Oscar Race – Lincoln (recenzja)

3 Gru

https://i0.wp.com/collider.com/wp-content/uploads/2012-oscar-academy-awards-poster1.jpg

„It’s a wonderful time for Oscars. Oscars… Oscars… Who will win?” – śpiewał na prowadzonych przez siebie galach Billy Crystal.  Oscar to ciekawy fenomen. Z jednej strony zjawisko należące do przeszłości, adekwatne do dzisiejszych czasów niczym zimna wojna (i niczym zimna wojna polegająca w dużej mierze na wyścigu „zbrojeń” poszczególnych wytwórni filmowych).   Nie jest już taki jak kiedyś – w dzisiejszych czasach nie liczy się tylko jakość filmu, ale strategia promocyjna, timing pokazów dla członków Akademii, wyniki w box office i wiele innych czynników. Oscar to brutalna marketingowa gra, w której okazjonalnie pojawia się nawet czarny PR. Z drugiej strony to coś co każdej zimy elektryzuje wszystkich – kinomanów, właścicieli kin, nasze mamy, dziennikarzy, hipsterów rzekomo nienawidzących amerykańskiego kina – po prostu wszystkich, którzy kochają kino (zwłaszcza to amerykańskie – choć tu akurat Oscar się zmienia w ostatnich latach). Dlatego też warto o tych kandydatach do Oscarów pisać, mówić, dyskutować i kłócić się. I oby zawsze tak było, bo to jedna z fajniejszych części nazywania siebie „kinomanem”.

Dlatego też, z racji faktu że część tegorocznych kandydatów miałem już okazję widzieć, zamieszczę na blogu codziennie przez kilka dni mini-recenzję każdego filmu, a po niej – niezależnie od tego co sam sądzę o filmie – inspirowane innymi blogami realne szanse filmu na nominacje do najważniejszej wciąż filmowej nagrody.

Zaczynamy… i to z grubej rury:

Lincoln

reż. Steven Spielberg

wyst. Daniel Day-Lewis, David Strathairn, Sally Field, Tommy Lee Jones

Data premiery (USA): 21.11.2012r.

Nazwisko Steven Spielberg zwykliśmy wiązać z wielką skalą i wielkim reżyserskim ego. To ego jest bardzo często obecne w jego filmach. Ba, ono bywa nawet jednym z bohaterów jego filmów. Spielberg jest często niczym chłopiec w piaskownicy. Chce mieć wszystkie zabawki i chce je mieć od razu by rozrzucać je dowolnie po piaskownicy, nie patrząc czasem na to, co się dzieje wokół. Dlatego też „Lincoln” jest tym większym szokiem. Spielberg, pracując na najlepszym chyba scenariuszu jaki kiedykolwiek zdecydował się kręcić, staje tym razem z boku i pozwala wybrzmieć tekstowi, sytuacjom, dialogom.

Tony Kushner (autor „Aniołów w Ameryce”) napisał tekst o bezpardonowej walce, ale nie tej na polach Gettysburga, a o tej cichej, politycznej jaka miała miejsce w kongresie pod koniec wojny secesyjnej w USA.  Ten tekst jest najmocniejszym atutem filmu, jest też jednak powodem bezpardonowych ataków ze strony jego przeciwników. „Teatr telewizji” – mówią jedni. „Trzeba to było zrobić w HBO” – dodają inni. Niewątpliwie tekst i cały film jest teatralny, „gadany”. Nie znaczy to jednak, że tak doskonały tekst nie zasługuje na realizację kinową z najlepszymi specjalistami technicznymi, budżetem i obsadą. Jeszcze 20 lat temu takie argumenty nie miałyby w ogóle racji bytu. Ostrzegam jednak niemniej, że dla ludzi nie interesujących się USA lub polityką lub potrafiących się skupić jedynie na krótkim przekazie ten prawie trzygodzinny film może być zwyczajnie nudny.  Dla mnie był fascynująco niewidowiskowy i zadziwiająco aktualny. Pokazuje, jak niewiele zmieniła się polityka przez 150 lat. I choćby za to należą się temu filmowi brawa.

A jest w nim oczywiście dużo więcej godnych braw zalet. Daniel Day-Lewis jest chyba najwybitniejszym pracującym aktorem i tutaj udowadnia to po raz kolejny. Jego transformacja, jak zwykle, jest kompletna. Bardzo łatwo zapomnieć, że oglądamy na ekranie jedynie aktora. Zwłaszcza, że Spielberg obsadził wokół niego całą masę dobrych aktorów. Gdyby dawano Oscary za casting, Avy Kaufman miałaby go już w kieszeni. Dobrano bowiem świetną plejadę aktorów, którzy jednocześnie są bardzo podobni do swych odpowiedników. Można to łatwo sprawdzić w tej galerii. Sally Field jako Mary Lincoln, mimo że prawie 20 lat starsza od granej postaci, doskonale oddaje niuanse postaci rozpiętej między odpowiedzialnością i dumą a histerią i chorobą psychiczną. Mimo nieco teatralnych ataków histerii najlepsza jest właśnie w scenach, które wymagają jej udziału w życiu politycznym Waszyngtonu. Tommy Lee Jones ma najlepszy rok od lat – tutaj jako radykalny senator jest szybki, zabawny i często wstrzemięźliwy, jeśli chodzi o grę.  Dzięki temu kiedy już wybucha, sceny te wybrzmiały dużo lepiej. Spielberg i Kaufman nawet do ról wartych 1-2 linijek dialogu zgromadzili aktorów z pierwszej ligi. David Strathairn, Joseph Gordon-Levitt, Hal Holbrook, John Hawkes, David Spader, Lee Pace, Jackie Earle Haley, Jared Harris, Bruce McGill, Tim Blake Nelson – można by długo wymieniać, bo i postaci w filmie sporo i aktorzy w poszczególnych rolach bardzo dobrzy.

Spielberga wspomaga zespół sprawdzonych współpracowników. O kostiumy zadbała Joanna Johnston, montażystą był Michael Kahn, operatorem Janusz Kamiński, a autorem pięknej muzyki 80-letni John Williams. Dlatego też techniczna strona filmu, jak zwykle u Spielberga, jest bez zarzutu. Jedyne, co mi się nie podobało, to praca Kamińskiego, który przeszarżował ze stylizacją oświetlenia. Po jakimś czasie wpadające przez okno snopy światła padające na profil któregoś z bohaterów stają się dość irytujące. Ale to chyba jedyna uwaga do technicznej strony filmu. Spielberg mógłby też skończyć swój film kilka minut wcześniej – jego epilog laikom wniesie niewiele, a zabija rewelacyjne ujęcie Lincolna odchodzącego wgłąb korytarza. Ujęcie to idealnie oddałoby to, co mówi nam przez większość czasu film. Niestety Spielberg dodaje kilka epilogów, które nieco przedłużają końcówkę i tak już długiego filmu.

„Lincoln” to bardzo dobry kawałek kina. Nie jestem pewien czy jest to dzieło życia Spielberga, jak chcą niektórzy, ale na pewno bardzo dobry, solidny kawałek amerykańskiego kina.

Przewidywane nominacje: 14

Najlepszy Film, Reżyseria, Scenariusz adaptowany, Aktor – Day-Lewis, Aktor Drugoplanowy – Lee Jones, Aktorka Drugoplanowa – Field, Muzyka, Dźwięk, Montaż efektów dźwiękowych, Scenografia, Kostiumy, Montaż, Zdjęcia, Charakteryzacja

Mini-analiza:

Day Lewis ma ogromną szansę na statuetkę. Zagrozić mogą mu jedynie Joaquin Phoenix za „The Master” i Denzel Washington za „Lot”. Ale to Day-Lewis będzie tym do pokonania, mając szansę na swoją trzecią statuetkę. Sally Field najprawdopodobniej przegra z Anne Hathaway za „Les Mis”, Tommy Lee Jones powalczy z Philipem Seymourem Hoffmanem. Tony Kushner powinien wygrać za scenariusz, a Spielberg za reżyserię, choć ma wyjątkowo mocną konkurencję. Nagrody techniczne mogą zostać podzielone między „Lincolna” i  równie mocne (wg. krytyków) „Les Mis” i „Zero Dark Thirty” oraz „Argo”. Moim zdaniem film zgarnie ok. 6-7 statuetek. Czy tę najważniejszą? Wątpię. Myślę, że scenariusz będzie podobny do 1998 – Spielberg dostanie za reżyserię, a ktoś inny zgarnie „Najlepszy film”. Ale jak zwykle w Oscarach – ciężko przewidzieć wszystko.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: