Oscar Race: Nędznicy – Les Miserables (recenzja)

21 Sty

 

Najpierw słów parę o wyścigu Oscarowym. Globy, które komentowałem tydzień temu,  znowu zmieniły nieco perspektywę. Wygrał pominięty Ben Affleck i jego „Argo”, a niespodziewane poparcie dostał Quentin Tarantino. Czyli po raz nie widomo który w tym roku, wśród liderów wyścigu zakotłowało się.

W tygodniu, który nastąpił po Globach, do kontrataku w obronie swego wywołującego spore kontrowersje filmu przystąpiła na łamach LA Times Kathryn Bigelow. Nominacji do Oscara już i tak nie dostanie, ale film wciąż ma szansę na statuetki za Najlepszy Film, Scenariusz i dla Najlepszej Aktorki.

Popularny show SNL poprowadziła Jennifer Lawrence, której ktoś w monologu otwierającym napisał niezbyt dobry i niezbyt zabawny skecz, w  którym niby to atakuje swoje rywalki. Atakuje na niby, ale to wystąpienie wywołało negatywne komentarze analityków i blogerów, co może całkiem realnie obniżyć jej szanse w walce o pierwszego Oscara. Tak czy owak, wyścig trwa…

Do ceremonii został nieco ponad miesiąc, a ja wciąż nie napisałem ani o „Wrogu nr 1”, ani o „Nędznikach”. Dziś naprawiam jeden z tych błędów.

 

Nędznicy/Les Miserables

reż. Tom Hooper

wyst. Hugh Jackman, Russell Crowe, Anne Hathaway, Eddie Redmayne, Amanda Seyfried, Samantha Barks

data premiery (Polska): 25.01.2012r. 

Ponieważ w internecie, jak zwykle, kwitnie ignorancja i łatwo szerzy się niewiedza, zacznijmy od ustalenia kilku faktów. „Les Mis” nie jest adaptacją bezpośrednią powieści Victora Hugo, a adaptacją w całości śpiewanego (bez żadnych dialogów mówionych) musicalu, którego autorami są Claude-Michel Schonberg i Alain Boublil. Musical miał premierę ponad 25 lat temu i nieprzerwanie można go zobaczyć na West Endzie i Broadwayu, gdzie cieszy się niemalejącą popularnością. Od kilku lat można zobaczyć też wersję polską w Teatrze Roma (wcześniej swojej adaptacji dokonał też chyba Teatr Muzyczny w Gdyni). Oryginalna wersja broadwayowska zdobyłą 8 nagród Tony, a brytyjska została choćby nawet w 2012 uhonorowana nagrodą publiczności podczas przyznania Nagród im Laurence’a Oliviera nagrodą za „ulubiony spektakl”.  Umówmy się więc, że sam musical jest bardzo dobry. A teraz przyjrzyjmy się jego adaptacji.

Podczas trwającej ponad 2,5 godziny epopei Tom Hooper opowie nam historię Jean Valjeana (Hugh Jackman) – skazańca który łamie reguły swojego zwolnienia warunkowego, próbując stworzyć sobie szanse na nowe życie. W pościg zanim rusza prawdziwie bezlitosny pies gończy w osobie Javerta (Russell Crowe). Po drodze Valjean napotka poszkodowaną przez życie Fantine (Anne Hathaway), a w końcu zaopiekuje się jej córką Cosette. Wiele lat później zaś dorastająca Cosette (Amanda Seyfried), zakocha się w jednym ze studentów-powstańców Mariuszu (Eddie Redmayne) dosłownie w przeddzień studenckiego, antykrólewskiego powstania wielbicieli republiki.

Hooper nie robi nam lekcji historii. Podobnie jak w oryginalnym musicalu skupia się na emocjach bohaterów i ich personalnych przeżyciach. Wrażenie to potęguje jego sposób filmowania indywidualnych numerów muzycznych, polegający prawie zawsze na intymnym zbliżeniu kamery i skupieniu jej na twarzy śpiewającego aktora. Dzięki temu to właśnie od aktorów zależy fakt, czy kupimy te emocje i cała historię, czy nie. A aktorzy grają i śpiewają wybornie. Jedynym wyjątkiem jest niestety Russell Crowe, który bynajmniej nie śpiewa źle, ale ma na pewno najmniejszą wokalnie skalę i w rezultacie cały czas brzmi podobnie, w dodatku brzmi jakby się faktycznie męczył, a to psuje nieco wrażenie. Jeśli dodamy do tego fakt, że to pierwszy od czasu „Blues Brothers” musical, w którym aktorzy każdą piosenkę śpiewali na żywo na planie, mając jedynie w uchu słuchawkę z podkładem, to rodzi to do tej produkcji ogromny szacunek.

Hooper ma w dodatku bardzo dobry pomysł, zderza bowiem intymne numery muzyczne z rozmachem scenografii i efektów specjalnych, już od otwarcia filmu łapiąc widza za gardło. Skala zdarzeń jest tu bardzo dobrze widziana, prawie namacalna, i filmowi trudno w kwestii formy wiele zarzucić, choć spotkałem się z opiniami, że film zbyt szybko wyprztykuje się  tricków i w kółko chwyta się tej samej formy pokazywania piosenek, co faktycznie bywa nużące. Mnie osobiście aż tak to nie męczyło, choć faktem jest, że jeśli ktoś „nie kupi” tej formy i aktorów, równie mocno znienawidzi tego widowiska, jak inni mogli je pokochać.

Na początku dodatkowo trudno jest się faktycznie przyzwyczaić do faktu że każdy bez wyjątku dialog jest śpiewany, ale kiedy to wrażenie mija (po ok. 20 minutach), film ogląda się z ogromną przyjemnością. Ma on bowiem wszystkie cechy klasycznego hollywoodzkiego widowiska.

Wspomniałem wyżej o aktorach. Anne Hathaway przelewa całą duszę na Fantine i kiedy śpiewa „I dreamed a dream” to jest to tak realne i przejmujące, jak nigdy dotąd.  Hugh Jackman jest bardzo dobrym głównym bohaterem i szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie nikogo innego w tej roli. O zdolnościach wokalnych Crowe’a już pisałem, ale coś jeszcze nie pasuje w tej roli. W jego oczach nie ma tej nieugiętości, tej surowości, jaką powinien mieć w sobie aktor odtwarzający Javerta. Miłym zaskoczeniem jest natomiast Eddie Redmayne w roli Mariusa, który zaskakuje ciekawym wokalem. Samantha Barks jest tak dobra, że aż dziw bierze, że to jej pierwsza filmowa rola (wcześniej grała Eponine na deskach londyńskiego teatru). Natomiast nie do końca trafieni są dla mnie Sacha Baron Cohen i Helena Bonham-Carter, którzy kładą niestety popisowy numer swych postaci („Master o the house”).

Na koniec zostawiłem sobie to, co najważniejsze, czyli piosenki. Na braku dobrych piosenek wyłożył się choćby Rob Marshall w „Nine”. Tutaj tego problemu nie ma, bo Hooper wręcz kurczowo trzyma się oryginału, dopisując jedynie jeden krótki numer (napisany zresztą przez oryginalnych autorów) – „Suddenly”, który nic nie wnosi, ale też nic nie zabiera całości.

„Les Mis” to adaptacja bardzo wierna i nie wyobrażam sobie w tej chwili, jak można było lepiej zrobić filmową wersję tego ukochanego na świecie musicalu. Zdaję sobie sprawę, e to nie film dla wszystkich, niemniej jednak dla mnie osobiście to faworyt w niejednej Oscarowej kategorii w tym roku.

Mini-analiza:

Nie piszę o Oscarowych nominacjach, bo wiemy już, że film zdobył ich 8. Największe szansę na statuetkę mają oryginalna piosenka napisana przez Schonberga i Boublila (choć konkuruje ze „Skyfall” Adele) oraz Anne Hathaway za rolę drugoplanową. Hugh Jackman raczej przegra z Danielem Day-Lewisem, a czy film ma szanse na Oscara za Najlepszy Film? Jakieś tam ma, ale jeśli by wygrał byłby to ledwie drugi przypadek w historii gdzie wygrywa film bez nominacji dla reżysera (Akademia nie nominowała Hoopera), a biorąc pod uwagę, że film ten znalazł sporo przeciwników w Hollywood a Hooper zdobył dwa Osscary – za film i reżyserię – ledwie dwa lata temu, to szanse „Nędzników” maleją do minimalnych. W pozostałych kategoriach technicznych zaś film musi zmierzyć się przede wszystkim z dopracowanym technicznie „Życiem Pi”, co nie będzie walką łatwą.

Reklamy

Jedna odpowiedź to “Oscar Race: Nędznicy – Les Miserables (recenzja)”

  1. natalia 06/02/2013 @ 22:17 #

    Crowe oprocz problemow z glosem ma chyba problemy z tusza 😉 Barks byla fenomenalna, jak dla mnie najlepsza.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: