Oscar Race: The Sessions

11 Gru

Sesje/The Sessions

reż. Ben Lewin

wyst. John Hawkes, Helen Hunt, William H. Macy

Data premiery (USA): 16.11.2012r.

Ben Lewin osiągnął nie lada sztukę. Nie popadając w patos opowiedział historię tragiczną, ludzką, poważną. Zrobił to  z lekkością i poczuciem humoru, jakie ponoć charakteryzowały bohatera tej historii – chorego od dziecka na polio poetę i dziennikarza Marka O’Briena. O’Brien był już wcześniej bohaterem filmu –  nagrodzonego Oscarem dokumentu „Lekcje Oddychania”. Lewin jednak zdecydował się na fabularną historię opartą na eseju dziennikarza „Widując się z seks-surogatką”.

Mark O’Brien był postacią wyjątkową, czego dowiemy się już z pierwszych scen filmu. Pokazują one jak, mimo uwięzienia w maszynie wspomagającej oddychanie, ukończył on Uniwersytet w Berkeley. Film skupia się jednak na okresie z życia O’Briena, kiedy mając 38 lat postanawia on z pomocą seks-terapeutki stracić dziewictwo. I w sumie tyle o fabule, bo nie warto psuć niespodzianek, jakie ta w dużej mierze prawdziwa historia niesie.

„Sesje” są wyjątkowo udane również ze względu na obsadę. John Hawkes, którego nie stałem się jakoś fanem po „Winter’s Bone”, tutaj naprawdę powalił mnie na kolana. Jego fizyczna transformacja przypomina np. tę Daniela Day-Lewisa do „Mojej Lewej Stopy”. I jest to rola równie dobra. Ponoć Hawkes po kręceniu filmu miał spore problemy z kręgosłupem i, oglądając ten film, trudno się temu dziwić. Pozostaję pod wrażeniem tego poświęcenia dla roli. Hawkes tworzy postać, którą się z miejsca lubi i z której zmaganiami od razu się sympatyzuje. Równie wielkie wrażenie pozostawiła we mnie rola Helen Hunt. Rola w dużej mierze grana nago, z doskonałą kontrolą emocji – godna naprawdę wielkiej aktorki, za jaką dotąd Hunt nie uważałem. „Sesje” to jednak zmieniły. Z przyjemnością oglądałbym ją częściej na ekranie, jeśli miałaby do grania równie dobre i dojrzałe role. Jedynie William H. Macy w roli księdza przypomina mi trochę postać właśnie z serialu HBO czy Showtime. Jest nieco zbyt przerysowany i nierealny. Bardzo dobra jest za to Moon Bloodgood, którą kojarzyłem dotąd jedynie  filmów akcji, jako asystentka O’Briena Vera.

Film jest zręcznie zrobiony. Nigdy nie traktuje widza jak kretyna, nie popada w tani sentymentalizm.  Lewin umiejętnie wplata wręcz całą masę humoru, dzięki któremu ten przygnębiający w gruncie rzeczy temat staje się strawny dla przeciętnej dorosłej osoby. Właśnie – dorosłej. „Sesje” to film zdecydowanie dla widzów tzw. „wyrobionych”. Nic dziwnego, że na tegorocznym festiwalu w Sundance otrzymał nagrodę publiczności. Cieszy mnie to niezmiernie, bo takie „małe-wielkie” (jak trafnie napisano na Stopklatce) produkcje lubię najbardziej.

ps. nie wrzucam trailera celowo – w przypadku tego typu produkcji pokazuje on za dużo i zepsuje odbiór filmu. Jeśli ktoś chce, bez problemu odnajdzie go na youtube.

Potencjalne nominacje: 3

Aktor, Aktorka Drugoplanowa, Scenariusz Adaptowany

Mini-analiza:

Zapewne zero zwycięstw, choć dla Hawkesa ogromnym wyróżnieniem byłaby już sama nominacja w tak zatłoczonym roku.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: