Archive | Listopad, 2013

W kinach: Adwokat (recenzja)

24 List

220px-The_Counselor_Poster

The Counselor/Adwokat

reż. Ridley Scott

wyst. Michael Fassbender, Cameron Diaz, Javier Bardem, Brad Pitt, Penelope Cruz

data premiery (Polska): 16.11.2013r. 

Niewiarygodne. Naprawdę ciężko mi w to uwierzyć. Po obejrzeniu zwiastunów wydawałoby się, że czeka nas nie lada gratka. Książki McCarthy’ego do tej pory przekładały się na ekran co najmniej dobrze („Droga”) albo i bardzo dobrze („To nie jest kraj dla starych ludzi”), więc jego pierwszy oryginalny scenariusz powinien być dobry, prawda? Zwłaszcza, gdy za sterami staje Ridley Scott, którego nawet słabe filmy są najczęściej lepsze od tego co zwykle ogląda się w kinie. Na ekranie – plejada gwiazd. Dlaczego więc do cholery to co obejrzałem, to jakiś nieskładny bałagan?

Film opowiada prościutką historię, ale w sposób tak skomplikowany, tak ewidentnie nastawiony na skołowanie widza, jak tylko się da. Adwokat, który wplątuje się w złe interesy i w końcu wszystko zaczyna się gmawtać. Brzmi, jak historia z kina klasy „B” i taka właśnie jest. To, co ma sprawić, że uwierzymy iż to nie jest zwykłe kino klasy „B” to wysublimowane, literackie dialogi. Do tego dochodzą ciągłe – czasem łopatologiczne wręcz – odniesienia do polowania, świata zwierząt oraz rwanie scen nim zdążą wybrzmieć i brak typowej struktury fabularnej. Szkoda tylko, że wszystkie te czynniki miast działać na korzyść odbioru filmu, sprawiają że ogląda się go z narastającą irytacją i znużeniem.

Nie ma więc typowej struktury scenariusza: zawiązanie akcji – rozwój – kulminacja. Tutaj zawiązanie akcji, w podręcznikach dla scenarzystów  sugerowane jako ok. 15-20 minut, trwa godzinę. Kuriozalne w swej miałkości zdarzenie, które następnie „rozpędza” akcję,powoduje co najwyżej uniesienie brwi. Pomijam tu również fakt, że nikt nam niczego nie tłumaczy ani z niczego się nie tłumaczy. Jakakolwiek logika nie jest czymś, co charakteryzuje postaci, zwłaszcza tytułowego Adwokata. Jego piękna narzeczona (dekoracyjna rola Penelope Cruz), nieokreślone problemy, przerysowani znajomi z biznesu – meksykański nowobogacki (Bardem) i tekasński cwaniaczek (Pitt), ciągle przejęta cierpiętnicza mina – wszystko to oprócz przerysowania trąci też na milę fałszem.

Żeby nie było, że tylko narzekam – podobał mi się przepych tego świata, świetne zdjęcia zrobił Dariusz Wolski, a muzyka przyjemnie współgra z tym co dzieje się na ekranie. Ale to by było na tyle, jeśli chodzi o mnie.

W zasadzie to jest film zrobiony dla wykazania jednej tezy McCarthy’ego (świat to zła dżungla, w której przetrwają najcwańsi), kilku powracających motywów, wypowiedzenia totalnie niedorzecznych dialogów oraz dla słynnej już sceny (spoiler!)… Cameron Diaz uprawiającej seks z samochodem. To był jeden z tych filmów, który był dla mnie tak niewiarygodnie zły (mierząc potencjałem), że chciałbym wyrzucić z pamięci jego istnienie. Wam radzę to samo.

W kinach: Wenus w futrze (recenzja)

16 List

7574946.3

Wenus w Futrze/La venus a la fourrure

reż. Roman Polański

wyst. Emmanuelle Seigner, Mathieu Amalric

data premiery (Polska): 8 listopada 2013r. 

„Bóg go ukarał i oddał w ręce kobiety” – wokół takiej myśli kręci się najnowszy film mistrza światowego kina. Roman Polański ponownie zabiera nas na spotkanie z teatrem współczesnym. Współczesnym jednak nie do końca, bo spora część dialogów nawiązuje do XIX-wiecznej sztuki Bernarda Masocha.

Polański już po raz drugi zaprasza na film dziejący się wyłącznie w jednej lokacji i oparty na dwójce aktorów. W tym przypadku Emanuelle Seigner – żonie reżysera i Mathieu Amalricu – tutaj wystylizowanym na młodszą wersję Polańskiego. W przeciwieństwie jednak do „Rzezi”, która mimo ograniczeń jednej lokacji wydawała mi się dziełem prawdziwie filmowym, tym razem reżyser – w mojej opinii – wpada w pułapkę zbytniej teatralności.

Pewien rodzaj grania, prowadzenia postaci a także intymności, tak wciągający i potrzebny w teatrze, nie sprawdza się tu na ekranie. Styl gry jest nadmiernie ekspresyjny, w przypadku Seigner nawet nieco przerysowany, przez co ciężko mi w jakikolwiek sposób odnieść się do tej postaci, nie wspominając o obdarzeniu ich sympatią.

Co więcej, o ile w „Rzezi” satyra na współczesną klasę średnią i jej zakłamanie wydała mi się trafiona absolutnie w punkt, o tyle tutaj obserwacje o współczesnej i  dawnej roli kobiet i mężczyzn wydają mi się nadmiernie płytkie, ledwie w scenariuszu liźnięte, a w ostatecznym rozrachunku wręcz głupie.

Chcąc być fair nie zaprzeczę, że zmieniający się układ sił, walka o dominację, próby kontroli adwersarza mogą wciągnąć widzów i faktycznie, część widzów na seansie, na którym byłem zdawała się świetnie bawić. Mnie zastanawiało jednak, po co odgrzewać znów ten sam kotlet, zwłaszcza że poniekąd podobny pomysł, ale rozwinięty na czwórkę aktorów mieliśmy w poprzednim filmie reżysera.

Wiem, że – zwłaszcza w Polsce – nie wypada krytykować Polańskiego. Nic jednak nie poradzę na to, że mnie film ten oglądało się po prostu źle.  Mogę go potraktować co najwyżej jak dykteryjkę reżysera, który zrobił film wyłącznie dla siebie lub w prezencie dla adorowanej przez siebie żony. Oczywiście artyście tej rangi wolno wiele, ale… No właśnie, „ale”… Moje uczucia po seansie sprowadzają się do jednej myśli: I Bóg ukarał widza i oddał w ręce Polańskiego.  Szkoda.

Na ringu: A Katy vs. A Gaga

10 List

Tak jak w ostatnim odcinku jednego z moich guilty pleasures („Glee”) dziś zajmę się nowymi płytami „american sweetheart” czyli grzecznej, trochę tylko balującej amerykańskiej nastolatki (przynajmniej wizerunkowo) oraz popowego frika, co do którego nikt nie wie czy jest artystką czy hochsztaplerką, ale zdania są mocno podzielone.  Dla pełnego obrazu powinienem zapewne jeszcze zająć się depczącą im w tym roku po piętach Miley Cyrus, ale jak na razie na samą mysl o przesłuchaniu „Bangerz” w całości jakoś nie dopada mnie entuzjazm, więc może innym razem. W Ameryce 1:0 dla Perry, której „Roar” wypadło na Billboardzie lepiej niż „Applause” (co jak dla mnie pokazuje jak miałkie są powszechne gusta w każdym kraju).  Teraz mamy okazje porównać całe albumy wokalistek.

Let’s get to it…

Katy_Perry_Prism_cover1

Katy Perry – Prism (recenzja)

Przyznam się, że momentami nawet lubię Katy Perry. Uosabiała zawsze dla mnie coś pozytywnego w muzyce – zabawę. Zabawę w sensie amerykańskiego „fun”, który z jej muzyki przebijał i w moje uszy wpadał. Piosenki nie musiały być mądre, ale miały jakiś dziewczęcy wdzięk. Kiedy Katy śpiewała „Teenage Dream” to brzmiało właśnie tak jak spełniony sen każdej nastolatki. Zaczynam recenzję od tych kilku zdań, bo łatwo mi będzie przejść do tego, dlaczego nowa płyta panny Perry mnie nie rusza.

Ale zacznijmy od pozytywów. Sprawdza się ta płyta jako poligon dla producentów. Znani juz ze współpacy z Perry Max Martin i Dr Luke (Łukasz Gottwald) robią tu robotę, więc pod względem muzyczno dźwiękowym dzieje się sporo, z ukłonami w tak różnych kierunkach jak europop z lat 90-tych, disco lat 70-tych czy muza orientalna. Oj bawili się Panowie doskonale.

Szkoda, że tak dobrze nie bawiła się Perry, której zachciało się pokazać, że jako 29-letnia rozwódka już jest bardziej poważną artystką. Już dwa lata temu zapowiadała, że kolejny album nie będzie w żaden sposób kontynuacją „Teenage Dream”. Artystka wiele przeszła, a teraz odkryła też swoją duchowość. I to ją ponoć tu eksponuje.

Szkoda tylko, że pokazuje tą duchowość śpiewając takie banalne utwory (a może tak jej każe wytwórnia?), bo brzmi nieprzekonująco. Oczywiście wciąż jej głos brzmi dobrze, bo jak każda fabryka hitów Katy jest chyba bardziej robotem do śpiewania niż artystką. Niemniej słowa, które śpiewa choćy w piosence „Birthday” czy „International Smile” są jednymi z głupszych w jej karierze. Z jednej strony więc chce być poważna, z drugiej wciąż ma być idolką nastolatek. Tak się nie da i mam nadzieję, że Katy Perry też kiedyś dojdzie do tego wniosku.

Największym jednak grzechem tego albumu jest to, że nie ma tu wielkich hitów. Na „Teenage Dream” bez problemu dało się znaleźć 6-7 singli. Na „Prism” zaś większość piosenek zapomina się po kilku sekundach od przesłuchania, z wyjątkiem może inspirowanego europopem „Walking on Air” oraz singli  – „Unconditionally” i znanego już dobrze „Roar”. Mam podejrzeia, że dzieje się tak, bo po prostu wzystko wydaje się tu wtórne. Już to słyszeliśmy, nic nowego. Brakuje mi przede wzystkim tych mrugnięć, poczucia humoru, które Perry niegdyś okazywała.  A dostajemy tylko nowe, prawie tak dobre popowe kawałki, jak na poprzednim albumie. A wszyscy przecież wiemy, że prawie robi jednak różnicę.

O

Lady Gaga – ARTPOP (recenzja)

Stefani Germanotta nie przestaje mnie zaskakiwać. Zastanawiam się, czy jest aż tak pokręcona, ale samoświadoma tego co robi, czy też już kompletnie się pogubiła. Jej nowy album to bałagan. Bałagan artystyczny –  pełen momentów olśniewających, ale i spektakularnych pomyłek.  Starczy posłuchać otwierającej album „Aury”, w której brzmi maniakaly śmiech. Padają tam słowa: Enigma popstar is fun, she wear burqa for fashion/It’s not a statement as much as just a move of passion. No właśnie –  artystka niekoniecznie zatem analizuje to co robi, działa intuicyjnie. Nic dziwnego zatem, że czasem przestrzeli.

Dla mnie już „Aura” jest taki przestrzeleniem, przesadą w swojej własnej kreacji. Dalej jest absurdalnie głupie (Have an oyster, baby/It’s Aphrod-isy), ale mocno wpadające w ucho  „Venus” i idealnie wykrojone na singiel „G.U.Y”. To mimo wszystkich zastrzeżeń mocne otwarcie płyty, która zapewne będzie największą jak dotąd komercyjną porażką Gagi.

Na krążku nie brakuje dziwnych zabiegów – Lady Gaga próbuje nawet flirtować z rapem z pomocą takich „tuzów” jak T.I czy Twista („Jewels n’Drugs”), co samo w sobie jest maleńką katastrofą muzyczną – innym razem próbuje ironizować w zainspirowanym mocno Davidem Bowie „Fashion”, oddaje hołd marijuanie w „Mary Jane Holland” i Donatelli Versace czy śpiewa piosenkę zatytułowaną „Manicure”. Jesli u wielu ludzi wywoła to uniesienie brwi tak jak u mnie, to artystka chyba się ucieszy. Bo zdaje się dokładnie o to jej chodziło.

Już w zapowiedziach płyty, czy w swoim występie na gali MTV VMA, gdzie na scenie „powitało ją” nagrane z taśmy buczenie i gwizdanie, Gaga zdaje się igrać z ideą sławy, żartować sobie z nas (co udowadnia choćby singiel „Applause” czy tytułowy „Artpop” gdzie Gaga śpiewa „My artpop could mean anything”). Czyżby gwiazda mrugała do nas, sugerując, że nie każdy jej wielki koncept to WIELKI koncept? Że czasem to jedynie żart, blaga, performance. Gadze można bowiem wiele zarzucić, ale na pewno nie to, że jest głupia. Być może robi to tylko z powodów marketingowych, a może faktycznie jej pasją jest ciągłe uwodzenie i zabawa z własnym wizerunkiem.

Skupiając się bardziej na muzyce, dla mnie to album wzlotów i upadków. Na fali wznoszącej są niedorzecznie dobre „Do what you want” (nigdy bym nie przypuszczał, że polubię duet z… R. Kellym!), mocna – dedykowana fanom – ballada „Dope”, niedocenione singlowe „Applause” czy fantastycznie szalone „Swine”. Gorzej wypadają choćby „Donatella”, wtórne „Manicure” czy wspomniane wyżej „Mary Jane Holland”.  Jest też parę średniaków jak „Fashion” czy „Sexxx Dreams”. Podobnie jednak jak u Perry, brakuje tu hitów tak mocnych jak słynne „Bad Romance” czy „Poker Face”.

Ogólnie ten album jest po prostu okropnie nierównym misz-maszem styli, pomysłów, dziwnostek jakie składają się na obecny kształt artystki znanej jako Lady Gaga. Fani pokochają, hejterzy pohejtują, a karawana pod nazwą Gaga (może powinienem napisać GAGA? gubię się już…) pojedzie dalej.

WERDYKT: Choć ogólnie oba albumy są na poziomie „średniej krajowej”, dla mnie wygrywa Gaga, dlatego że nagrywa absolutnie niedorzeczne piosenki, które dają się słuchać.

Na ringu: King vs. Sapkowski czyli odcinanie kuponów

3 List

Sequelomania dotarła do świata książki popularnej zapewne już dawno, ale rzadko kiedy była widoczna tak jak w tym roku. Lauren Weisberger wróciła do swych ubranych w Pradę bohaterów, Helen Fielding zafundowała kolejne przygody Bridget Jones, do jednego ze swych najsłynniejszych horrorów powrócił Stephen King, a w Polsce po 14 latach ukazuje się właśnie nowa książka o przygodach kultowego Wiedźmina. Ponieważ to właśnie King i Sapkowski byli autorami, którzy fundowali mi najlepsze przygody ksiązkowe czasów nastoletnich, to ich książkami zajmę się tutaj dzisiaj.

i-wiedzmin-sezon-burz

Andrzej Sapkowski – „Sezon Burz. Wiedźmin.” (recenzja)

Andrzej Sapkowski o nowych przygodach Geralta z Rivii napomknął już jakiś czas temu, a  teraz – dość znienacka – książka właśnie trafia do księgarń (oficjalna premiera w nadchodzącym tygodniu, ale na Allegro można było książkę zakupić przedpremierowo).  Trafiamy tu do małego królestwa Kerack, z którego szybko przeniesiemy się w kilka różnych rejonów fascynującego i odrażającego jednocześnie świata, który powstał w genialnej wyobraźni autora. Żeby nie spoilerować, bo każdy fan sagi na pewno zechce, niezależnie od opinii innych książkę przeczytać, dodam tylko, że pojawia się tu sporo znanych nam już postaci, choć znaczna część z nich w formie znanej w kinie jako „cameo”, a więc omijając jakieś zdanie czy opis nawet nie zauważymy, że  te postacie się pojawiły.

Akcja książki osadzona jest przed wydarzeniami z opowiadania „Wiedźmin”, a więc i przed wszystkimi wydarzeniami sagi. W tym tkwi główny problem, jaki miałem z odczuwaniem czegokolwiek podczas jej czytania. Z góry wiemy przecież, że ani Geraltowi ani Jaskrowi włos z głowy nie spadnie, a to właśnie oni są bohaterami perypetii. Ponieważ Sapkowski zawsze był autorem nieco nieobliczalnym, w każdej chwili gotowym zafundować swym bohaterom piekło, bez tego elementu ekscytacji książka dużo traci.

Kolejnym ważnym problemem książki jest jej doniosłość, a raczej jej brak. Większość wydarzeń w książce sprawia wrażenie niezbyt ważnych, a czasem wręcz miałkich – dużo bardziej nadających się na opowiadania (co wydaje mi się mogło być pierwotnym zamierzeniem autora sądząc po epizodycznej, bardzo nierówno rozłożonej akcji). Sapkowski mnoży pomysły i wątki, które czasem nijak mają się do siebie. Zdaje się przy tym czasem nadmiernie kalkować siebie, zwłaszcza w doborze przeciwników wiedźmina, którym niestety daleko to tak pamiętnych postaci jak Bonhart czy Rience.  Może jednak ten nadmiar, czasem nierozwiązanych do końca, wątków to część misternego planu, który zostanie nam odkryty wraz z kolejnymi książkami? Tego na razie nie wiemy.

Na dziś jednak dostajemy coś w rodzaju questa z gry, questa z wieloma rozgałęzieniami, z których część naprawdę może nas zainteresować, a część moglibyśmy spokojnie ominąć.  Jednak nadal questa opcjonalnego, którego istnienie niewiele wnosi do głównej fabuły, a jedynie przedłuża czas, jaki spędzamy w świecie ukochanych bohaterów. Ja w tym świecie przebywać uwielbiam, a całość dla mnie zdecydowanie ratuje wciąż doskonała forma autora, jeśli chodzi o wspaniałe opisy, kwieciste porównania i sporą liczbę intertekstualnych żartów. Dla fanów pozycja obowiązkowa, dla reszty być może początek przygody ze świetną prozą autora. Jak na wielki powrót, to jednak wciąż trochę mało.

i-doktor-sen

Stephen King – „Doktor Sen” (recenzja)

Na początku deklaracja – Stephena Kinga uwielbiam. Wychowałem się na jego ksiązkach i mam ich na półce w okolicach czterdziestu.  W zasadzie czytałem wszystko co zostało wydane pod każdym nazwiskiem (jako King czy Bachman). Od kilku lat King niczym maszynka wypuszcza na rynek kolejne tytuły, różnej jakości i różnie odbierane przecz czytelników i krytykę. Mnie np. urzekła atmosfera „Dallas ’63”. Znam jednak wiele osób, które przez sporą objętościowo książkę nie przebrnęły, twierdząć że nudna i nijaka.

Jedno jest pewne, od paru dobrych już lat pisarzowi znacznie lepiej wychodzi tworzenie bohaterów, którzy już nie są amerykańskimi archetypami, a coraz częściej ludźmi w krwi i kości. Wychodzi mu też coraz lepiej tworzenie tła obyczajowego, szczególnie gdy cofa się do czasów swej młodości (jak choćby w „Joyland”), ale też np. gdy rysuje leniwą atmosferę południa Florydy („Duma Key” po polsku znana jako „Ręka mistrza”). Nie inaczej jest tym razem.

Po bez mała 30 latach King wraca do rodziny Torrance. I to zaczynając swoją powieść niedużo czasu po zakończeniu wydarzeń z „Lśnienia”. W ten sposób szybko jest w stanie przypomnieć czytelnikom, co zdarzyło się w tamtej książce, jak również odciąć się od filmu Kubricka (za którym King, delikatnie mówiąc nie przepada), w którym niektórych spotkał inny los niż w literackim pierwowzorze.

King skupia się tu na postaci dorosłego już Dana, który jako dziecko przeżył, związane ze swym darem „jaśnienia” piekło, a który ten dar w dorosłym życiu zagłusza, podobnie jak jego ojciec, alkoholem. To fascynująca opowieść o tym, jak nie powtórzyć grzechów swych ojców i jak naprawiać to, co samemu się w życiu spieprzyło. King, sam niegdyś toczący bój z alkoholizmem, rozumie swą postać i nadaje jej bardzo ludzki rys, dzieki któremu Danowi i jego nowej podopiecznej – dorastającej dziewczynce imieniem Abra, łatwo jest kibicować. I gdyby na związku tych dwojga i obyczajowej warstwie powieści opierała się fabuła, pewnie książka podobałaby mi się bardziej.

Tymczasem problem, niestety,  polega w moim poczuciu,  na „wielkim zagrożeniu”, na „MacGuffinie”, na którym King zawiesza fabułe. Tutaj jest to grupa wędrownych wampirów zwana Prawdziwym Węzłem, która poluje na Abrę i inne jaśniejące dzieci.  Grupa ta chyba w zamierzeniu miała być inspirowana czymś w rodzaju wędrownego cyrku, jak w serialu Carnivale. Nie wiem czy celem autora było pokazanie, że coś z pozoru zwykłego może być groźne, ale ta zwykłość sprawiła jednocześnie, że ja nie odczuwałem ani przez chwilę zagrożenia, nie czułem napięcia i zwyczajnie nie bałem się jak na niektórych książkach autora (do dziś potrafiących zafundować bezsenną noc).

Również niektóre złe cechy dawnego Kinga są tu obecne – szczególnie nadmierna tendencja do kiczu czy niektóre niezbyt logiczne, a popychające do przodu fabułę zachowania bohaterów. Wszystko to sprawiło, że „Doktor Sen” częściej mnie irytował, niż bawił. I znowu – dla fanów Kinga to lektura przyjemna, dobrze się czytająca, sprawnie napisana i z bardzo koherentną i sprawnie posuwającą się do przodu fabułą. Dla innych jednak to jedynie kolejna masowa produkcja z fabryki z nalepką „King”.

WYNIK: Dla mnie niestety między pozycjami dziś wybranymi jest remis.  Punktowo licząc pewnie dałoby się ppoliczyć jednemu lub drugiemu Panu słabe zwycięstwo. Jeśli miałbym przyznać zwycięstwo na zachętę, to dałbym je Sapkowskiemu z zastrzeżeniem, że czekam na więcej.

American Film Festival – All is lost (recenzja)

1 List

71451083

All Is Lost

Reż. J.C Chandor

Wyst. Robert Redford

Data premiery (Polska): 14.03.2014r. 

Przetrwanie. To jakiś nowy trend w kinie. „Życie Pi”, „Grawitacja”, nowy Jarmusch no i teraz „All is lost” – wszystkie te filmy mówą o przetrwaniu w ekstremalnych sytuacjach. Przy czym „Pi”  poświęcone było wierze, „Grawitacja” –  szukaniu siły w sobie, Jarmusch w „Tylko kochankowie przeżyją” pokazał, że przetrwać trzeba  – choćby od niechcenia, a  w drugim filmie J.C. Chandora mamy po prostu, bez metafor i kiczu, starcie umysłu z naturą. W pewien sposób niesamowite.

W doskonałej formie – i fizycznie i psychicznie – jest Robert Redford, którego na ekranie oglądamy w „All is lost” („wszystko stracone”) na wyłączność. Przez 100 minut 77-letni aktor jest jedynym bohaterem, bezimiennym człowiekiem, którego wypadek na łodzi zmusza do walki z żywiołem. Pada w tym fimie może z 10 zdań, a jednak coś w nim jest.
Właściwie nie coś, a Redford. Redford, któremu na twarzy, w ruchach mięśni czy nawet na spracowanych, starczych dłoniach widać każdą emocję i myśl, a w obliczu śmierci jest ich naprawdę sporo. Nie będę zdradzał filmu, brawa po pokazie każą mi stwierdzić, że chociaż mnie emocjonalnie nie wciągnął na 100%, to inni kupili go w 100%.  Muszę też dodać, że jak na film jednostajny i monotematyczny „All is lost” ani mnie nie znużył anii nie zmęczył, co w filmie osadzonym w jednym miejscu bez dialogów miało prawo mieć miejsce. Bardzo podobało mi się też to, w jaki sposób reżyser – J.C. Chandor – obala drobnymi rzeczami wszelkie filmowe stereotypy, pokazując, że jego bohater myśli i analizuje każdą sytuację. Bardzo przywoite, choć prawie eksperymentalne hollywoodzkie kino, ze świetnym Redfordem, który zdziwię się, jesli nie zgarnie  nominacji za swoją rolę.

 

American Film Festival – Don Jon (recenzja)

1 List

sq_don_jon

Don Jon

reż. Joseph Gordon-Levitt

wyst. Joseph Gordon-Levitt, Scarlett Johansson, Tony Danza, Julianne Moore

Data premiery (Polska): 15.11.2013r.

To mój pierwszy wpis po dłuuuuuugiej (półrocznej) przerwie.  Skorzystam zatem z okazji by „na dzień dobry” postawić pomnik Josephowi Gordon-Levittowi (w skrócie JGL). Mający 31 lat JGL debiutuje tu jako scenarzysta i reżyser, z dużą pewnością siebie, z pomysłem i dokonałym poczuciem humoru.
Jeśli pamietać, że JGL zaczynał jako kolejna dziecięca gwiazda w serialach „Roseanne” i „Trzecia Planeta od Słońca”, to dziś jest w samym środku, a jednocześnie wciąż u progu ogromnej kariery.  Pracując w ostatnich latach m.in z Christopherem Nolanem, Rianem Johnsonem czy Stevenem Spielbergiem („Lincoln”) miał się od kogo chłopak uczyć robienia filmów, choć największy wpływ widać jednak kina niezależnego, w którym od 2004 JGL ciągle piął się do góry (dostając m.in 2 nominacje do Złotego Globu za bardzo udane role w „50/50” i „500 days of Summer” i tworząc pamiętne kreacje w genialnych „Mysterious Skin” Arakiego czy „Brick” Riana Johnsona). JGL ma też portal łączący artystów, wspiera bardzo młodych twórców z LA, czasem także gra, śpiewa, a nawet tańczy. Po prostu jest dobry we wszystkim.
Tutaj debiutuje jako scenarzysta i reżyser. I to debiutuje z przytupem. Bez zawahania powiem, że „Don Jon” to najzabawniejszy film, jaki widziałem w tym roku. To co proponuje nam JGL –  to „antykomedia romantyczna”. Opowieść o koksie dzielącym czas między siłownię, wyrywanie lasek w barze z kolegami i niedzielny kościół oraz obiad u rodziców, który poznaje księżniczkę z New Jersey, brawurowo zagraną przez Scarlett Johansson (jej najlepsza rola od dawien dawna). To opowieść o współczesności, o nowych typach uzależnień i o otwieraniu się na świat.
Mimo, że to co proponuje nam filmowo od względem formy JGL widzieliśmy już choćby u Aronofskiego, to wciąż jak na debiut bardzo mocny i dobrze skonstruowany film, używający oryginalnych środków i zmontowany z „nerwem” i przekonaniem godnym dużo bardziej doświadczonego reżysera. Odważna tematyka (uzależnienie od porno) i nowatorskość nie przeszkadzają jednak podczas seansu doskonale się bawić.
Ponieważ od pewnego czasu bojkotuję trailery filmów, które wiem że i tak chcę zobaczyć, Wam też nie wrzucam na koniec recenzji trailera „Don Jona”. Wybierzcie się do kina i zobaczcie sami. Warto.