Resztę należy jak najszybciej przewinąć.

2. Answers to nothing

Film, w którym nie chodzi o nic (mogłem się domyślić po tytule już), za to smutek bije z każdego ujęcia. To chyba autentyczny smutek aktorów, którzy chyba podpisali umowy nim zorientowali się, że grają w tym fatalnie napisanym gniocie.

1. Jak urodzić i nie zwariować

Najpopularniejszy suchar dotyczący tego filmu to „jak to obejrzeć i nie zwariować?”. Niestety: kloaczny humor, sterta klisz, brak pomysłów, zła reżyseria, drewno aktorskie. Można tak wymieniać i wymieniać. Fatalne.


Worst Movies of 2012 – Next Movies

Oczywiście durnoty w kinach było dużo więcej – co pokazuje choćby filmik powyżej – zmarnowano „Rock of Ages”, wypuszczono niepotrzebny remake „Pamięci Absolutnej” i fatalnego Hansa Klossa itd itp., ale to właśnie powyższe 10 zirytowało mnie najbardziej.

Alternatywnie i filmowo na Święta

24 Gru

Zdrowych spokojnych i wesołych świąt wszystkim czytelnikom życzę na starcie moją uubioną, nieco groźną w niektórych wykonaniach muzyką świąteczną. I od razu tym, którzy mają dość słodko-pierdzących filmów świątecznych proponuję 3 zupełnie różne gatunkowo alternatywy (króciuteńko, bo w końcu jest wigilia).

Silent Night

Reż. Steven C. Miller

Wyst. Jamie King, Malcolm McDowell, Ellen Wong, Donal Logue

Data premiery (Kanada): 4.12.2012r. 

Jeśli ktoś lubi horrory i klimaty znane z powieści Stephena Kinga (małe miasteczko, stereotypowi bohaterowie chowający mniejsze i większe grzeszki etc.) będzie się świetnie bawił na tej opowieści o Mikołaju, który w wigilijną noc poluje na niezbyt grzecznych obywateli. Dobra kolorystyka, przyzwoite aktorstw i ciekawe ujęcia. Dużo mrugnięć z ekranu, sugerujących, że reżyser doskonale wie, ze robi tu rozrywkę kategorii „B”, ale robi to solidnie.

Ice Harvest/Zimne Dranie

Reż. Harold Ramis

Wyst. John Cusack, Billy Bob Thornton, Oliver Platt, Connie Nielsen

Data premiery (USA – w Polsce nigdy nie wszedł do kin): 23.11.2005r. 

Niech was nie zmyli plakat i zwiastun. Ta historia to hołd dla kina noir. Tutaj w wigilię leje marznący deszcz, a wszyscy bohaterowie są nieszczęśliwi, są alkoholikami, a najczęściej i jedno i drugie. To historia o napadzie w wigilię, w którym wszystko idzie nie tak. Polecam naprawdę, bo to solidny kryminał z dobrymi aktorami, nawiązujący w wielu miejscach do tradycji kina noir z przełomu lat 40-tych i 50-tych. Acz ostrzegam, że film jest gorzki niczym piołun. Btw – ostrzegam lojalnie, że trailer zdradza dużo za dużo. Ja obejrzałem film przypadkiem bez wcześniejszego trailera i myślę, że widząc to zepsułbym sobie zabawę.

Family Guy – s11e08

Data premiery (TV): 23.12.2012r.

Peter opowiada swoją wersję historii narodzin Jezusa. Wychodzi mu trochę gorzej niż Star Wars, ale fani humoru MacFarlane’a nie powinni być specjalnie rozczarowani.

 

A na koniec popkulturowy miks: Fallon, The Roots i Mariah…

 

Trailery na święta – Hity 2013

23 Gru

W kinach w USA na święta masa premier. U nas „tylko” powrót do Śródziemia w „Hobbicie” Petera Jacksona. Głównie przed „Hobbitem” zobaczyć można było zwiastuny kilku potencjalnych hitów 2013 roku. Oto one:

W kwietniu trafi na ekrany (przynajmniej w USA) nowy film Josepha Kosinskiego – autora umiarkowanie udanego sequelu „Trona”. Tym razem autor pracuje na swoim własnym scenariuszu, opartym na powieści graficznej też własnego autorstwa. Nie przepadam za Cruisem-człowiekiem, ale Cruise-aktor bywa znośny. Podoba mi się styl wizualny tego trailera. Mam nadzieję też, że historia ma do zaoferowania więcej zwrotów akcji, niż te, których istnienie ten zwiastun sygnalizuje. Przy okaji, czy tylko ja mam skojarzenia z „Wall-Em”? Ocena: 7/10

„Wielki Gatsby” to nowe dzieło Baza Luhrmanna, autora genialnego „Moulin Rouge” i nieudanej „Australii”. Ciężko przewidzieć, jaka to będzie produkcja. Trailery do tej pory zrobione są po mistrzowsku, choć przebija z nich nieco sztuczność. Być może część tego wrażenia zniknie podczas oglądania filmu w 3D. Warto też odnotować, że premierę przesunięto o prawie pół roku, choć tu akurat mogły zagrać względy nagrodowo-marketingowe – DiCaprio gra też w końcu w „Django” Tarantino. Tak przy okazji: Kanye West, Florence + The Machine, Filter – to artyści, których utwory słychać w trailerze. Do poprzedniego mieliśmy piosenkę Jacka White’a – przynajmniej więc soundtrack do Gatsby’ego powinien być udany. Ocena: 8/10

Angielska bajka o Jasiu i ziarnkach fasoli w wydaniu modern. Normalnie wzdrygnąłbym się z obrzydzeniem, ale mam dużą dozę szacunku do Bryana Singera, no i kiedy słyszę głos Iana McKellena jako narratora to ciężko nie słuchać. Trochę niedopracowane jeszcze efekty, ale ciekawa obsada i w sumie fajna bajkowa stylistyka. Wybiorę się z ciekawości (chyba że zjadą to recenzenci masowo). Ocena trailera: 7/10

Najważniejsze po obejrzeniu tego trailera jest dla mnie pytanie: po co i za jakie grzechy musimy po raz tysięczny oglądać „origin story” najbardziej znanego amerykańskiego superbohatera… Mimo to druga połowa trailera wygląda obiecująco, choć cały trailer jest niezwykle mroczny. To chyba taka tendencja pt. sprawdziło się z „Batmanem”, więc powtórzymy z Supermanem. Henry Cavill dobrze wygląda w roli. Michael Sheen na pewno będzie godnym czarnym charakterem. Hans Zimmer już w trailerze daje przedsmak ciekawego soundtracku (czy tylko mi się kojarzy z „Gladiatorem”?). Może być z ciężko, a może być faktycznie nieźle. Oby było lepiej niż w „Superman Powraca” (nota bene autora opisanego wyżej trailera „Jacka…” Bryna Singera).  Ocena trailera: 7/10

Wow. To chyba najciekawszy trailer potencjalnego hitu. A na pewno najbardziej oryginalny. Świetna obsada. Mam nadzieję, że takiej ekipy nie skusiła kasa a wyjątkowo dobry scenariusz, bo przy takiej historii będzie albo naprawdę dobrze albo żenująco źle. Ocena trailera: 8/10

„Oz” – podoba mi się nawiązujący do klasycznego filmu wstęp. Podoba mi sie też obsaada. reszta wygląda jak sequel niezbyt moim zdaniem dobrej „Alicji” Tima Burtona. Mimo talentu za (Sam Raimi) i przed kamerą nie przekonuje mnie ten trailer. Boję się, że to będzie tak złe jak tegoroczna Królewna Śnieżka z Julią Roberts. Ocena: 4/10

Na „Pacific Rim” – projekt marzenie Guillermo del Toro – czekałem już od dawna. Tym większe moje rozczarowanie że trailer pokazuje mi po prostu Godzillę kontra Transformers. Liczyłem na większy poziom realizmu i oryginalności. Szkoda tym bardziej, bo grają Charlie Hunnam („Sons of Anarchy”) i Rinko Kikuchi („Bracia Bloom”). Mogło więc być naprawdę super. Trailer jednak mnie nie porywa. Ocena: 5/10

Fajny pomysł. Porównania do „Zmierzchu”, jakie widziałem w niektórych mediach bawią mnie idiotyzmem. Jonathan Levine zrobił „Wackness” i „50/50” – dwa świetne, skupione na bohaterach filmy. Tutaj pracuje na swoim tekście i ma przed kamerą dobrych aktorów i co widać po trailerze – dystans do opowiadanej historii. Nie wszystkie żarty mnie bawią, ale ogólna koncepcja wygląda obiecująco. Ocena: 6/10

Nie jestem fanem westernów. Ale ten autorstwa teamu odpowiedzialnego za „Piratów z Karaibów” może być niezły. Trailer całkiem zabawny i efektowny. W dodatku Tom Wilkinson i Helena Bonham-Carter, a ich zawsze warto na ekranie zobaczyć. Ocena: 6/10

I z tym trailerem mam mega problem. Z jednej strony tematyka apokaliptyczna (znów) i zombie (znów) i Brad Pitt i Mireille Enos („The Killing”). Z drugiej strony jestem świeżo po przeczytaniu książki i film ma z nią mniej więcej tyle wspólnego co nic. W dodatku ma rating PG-13 czyli nie będzie hardkorowych polowań na zombiaki (w książce mózgi zombie są rozwalane sporo razy, równie sporo pada slowo „fuck”), no i nie zapominajmy, że film miał 7 tygodni dokrętek. 7 tygodni – to więcej ni trwa kręcenie niejednego filmu w ogóle… Mimo fajnego efektownego trailera spodziewam się zatem najgorszego. Niemniej jednak trailer: 7/10

I kolejna apokalipsa. Koniec świata ewidentnie podziałał na wyobraźnię filmowców. Will Smith wraz z synem – fajny, zapewne naturalny duet. Ale nie zapominajmy, że reżyseruje M. Night Shyamalan. To te, co po „Szóstym zmyśle” uraczył nas „dziełami” takimi jak „Znaki”, „Osada”, „Zdarzenie” czy „Kobieta w Błękitnej Wodzie”. To cud, że ktoś mu w ogóle daje jeszcze pieniądze na  filmy. Trailer plastycznie ładny, ale gdzie historia tego filmu? Trailer: 5/10

 Mieliśmy remake „Supermana”, czas więc na jakiś sequel. „Star Trek” w nowej odsłonie z 2009 roku mnie nie przekonał, ale zarobił na tyle sporo, że zdecydowano się na sequel. J.J. Abrams znowu za kamerą, nowym czarnym charakterem jest Benedict „Sherlock” Cumberbatch. Może więc mimo wszystko przełamię się i wybiorę. Wygląda na tradycyjny sequel pt. „faster, bigger, stronger”. Ale to nie zawsze zła rzecz. Ocena: 6/10

Po latach „Transformersów” znienawidzony przez wielu geeków Michael bay wraca na ziemię. Czarna komedia kryminalna oparta luźno na faktach najbardziej z dorobku reżysera przypomina „Bad Boys”. Wygląda całkiem ciekawie i może być nietypowym hitem wśród naładowanych efektami produkcji. Ocena: 7/10

Tego kryminału jestem naprawdę ciekaw. Wiadomo – Ryan Gosling. D tego Bradley Cooper, Eva Menddes, Ray Liotta, Rose Byrne – naprawdę utalentowana obsada. I nawet jeśli niezbyt oryginalna fabuła, to wiualnie ciekawy styl. Lubię takie kino i ten trailer przemawia do mnie. Ocena: 8/10

 

Fajnie, że jest sporo oryginalnych pomysłów – jak na kino Hollywood to już sporo. Oczywiście będą też remaki i sequele (poza Star Trek także np. „Iron Man 3”). Niemniej ogólnie tendencja jest ciekawa. Pewnie połowa z tych filmów okaże się niewypałami (stawiam na „Wrold War Z” i „After Earth” na ten moment). Ale część na pewno zaskoczy. I tego życzę sobie i innym kinomanom na 2013 rok.

 

 

Oscar race: Argo (recenzja)

20 Gru

Argo/Operacja Argo

reż. Ben Affleck

wyst. Ben Affleck, Alan Arkin, Bryan Cranston, John Goodman

Data premiery (Polska): 30.11.2012r.

Ben Affleck to przykład naprawdę fascynującej kariery. Oscar w wieku 26 lat za film napisany z kumplem (Matt Damon) na studiach. Potem kariera aktorska, która miała chyba więcej upadków („Gigli” z Jennifer Lopez, „Pearl Harbor”, „Surviving Christmas”) niż wzlotów. W końcu pierwszy sukces reżyserski z „Gone Baby Gone”, potwierdzony bardzo dobrym „Miastem złodziei” („The Town”). Affleck zmienił swoją pozycję w Hollywood z obiektu żartów na jednego z „obiecujących reżyserów”. Ta pozycja po „Argo” zmienia się na jednego z najlepszych pracujących reżyserów. I w pełni zasłużenie.

„Argo” oparty jest na prawdziwej historii próby odbicia ukrywających się w mieszkaniu ambasadora Kanady pracowników ambasady USA w Teheranie. Próba ta została oparta na karkołomnym pomyśle, w którym świat CIA zderzył się ze światkiem Hollywood. Mariaż komedii z thrillerem politycznym na papierze wydaje się pomysłem równie karkołomnym. Affleck, pracując na świetnym tekście Chrisa Terrio, radzi sobie z nim doskonale. Tworzy obraz, który ogląda się z zapartym tchem, przerywanym czasem wybuchami śmiechu. przypomina to i w sposobie kręcenia i w prowadzeniu fabuły najlepsze filmy z lat siedemdziesiątych. I już samo to jest dla kończącego w tym roku 40 lat reżysera ogromnym komplementem.

To co przemawia również za tym obrazem, to obsada. John Goodman i Alan Arkin robią tu świetną robotę jako przedstawiciele Hollywood, Bryan Cranston wypada doskonale jako dyrektor departamentu w CIA. Aktorzy grający pracowników ambasady, składający się z twarzy znanych z ról drugoplanowych bądź z TV sprawiają wrażenie „zwykłych ludzi”, przez co łatwiej jest widzowi odnieść się do ich losów. Dla mnie jedynym słabym ogniwem jest fakt, że Affleck już po raz drugi z rzędu obsadza się w głównej roli. Fakt, że wypada tym razem lepiej niż w „Mieście Złodziei”, ale nie oszukujmy się – Clintem Eastwoodem to on nigdy nie będzie. Mimo to dobrze dźwiga tu swoją rolę.

Od komiksowej czołówki do ostatnich minut oglądamy film hollywoodzki, ale jest to Hollywood z innych, jakby lepszych czasów. I nawet jeśli udramatyzowana końcówka i ostatnich kilka scen psuje odrobinę efekt popadając w niepotrzebną sztampę, to „Argo” i tak jest bardzo solidnym filmem i jednym z najlepszych, jakie Hollywood pokazało nam w tym roku.

Potencjalne nominacje: 9

Film, Reżyseria,  Aktor drugoplanowy, Scenariusz, Zdjęcia, Muzyka, Montaż, Dźwięk, Efekty Dźwiękowe

Mini-analiza:

„Argo”  najbardziej ze wszystkich kandydatów do Oscarów  jest zagrożony obecnością „Wroga Numer 1”. Przede wszystkim ze względu na podobną tematykę. Widać to już teraz, przed premierą filmu Bigelow to właśnie film Afflecka był numerem jeden wielu krytyków. Deszcz nagród dla „Wroga…” może odebrać „Argo” sporą część nominacji. Na niekorzyść filmu działać też będzie tylko jedna prawdopodobnie nominacja aktorska (w dodatku drugoplanowa). „Argo” może więc skończyć z 5-6 nominacjami i bez statuetek (największe szanse ma Alan Arkin, choć ma dużą konkurencję w postaci Tommy’ego Lee-Jonesa i Leonardo di Caprio). Nie należy jednak zapominać, że Akademia może, w przeciwieństwie do krytyków, docenić bardziej zarówno satyrę na Hollywood jak i faworyzować lżejsze i mniej aktualne (a zatem i mniej kontrowersyjne) podejście do politycznych tematów.

Oscar Race: The Master (recenzja)

19 Gru

The Master/Mistrz

reż. Paul Thomas Anderson

wyst. Joaquin Phoenix, Phillip Seymour Hoffman, Amy Adams

Data premiery (Polska): 23.11.2012r.

Nie jestem bezgranicznym fanem Andersona, jak niektórzy wielbiciele kina. Cenię go za jego twórczość, uważam za jednego z najlepszych pracujących obecnie reżyserów, ale nie zawsze dociera do mnie jego kino. Mimo to „Aż poleje się krew” („There will be blood”) uważam za arcydzieło kina. Film przemyślany w stu procentach, ocierający się o doskonałość. Piszę to wszystko by wyjaśnić, że oglądając „Mistrza” nie potrafiłem uciec od porównań z poprzednim filmem reżysera.

I na tym tle „Mistrz” wypada blado. Po pierwsze w ogóle do mnie nie przemawia pomysł na ten film. W tej opowieści o rozbitkach drugiej wojny światowej i narodzinach jakiegoś niezbyt wiarygodnego kultu brakuje mi powietrza. Brakuje miejsca na interpretację, jak w przypadku „There..”. Brakuje miejsca dla widza. Praktycznie każda scena ciągnie się w nieskończoność, przykładowo na zawiązanie jakiejkolwiek akcji czekać trzeba 30 minut. Autor ewidentnie rozkoszuje się każdą minutą swojego dzieła i lekce sobie waży w tym wszystkim widza. Owszem, kadry skomponowane są przepięknie i widać, że starannie przemyślane, ale za długie. Reżyser miał swoją wizję i chwała mu za to, ale po pierwsze  moim zdaniem zbyt często powtarzał się w stosunku do poprzedniego filmu. I po drugie można łamać reguły opowiadania historii, ale trzeba wiedzieć że cierpliwość widza też ma swoje granice.

Dużo się mówi o dobrym aktorstwie w tym filmie. Joaquin Phoenix daje tu prawdziwy popis, zdaje się być zatopiony w tej roli i gdyby nie to, że przed nim jeszcze Hawkes, Washington i Day-Lewis, to pewnie miałby szansę na Oscara. A tak zadowoli się prawdopodobnie nominacją, chyba że wyprzedzi go Bradley Cooper, choć to byłoby niedopatrzenie moim zdaniem. Seymour Hoffman zbiera też nagrody krytyków, ale wydaje mi się, że głównie za to, że jest po prostu niezawodny i tutaj gra na swoim zwykłym, wysokim poziomie. Amy Adams jest dla mnie dobrze obsadzona, choć nie ma za wiele do roboty. Owszem, aktorzy dają się pochłonąć rolom i za to należą się im brawa, ale co z tego, skoro większość tego bełkotliwego dzieła wygląda, jakby składała się z improwizowanych ćwiczeń aktorskich. Tak jakby reżyser mówił im tylko, jakie emocje pokazać, a dialogi wymyślali sami.

Podsumowując: Nie uwierzyłem w to co widzę na ekranie, nie wciągnęło mnie to zupełnie. Czułem się jak postronny, kompletnie niezaangażowany obserwator.  „Nie wierz mu, on to wymyśla na bieżąco” – mówi o swoim ojcu, liderze sekty jeden z bohaterów. To właśnie chciałem powiedzieć potencjalnym widzom tego filmu o jego reżyserze. Wielkie rozczarowanie.

Potencjalne nominacje: 6

Film, Aktor, Aktor Drugoplanowy, Aktorka Drugoplanowa, Scenariusz,  Zdjęcia, Muzyka

Mini-analiza:

Pomimo mojego rozczarowania filmem obstawiam, że to „ambitne” kino znajdzie swoich fanów wśród członków Akademii. Dlatego też obstawiam nominacje dla Filmu i Scenariusza, ale nie dla Andersona jako reżysera. Aktorskie trio będzie nominowane, ale odejdzie z niczym. Największe szanse mają w tym filmie przepiękne zdjęcia, za które odpowiada Mihai Malaimare Jr. I jet to też jedyna kategoria, w której mógłbym filmowi kibicować.