Oscar race: Django (recenzja)

6 Sty

Zanim przejdę do recenzji filmu mały update w kwestii tego, co dzieje się w świecie nagród. Swoje nominacje przedstawiła WGA (gildia pisarzy). Znajdziecie je wszystkie tutaj. Mnie cieszy obecność „Perks…” wśród nominowanych scenariuszy adaptowanych i „Flight” wśród oryginalnych. Pozostałe chyba bez zaskoczeń, a panowie Kushner i Boal raczej mają nagrody w kieszenie, choć… niekoniecznie. Zwłaszcza Mark Boal musi ostatnio bronić się przed kontrowersjami wokół „Wroga Numer 1”. Film wywołał polityczny skandal – CIA musi się gęsto tłumaczyć Senatowi USA. Jeśli okażę się, że twórcy przekroczyli swoje uprawnienia, a np. Mark Boal mówi o tym w kuriozalny sposób, może to mocno zaszkodzić faworytowi krytyków.    Wolę napisać o tym szybko tutaj, bo nie zamierzam się do tego odwoływać w recenzji filmu, która pojawi się tutaj w ciągu kilku dni.

reż. Quentin Tarantino

wyst. Jamie Foxx, Kerry Washington, Christoph Waltz, Leonardo DiCaprio, Samuel L. Jackson

data premiery (USA): 25.12.2012r.; (Polska): 18.01.2013r.

Tarantino to już nie tylko nazwisko. To praktycznie gatunek kina. Idąc na jego film spodziewamy się krwawych jatek, szybkich dialogów, charakterystycznych przejść kamery i montażu, eklektycznego soundtracku czerpiącego z różnych epok i gatunków itd. Dlatego też z przyjemnością oczekiwałem kolejnego jego filmu, choć fanem westernu jako gatunku byłem wyłącznie jako siedmiolatek. Jednak western w stylu Tarantino? Tak, poproszę.

Django (Foxx) to niewolnik, który zostaje uwolniony przez dra. Kinga Schultza (Waltz)  – łowcę głów na co dzień uchodzącego za zwykłego dentystę. Schultz potrzebuje go, by pomógł mu wykonać jedno z najnowszych zleceń. Django okazuje się dobrym kompanem i utalentowanym strzelcem. Schultz w zamian za współpracę proponuje mu pomoc w uwolnieniu żony Broomhildy (Washington), która przebywa na ogromnej plantacji bawełny niezbyt przyjemnego Calvina Candie (DiCaprio).

Nie będę roztrząsał, czy za dużo razy pada w filmie słowo „nigger” (wg. wyliczeń 109 razy). Filmu Tarantino nie traktuje jako karykaturowania historii. To bardziej popkulturowa zabawa. Przecież już sam tytuł to nawiązanie do klasycznego westernu z lat sześćdziesiątych „Django” (nota bene odtwórca głównej roli w tamtym filmie – Franco Nero – gra tu malutki acz zabawny epizod). O „Bękartach Wojny” powiedziałem kiedyś, że to taka bajka jaką żydowskie matki mogły opowiadać przerażonym wojną dzieciom, by dać im nadzieję. „Django” to coś podobnego – mit superbohatera ubranego w nietypowy jak na tamte czasy kostium, ratującego swoją kobietę z białym pomocnikiem (prawie jak Batman i Robin- zwłaszcza, że Schultz podróżując ukrywa się jako dentysta). Dlatego też nie rozpatruję filmu w charakterze – „oburzający czy nie?”. To Tarantino, a więc zabawa kinem. I wyłącznie w kategoriach zabawy „Django” oceniam.   Jak ta ocena natomiast wypada? W moim mniemaniu nierówno.

Tarantino jak zwykle gromadzi doborową obsadę. Jamie Foxx emanuje cichą intensywnością, Christoph Waltz dostaje rolę bardzo podobną do tej z „Bękartów Wojny”, tyle że tym razem jest po dobrej stronie barykady. Ale to gra na tej samej nucie co w poprzednim filmie Tarantino. Ponieważ jednak ten styl idealnie pasuje do filmu, a Waltz jest przeuroczy i przezabawny w tej roli, nie będę narzekał. DiCaprio z kolei zdaje się doskonale bawić swoją postacią jakby był rad, że w końcu dostał coś nowego do zagrania. Bawi się więc niestabilnym emocjonalnie Calvinem, czyniąc z niego szarmanckiego i podstępnego, acz nie nazbyt bystrego przeciwnika. Wcieleniem przebiegłości i zła jest natomiast Samuel L. Jackson jako majordomus Candiego. Jackson gra tu doskonale, a jego postać jest naprawdę przerażającym dodatkiem do tej historii. Najmniej do roboty ma Kerry Washington, której Broomhilda ma po prostu ładnie wyglądać i efektownie rozpaczać. Drugi i trzeci plan Tarantino wypełnił jak zwykle epizodami granymi przez mniej lub bardziej znanych ogółowi aktorów, które to epizody bywają też mniej (Jonah Hill)  lub bardziej (Franco Nero) udane.

Problem nie leży więc w graczach ani stylu (który jak zwykle jest nieco pulpowy), dlaczego więc „Django” pozostawił mnie w poczuciu przesytu i niedosytu jednocześnie? Głównym problemem jest po tempo i czas trwania filmu, w szczególności zaś jego druga połowa. Do połowy oglądałem umiejętnie wyważoną mieszankę gatunkową, zabawę stereotypami spaghetti-westernu, bawiącą komediowymi wstawkami, cytatami i zapożyczeniami z innych filmów, a jednocześnie trzymającą w napięciu. Czyli tak, jak możnaby się spodziewać po tym reżyserze. Kiedy jednak nasi bohaterowie spotykają głównego złego, Tarantino jakby o nich zapomina. Fakt, Waltz cały czas dostaje dobre linijki a jego interakcje z DiCaprio są cudne, jednak główny bohater filmu staje się małomównym cieniem, którego domeną staną się na prawie godzinę groźne miny nim przyjdzie czas ostatecznej rozpierduchy. Od momentu kiedy ekran mniej więcej w połowie przetnie słowo „Mississipi” tempo filmu siada. Siada też napięcie, bo przygłupi wg. scenariusza Calvin nie jest żadnym przeciwnikiem dla naszych bohaterów. A już na pewno nie takim jak płk Hans Landa w „Bękartach Wojny”. Dlatego też przy prawie trzygodzinnym filmie można się nieco zmęczyć.

Drugim problemem jaki mam z filmem jest przesyt stylem Tarantino. Ok, lubię jego zabiegi zdjęciowe, montażowe i castingowe i wstawianie nowoczesnego soundtracku do dawnych scen. Do tego się przyzwyczaiłem tak jak do krwawych jatek, a ta z końcówki „Django” śmiało może konkurować z tą z pierwszego „Kill Billa”. W jednej ze scen Christoph Waltz po zabiciu kogoś mówi „Nie mogłem się powstrzymać”. I to samo zdaje się mówić Tarantino, umieszczając kolejne szybkie nie posuwające akcji do przodu dialogi, obsadzając kolejnego kultowego mało znanego aktora, mrugając wciąż do wtajemniczonych  z ekranu. Przyznam szczerze, że z każdym kolejnym jego filmem robi to coraz mniejsze wrażenie.  I przyznam szczerze, że przy powolnym tempie drugiej połowy przy kolejnym zwrocie akcji przeprowadzonym nieco za wolno zacząłem się męczyć. Dlatego też odnoszę wrażenie, że film jest o dobre 20-25 minut za długi.

Z powyższych dwóch akapitów można wynieść wrażenie, że film mi się nie podobał. Jak widzę po innych recenzjach np. tych z zaprzyjaźnionej z nim strony fani są zdecydowanie po stronie reżysera, główni krytycy już niekoniecznie są tak jednomyślni. Ja mogę tylko powiedzieć subiektywnie- bawiłem się świetnie, świadom konwencji i świadom tego, jak dobrze na planie musieli się bawić aktorzy. Ale nie będę udawał, że to wybitny film. To po prostu „kolejny dobry Tarantino”, w nieco gorszej formie jednak niż przy „Bękartach” i z coraz bardziej nabrzmiałym ego. Niektórym to wystarczy do pełni szczęścia.

Potencjalne nominacje: 5-7

Film, Reżyser, Najlepszy Aktor Drugoplanowy, Kostiumy, Piosenka, Scenografia, Zdjęcia

Mini-analiza:

Waltz lub DiCaprio mogą otrzymać nominację za rolę drugoplanową. Na korzyść dla DiCaprio jest fakt, że gra wbrew swojemu emploi, co zawsze podoba się Akademii. Doskonałe zdjęcia Roberta Richardsona mogą również zdobyć nominację, a cz tu konkurencja jest spora. Wśród oryginalnych piosenek w filmie jest m.in utwór uwielbianego w USA Johna Legenda, więc tutaj widziałbym szansę na nominację. Czy „Django” załapie się na nominację dla najlepszego filmu? To bardzo możliwe. Dużo bardziej wątpię w nominacje reżyserską dla Tarantino, który ma nominację do Globu, ale czy będzie miał nominacje gildii reżyserów, to się okaże we wtorek. Jeśli zdobędzie nominacje DGA, ma spore szanse. Wątpię jednak, by zebrał w ostatecznym rozrachunku jakiekolwiek statuetki.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: