Na ringu: A Katy vs. A Gaga

10 List

Tak jak w ostatnim odcinku jednego z moich guilty pleasures („Glee”) dziś zajmę się nowymi płytami „american sweetheart” czyli grzecznej, trochę tylko balującej amerykańskiej nastolatki (przynajmniej wizerunkowo) oraz popowego frika, co do którego nikt nie wie czy jest artystką czy hochsztaplerką, ale zdania są mocno podzielone.  Dla pełnego obrazu powinienem zapewne jeszcze zająć się depczącą im w tym roku po piętach Miley Cyrus, ale jak na razie na samą mysl o przesłuchaniu „Bangerz” w całości jakoś nie dopada mnie entuzjazm, więc może innym razem. W Ameryce 1:0 dla Perry, której „Roar” wypadło na Billboardzie lepiej niż „Applause” (co jak dla mnie pokazuje jak miałkie są powszechne gusta w każdym kraju).  Teraz mamy okazje porównać całe albumy wokalistek.

Let’s get to it…

Katy_Perry_Prism_cover1

Katy Perry – Prism (recenzja)

Przyznam się, że momentami nawet lubię Katy Perry. Uosabiała zawsze dla mnie coś pozytywnego w muzyce – zabawę. Zabawę w sensie amerykańskiego „fun”, który z jej muzyki przebijał i w moje uszy wpadał. Piosenki nie musiały być mądre, ale miały jakiś dziewczęcy wdzięk. Kiedy Katy śpiewała „Teenage Dream” to brzmiało właśnie tak jak spełniony sen każdej nastolatki. Zaczynam recenzję od tych kilku zdań, bo łatwo mi będzie przejść do tego, dlaczego nowa płyta panny Perry mnie nie rusza.

Ale zacznijmy od pozytywów. Sprawdza się ta płyta jako poligon dla producentów. Znani juz ze współpacy z Perry Max Martin i Dr Luke (Łukasz Gottwald) robią tu robotę, więc pod względem muzyczno dźwiękowym dzieje się sporo, z ukłonami w tak różnych kierunkach jak europop z lat 90-tych, disco lat 70-tych czy muza orientalna. Oj bawili się Panowie doskonale.

Szkoda, że tak dobrze nie bawiła się Perry, której zachciało się pokazać, że jako 29-letnia rozwódka już jest bardziej poważną artystką. Już dwa lata temu zapowiadała, że kolejny album nie będzie w żaden sposób kontynuacją „Teenage Dream”. Artystka wiele przeszła, a teraz odkryła też swoją duchowość. I to ją ponoć tu eksponuje.

Szkoda tylko, że pokazuje tą duchowość śpiewając takie banalne utwory (a może tak jej każe wytwórnia?), bo brzmi nieprzekonująco. Oczywiście wciąż jej głos brzmi dobrze, bo jak każda fabryka hitów Katy jest chyba bardziej robotem do śpiewania niż artystką. Niemniej słowa, które śpiewa choćy w piosence „Birthday” czy „International Smile” są jednymi z głupszych w jej karierze. Z jednej strony więc chce być poważna, z drugiej wciąż ma być idolką nastolatek. Tak się nie da i mam nadzieję, że Katy Perry też kiedyś dojdzie do tego wniosku.

Największym jednak grzechem tego albumu jest to, że nie ma tu wielkich hitów. Na „Teenage Dream” bez problemu dało się znaleźć 6-7 singli. Na „Prism” zaś większość piosenek zapomina się po kilku sekundach od przesłuchania, z wyjątkiem może inspirowanego europopem „Walking on Air” oraz singli  – „Unconditionally” i znanego już dobrze „Roar”. Mam podejrzeia, że dzieje się tak, bo po prostu wzystko wydaje się tu wtórne. Już to słyszeliśmy, nic nowego. Brakuje mi przede wzystkim tych mrugnięć, poczucia humoru, które Perry niegdyś okazywała.  A dostajemy tylko nowe, prawie tak dobre popowe kawałki, jak na poprzednim albumie. A wszyscy przecież wiemy, że prawie robi jednak różnicę.

O

Lady Gaga – ARTPOP (recenzja)

Stefani Germanotta nie przestaje mnie zaskakiwać. Zastanawiam się, czy jest aż tak pokręcona, ale samoświadoma tego co robi, czy też już kompletnie się pogubiła. Jej nowy album to bałagan. Bałagan artystyczny –  pełen momentów olśniewających, ale i spektakularnych pomyłek.  Starczy posłuchać otwierającej album „Aury”, w której brzmi maniakaly śmiech. Padają tam słowa: Enigma popstar is fun, she wear burqa for fashion/It’s not a statement as much as just a move of passion. No właśnie –  artystka niekoniecznie zatem analizuje to co robi, działa intuicyjnie. Nic dziwnego zatem, że czasem przestrzeli.

Dla mnie już „Aura” jest taki przestrzeleniem, przesadą w swojej własnej kreacji. Dalej jest absurdalnie głupie (Have an oyster, baby/It’s Aphrod-isy), ale mocno wpadające w ucho  „Venus” i idealnie wykrojone na singiel „G.U.Y”. To mimo wszystkich zastrzeżeń mocne otwarcie płyty, która zapewne będzie największą jak dotąd komercyjną porażką Gagi.

Na krążku nie brakuje dziwnych zabiegów – Lady Gaga próbuje nawet flirtować z rapem z pomocą takich „tuzów” jak T.I czy Twista („Jewels n’Drugs”), co samo w sobie jest maleńką katastrofą muzyczną – innym razem próbuje ironizować w zainspirowanym mocno Davidem Bowie „Fashion”, oddaje hołd marijuanie w „Mary Jane Holland” i Donatelli Versace czy śpiewa piosenkę zatytułowaną „Manicure”. Jesli u wielu ludzi wywoła to uniesienie brwi tak jak u mnie, to artystka chyba się ucieszy. Bo zdaje się dokładnie o to jej chodziło.

Już w zapowiedziach płyty, czy w swoim występie na gali MTV VMA, gdzie na scenie „powitało ją” nagrane z taśmy buczenie i gwizdanie, Gaga zdaje się igrać z ideą sławy, żartować sobie z nas (co udowadnia choćby singiel „Applause” czy tytułowy „Artpop” gdzie Gaga śpiewa „My artpop could mean anything”). Czyżby gwiazda mrugała do nas, sugerując, że nie każdy jej wielki koncept to WIELKI koncept? Że czasem to jedynie żart, blaga, performance. Gadze można bowiem wiele zarzucić, ale na pewno nie to, że jest głupia. Być może robi to tylko z powodów marketingowych, a może faktycznie jej pasją jest ciągłe uwodzenie i zabawa z własnym wizerunkiem.

Skupiając się bardziej na muzyce, dla mnie to album wzlotów i upadków. Na fali wznoszącej są niedorzecznie dobre „Do what you want” (nigdy bym nie przypuszczał, że polubię duet z… R. Kellym!), mocna – dedykowana fanom – ballada „Dope”, niedocenione singlowe „Applause” czy fantastycznie szalone „Swine”. Gorzej wypadają choćby „Donatella”, wtórne „Manicure” czy wspomniane wyżej „Mary Jane Holland”.  Jest też parę średniaków jak „Fashion” czy „Sexxx Dreams”. Podobnie jednak jak u Perry, brakuje tu hitów tak mocnych jak słynne „Bad Romance” czy „Poker Face”.

Ogólnie ten album jest po prostu okropnie nierównym misz-maszem styli, pomysłów, dziwnostek jakie składają się na obecny kształt artystki znanej jako Lady Gaga. Fani pokochają, hejterzy pohejtują, a karawana pod nazwą Gaga (może powinienem napisać GAGA? gubię się już…) pojedzie dalej.

WERDYKT: Choć ogólnie oba albumy są na poziomie „średniej krajowej”, dla mnie wygrywa Gaga, dlatego że nagrywa absolutnie niedorzeczne piosenki, które dają się słuchać.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: