W kinach: Wilk z Wall Street (recenzja)

27 Gru

wolf-of-wall-street-poster2-610x903

Reż. Martin Scorsese

Wyst. Leonardo DiCaprio, Jonah Hill, Matthew McConaughey, Margot Robbie

Data premiery (Polska): 3.01.2014r. 

Przesada. Nadmiar. Dekadencja. Przesyt. Bachanalia. Te słowa zapewne padną w niejednej recenzji najnowszego filmu 71-letniego mistrza kina, Martina Scorsese. Przedstawia on film, który jest jednocześnie „Wall Street” i „Chłopcami z ferajny” naszych czasów. Satyrę absolutną, mocniejszą niż tamte dwa filmy bo opartą na prawdziwej historii. Do tego namalowaną szerokimi pociągnięciami pędzla, okrutnie i boleśnie zabawną, a jednocześnie przerażająco wiele mówiącą o  naszych czasach.

W osiągnięciu efektu pomaga reżyserowi znakomicie grająca obsada. DiCaprio potrafi tak umiejętnie zbalansować swojego bohatera, że nawet kiedy popełnia czyny absolutnie złe, przynajmniej jakaś część nas każe wciąż mu kibicować. W końcu każdy z nas chciałby być tak obrzydliwie bogaty jak Jordan Belfort – autentyczna postać, na której historii oparto „Wilka…”. Co więcej, DiCaprio jest tu absolutnie przezabawny, jego vis comica nigdy nie była tak widoczna jak tutaj. Kilkakrotnie na filmie popłakałem się ze śmiechu, jednocześnie kręcąc głową z niedowierzaniem. Historie przedstawiane na ekranie są bowiem czasami tak absurdalnie niedorzeczne, że mogło wymyślić je tylko życie.

DiCaprio nie byłby jednak tak mocny gdyby nie druga połowa duetu – Jonah Hill. Jego Donnie Azoff – jeden z najbliższych współpracowników Belforta, to postać psychopatyczna, a jednak przy tym obłędnie zabawna. Reszta obsady nie ustępuje tutaj na krok tej dwójce, błyszczy w swej pierwszej wielkiej roli Margot Robbie jako druga żona Belforta, z dawna niewidziany reżyser i aktor Rob Reiner kradnie swoje krótkie minuty na ekranie jako ojciec głównego bohatera podobnie zresztą jak Matthew McConaughey którego Mark Hanna mimo króciutkiej obecności w pewien sposób ustawia pierwszą połowę filmu.

Bardzo wiele tu zaskoczeń i, mimo prawie trzech godzin, film ogląda się praktycznie bezwysiłkowo. Ogromna w tym zasługa zarówno Scorsese, rewelacyjnego scenariusza Terence’a Wintera (który ze Scorsese pracował też na planie „Zakazanego Imperium”), ale przede wszystkim życiowej formy Telmy Schoonmaker – montażystki Scorsese, która ma spore szanse na kolejnego Oscara na półce (byłby to już czwarty). Całość ilustruje ponad 60 wybranych przez Scorsese piosenek, głównie uwielbianej przez niego klasyki rocka, czasem w nieoczywistych coverach.

Na koniec warto dotknąć kontrowersji wokół filmu. Na niedawnym pokazie dla członków Akademii, niektórzy opuścili sale przed spotkaniem z reżyserem, a inni wręcz głośno wyrazili oburzenie filmem. Faktycznie, brawura i nerw jakie zaprezentował w tym filmie Scorsese są tak duże, że możnaby nimi obdzielić chyba z 5-ciu innych reżyserów. Jeśli kogoś oburzają „kurwy” lecące  ekranu czy spora ilośc golizny, to jest ich w tym filmie więcej niż w całej reszcie hollywoodzkich filmów z ostatnich 10 lat. Bardziej chyba jednak oburza ludzi coś innego. Pojawiły się bowiem zarzuty, że Scorsese gloryfikuje swoich bohaterów, a z tym się już zgodzić nie mogę. Owszem, reżyser pokazuje co dokładnie jest fantastycznego w posiadaniu tak dużej ilości dolarów, że nie wiesz na co je wydać. Pokazuje też jednak jednocześnie upadek bohaterów – i psychofizyczny, i moralny. A ostatnią sceną idealnie pointuje do tego swoje spostrzeżenia. Jeśli ktoś nie widzi w tym filmie gorzkiej ironii i ostrza satyry reżysera, to chyba nie ogląda wystarczająco uważnie.

I zapewne Akademia znowu pominie Scorsese i przyzna Oscara komuś innemu. Ale nie ma we mnie cienia wątpliwości, że jeśli o jakiś filmach 2013 roku będzie się mówić za 5, 10 lat, to będą to „Grawitacja” i „Wilk z Wall Street” właśnie. Dla mnie najlepszy film roku.

Reklamy

komentarze 2 to “W kinach: Wilk z Wall Street (recenzja)”

  1. Maddie_K 23/01/2014 @ 20:40 #

    W sumie fajny film ale troche mnie dziwi sukces u nas chociaż tematy porusza całkiem lubiane, seks, prostytutki, pieniądze. Wydaje mi się, że zrobił się troche sztuczny hype. Na Wilka z Wall Street poszłam po tej recenzji, ale mnie nie zachwycił. Co prawda, jest to dobry portret megalomana i człowieka zakochanego w sobie, ale widziałam lepsze ekranizacje tego typu tematów.

    • popkulturalnie 24/01/2014 @ 07:26 #

      To ciekawe, ostatnio dyskutowałem z kimś o mojej recenzji „Pod Mocnym Aniołem” – „są dużo lepsze filmy o alkoholiźmie i alkoholikach”. Zapewne są, ale czy to jednocześnie oznacza, że ten Smarzowskiego jest zły?

      Poza tym akurat w przypadku „Wilka…” sie nie zgodzę. Z taką dosadnością, przesadą i „przegięciem” Hollywood nie pokazywało trudnych tematów od dobrych 30 lat. Nie bez kozery film wywołał tam taką burzę. A film jest chyba nie tylko o megalomanii, a o naszej bezrefleksyjnej pogoni za bogactwem. Nie bez kozery (spoiler!) Scorsese w ostatniej scenie przygląda się widowni, która wie co ten megaloman zrobił i ile go to kosztowało, a jednak chce być taka jak on. Wg. mnie właśnie o to chodziło 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: