Na ringu: King vs. Sapkowski czyli odcinanie kuponów

3 List

Sequelomania dotarła do świata książki popularnej zapewne już dawno, ale rzadko kiedy była widoczna tak jak w tym roku. Lauren Weisberger wróciła do swych ubranych w Pradę bohaterów, Helen Fielding zafundowała kolejne przygody Bridget Jones, do jednego ze swych najsłynniejszych horrorów powrócił Stephen King, a w Polsce po 14 latach ukazuje się właśnie nowa książka o przygodach kultowego Wiedźmina. Ponieważ to właśnie King i Sapkowski byli autorami, którzy fundowali mi najlepsze przygody ksiązkowe czasów nastoletnich, to ich książkami zajmę się tutaj dzisiaj.

i-wiedzmin-sezon-burz

Andrzej Sapkowski – „Sezon Burz. Wiedźmin.” (recenzja)

Andrzej Sapkowski o nowych przygodach Geralta z Rivii napomknął już jakiś czas temu, a  teraz – dość znienacka – książka właśnie trafia do księgarń (oficjalna premiera w nadchodzącym tygodniu, ale na Allegro można było książkę zakupić przedpremierowo).  Trafiamy tu do małego królestwa Kerack, z którego szybko przeniesiemy się w kilka różnych rejonów fascynującego i odrażającego jednocześnie świata, który powstał w genialnej wyobraźni autora. Żeby nie spoilerować, bo każdy fan sagi na pewno zechce, niezależnie od opinii innych książkę przeczytać, dodam tylko, że pojawia się tu sporo znanych nam już postaci, choć znaczna część z nich w formie znanej w kinie jako „cameo”, a więc omijając jakieś zdanie czy opis nawet nie zauważymy, że  te postacie się pojawiły.

Akcja książki osadzona jest przed wydarzeniami z opowiadania „Wiedźmin”, a więc i przed wszystkimi wydarzeniami sagi. W tym tkwi główny problem, jaki miałem z odczuwaniem czegokolwiek podczas jej czytania. Z góry wiemy przecież, że ani Geraltowi ani Jaskrowi włos z głowy nie spadnie, a to właśnie oni są bohaterami perypetii. Ponieważ Sapkowski zawsze był autorem nieco nieobliczalnym, w każdej chwili gotowym zafundować swym bohaterom piekło, bez tego elementu ekscytacji książka dużo traci.

Kolejnym ważnym problemem książki jest jej doniosłość, a raczej jej brak. Większość wydarzeń w książce sprawia wrażenie niezbyt ważnych, a czasem wręcz miałkich – dużo bardziej nadających się na opowiadania (co wydaje mi się mogło być pierwotnym zamierzeniem autora sądząc po epizodycznej, bardzo nierówno rozłożonej akcji). Sapkowski mnoży pomysły i wątki, które czasem nijak mają się do siebie. Zdaje się przy tym czasem nadmiernie kalkować siebie, zwłaszcza w doborze przeciwników wiedźmina, którym niestety daleko to tak pamiętnych postaci jak Bonhart czy Rience.  Może jednak ten nadmiar, czasem nierozwiązanych do końca, wątków to część misternego planu, który zostanie nam odkryty wraz z kolejnymi książkami? Tego na razie nie wiemy.

Na dziś jednak dostajemy coś w rodzaju questa z gry, questa z wieloma rozgałęzieniami, z których część naprawdę może nas zainteresować, a część moglibyśmy spokojnie ominąć.  Jednak nadal questa opcjonalnego, którego istnienie niewiele wnosi do głównej fabuły, a jedynie przedłuża czas, jaki spędzamy w świecie ukochanych bohaterów. Ja w tym świecie przebywać uwielbiam, a całość dla mnie zdecydowanie ratuje wciąż doskonała forma autora, jeśli chodzi o wspaniałe opisy, kwieciste porównania i sporą liczbę intertekstualnych żartów. Dla fanów pozycja obowiązkowa, dla reszty być może początek przygody ze świetną prozą autora. Jak na wielki powrót, to jednak wciąż trochę mało.

i-doktor-sen

Stephen King – „Doktor Sen” (recenzja)

Na początku deklaracja – Stephena Kinga uwielbiam. Wychowałem się na jego ksiązkach i mam ich na półce w okolicach czterdziestu.  W zasadzie czytałem wszystko co zostało wydane pod każdym nazwiskiem (jako King czy Bachman). Od kilku lat King niczym maszynka wypuszcza na rynek kolejne tytuły, różnej jakości i różnie odbierane przecz czytelników i krytykę. Mnie np. urzekła atmosfera „Dallas ’63”. Znam jednak wiele osób, które przez sporą objętościowo książkę nie przebrnęły, twierdząć że nudna i nijaka.

Jedno jest pewne, od paru dobrych już lat pisarzowi znacznie lepiej wychodzi tworzenie bohaterów, którzy już nie są amerykańskimi archetypami, a coraz częściej ludźmi w krwi i kości. Wychodzi mu też coraz lepiej tworzenie tła obyczajowego, szczególnie gdy cofa się do czasów swej młodości (jak choćby w „Joyland”), ale też np. gdy rysuje leniwą atmosferę południa Florydy („Duma Key” po polsku znana jako „Ręka mistrza”). Nie inaczej jest tym razem.

Po bez mała 30 latach King wraca do rodziny Torrance. I to zaczynając swoją powieść niedużo czasu po zakończeniu wydarzeń z „Lśnienia”. W ten sposób szybko jest w stanie przypomnieć czytelnikom, co zdarzyło się w tamtej książce, jak również odciąć się od filmu Kubricka (za którym King, delikatnie mówiąc nie przepada), w którym niektórych spotkał inny los niż w literackim pierwowzorze.

King skupia się tu na postaci dorosłego już Dana, który jako dziecko przeżył, związane ze swym darem „jaśnienia” piekło, a który ten dar w dorosłym życiu zagłusza, podobnie jak jego ojciec, alkoholem. To fascynująca opowieść o tym, jak nie powtórzyć grzechów swych ojców i jak naprawiać to, co samemu się w życiu spieprzyło. King, sam niegdyś toczący bój z alkoholizmem, rozumie swą postać i nadaje jej bardzo ludzki rys, dzieki któremu Danowi i jego nowej podopiecznej – dorastającej dziewczynce imieniem Abra, łatwo jest kibicować. I gdyby na związku tych dwojga i obyczajowej warstwie powieści opierała się fabuła, pewnie książka podobałaby mi się bardziej.

Tymczasem problem, niestety,  polega w moim poczuciu,  na „wielkim zagrożeniu”, na „MacGuffinie”, na którym King zawiesza fabułe. Tutaj jest to grupa wędrownych wampirów zwana Prawdziwym Węzłem, która poluje na Abrę i inne jaśniejące dzieci.  Grupa ta chyba w zamierzeniu miała być inspirowana czymś w rodzaju wędrownego cyrku, jak w serialu Carnivale. Nie wiem czy celem autora było pokazanie, że coś z pozoru zwykłego może być groźne, ale ta zwykłość sprawiła jednocześnie, że ja nie odczuwałem ani przez chwilę zagrożenia, nie czułem napięcia i zwyczajnie nie bałem się jak na niektórych książkach autora (do dziś potrafiących zafundować bezsenną noc).

Również niektóre złe cechy dawnego Kinga są tu obecne – szczególnie nadmierna tendencja do kiczu czy niektóre niezbyt logiczne, a popychające do przodu fabułę zachowania bohaterów. Wszystko to sprawiło, że „Doktor Sen” częściej mnie irytował, niż bawił. I znowu – dla fanów Kinga to lektura przyjemna, dobrze się czytająca, sprawnie napisana i z bardzo koherentną i sprawnie posuwającą się do przodu fabułą. Dla innych jednak to jedynie kolejna masowa produkcja z fabryki z nalepką „King”.

WYNIK: Dla mnie niestety między pozycjami dziś wybranymi jest remis.  Punktowo licząc pewnie dałoby się ppoliczyć jednemu lub drugiemu Panu słabe zwycięstwo. Jeśli miałbym przyznać zwycięstwo na zachętę, to dałbym je Sapkowskiemu z zastrzeżeniem, że czekam na więcej.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: