Archiwum | Filmowo RSS feed for this section

W kinach: Pod Mocnym Aniołem (recenzja)

17 Sty

7586364.3

reż. Wojtek Smarzowski

wyst. Robert Więckiewicz, Julia Kijowska, Jacek Braciak

data premiery (Polska): 17.01.2014r.

Alkohol zawsze lał się obficie w filmach Smarzowskiego. Zawsze jednak stanowił temat poboczny, rodzaj tła, umiejscawiającego akcję w rozalkoholizowanej Polsce. Dopiero teraz, kiedy Smarzowski bierze na warsztat nagradzaną książkę Pilcha, procenty i to, co robią z człowiekiem stały się tematem głównym.

W filmie Smarzowskiego narracja rwie się, chronologia jest zamazana. Całość „Pod Mocnym Aniołem” przypomina puzzle, które próbuje układać osoba po spożyciu wielu kolejek. To zabieg celowy, pozwalający na zamazanie linii między światem realnym a fikcją, rzeczywistymi zdarzeniami a projekcjami, fantazją. Smarzowski pomaga sobie dynamicznym, prawie przypadkowym montażem, powtórzeniami w warstwie słownej i wizualnej i obsadzaniem tych samych aktorów w różnych rolach.
Dzięki tym zabiegom nie ma wątpliwości, że mimo wielości bohaterów zaludniających gwiazdorski acz przerażająco realistyczny krakowski odwyk to tak naprawdę historia jednego bohatera, jego indywidualnych poszukiwań, przeżyć i odczuć. Więckiewicz jest teraz na fali wznoszącej i rola Jerzego to kolejny majstersztyk w jego dorobku. W wielu zbliżeniach jego twarz ma wszelkie znamiona ogorzałości typowej dla osób, które przygody z wódką mają nazbyt często. Więckiewicz tworzy kolejną kreację, którą będzie się pamiętać długo.

Towarzyszy mu plejada pierwszoligowych aktorów, o których nie bez kozery mówi się już „aktorzy Smarzowskiego”. Panowie Jakubik, Dziędziel, Braciak, Dyblik, Wabich po raz kolejny pokazują, że nawet z najmniejszych ról zrobią perełki. Jeszcze lepiej wypadają tutaj Panie, w szczególności Kinga Preis, która jest po prostu fenomenalna. Świetnie wypadają również Iwona Bielska, Iwona Wszołkówna, Julia Kijowska czy Izabela Kuna.

Film Smarzowskiego nie zszokował mnie, mimo fekaliów czy wymiocin pojawiających sie obficie na ekranie. Za często reżyser odwoływał sie do tricków, które już z jego filmów znamy. Czasem wręcz clowo pszczał nam oko, nawiązując do „Drogówki”, „Domu Złego”, a nawet „Małżowiny”. To, że film mnie nie zszokował nie znaczy jednak, że pozostałem obojętny na to co zobaczyłem na ekranie. Smarzowski w sposób inteligentny i celowo nużący zekranizował świetną książkę Pilcha. Mi oglądało się to, wbrew pozorom, bardzo dobrze. Nawet jeśli reżyser coraz częściej sięga po te same tricki to do mnie jego kino dociera. Następnym razem jednak chciałbym na ekranie zobaczyć coś nowego, nieco bardziej odmiennego od tego, co już pokazał nam Smarzowski.

Reklamy

Podsumowanie 2013: Ulubione filmy

13 Sty

To był w mojej opinii  całkiem przyzwoity rok dla kina głównego nurtu. Do grudnia zachwyciło mnie co prawda bardzo mało filmów, niemniej końcówka mocno to nadrobiła. Podsumowując – był to rok  bardzo solidny. Mimo wielu rozczarowań, na każdy zły sequel („Iron Man 3”) przypadał jakiś dobry („Przed Północą”), na każdy zły remake („Carrie”) jakiś warty zobaczenia („Człowiek ze Stali”) itd itp. Czyli dokładnie tak jak zwykle.

Mój ranking publikuję trochę późno, bo przez ostatnie 2 tygodnie nadrabiałem zaległości. A narobiło się ich trochę. I nawet w ostatnim tygodniu zobaczyłem filmy, które namieszały nieco w poniższym zestawieniu.

Ciężko było mi wybrać jednoznacznie pierwszą dwudziestkę, bo cały czas wynikałoby że coś pominąłem. Dlatego tym razem filmów jest o kilka więcej. Wynika to też z tego, że widziałem w tym roku kilka lub kilkanaście filmów, które do polskich kin dopiero wejdą, a szkoda by było o nich nie wspomnieć. Oto 25 moich faworytów (właściwie to 28…)

25. Zniewolony/12 Years a Slave

pobrane

Steve McQueen pokazuje niewolnictwo w sposób tak bolesny, że niektórzy zechcą wyjść z kina albo schować się za fotel. przypomina przy tym, że nie o brutalne wykorzystywanie chodziło, a o coś więcej. O pozbawienie ludzkich odruchów i elementarnego człowieczeństwa. „Zniewolony” to ciekawe kreacje aktorskie (moją faworytką jest pomijana Sarah Paulson), epicka historia opowiedziana w kameralny sposób. Do tego kadry, które zapadną wam w pamięć i nieco zrecyklingowana muzyka Hansa Zimmera. Mieszanka skrojona ewidentnie pod Oscary, które zapewne zgarnie. Nieco to konwencjonalne i zachowawcze kino, ale wciąż mocne i dobre.

24. Obecność/The Conjuring oraz Martwe Zło/Evil Dead

the-conjuring-poster 4-5-13-Evil-Dead-Poster

To niby bardzo łatwy gatunek – horror. A jednak przez lata tak wyeksploatowany i przewidywalny, że kompletnie nie przerażał. To co zrobili znany z „Piły” James Wan i debiutant Fede Alvarez to wstrzyknęli w gatunek nieco elegancji (Wan) i świeżości (Alvarez). „Obecność” autentycznie mnie przeraziła plus była narawdę nieźle zagrana, a remake „Martwego Zła”, mimo skrajnie poważniejszego od oryginału tonu był naprawdę kreatywnym ćwiczeniem filmowej obrzydliwości.

23. Wyścig/Rush

Rush-2013-Poster-carwitter

Ron Howard od kilku lat formę miał raczej spadkową (nieszczęsne „Sekrety i Grzeszki” czy zrobione dla kaski „Anioły i Demony”). W końcu jednak wrócił, i to w wielkiej formie. „Wyścig” dosłownie wciskał mnie w fotel. Film zrobiony świetnie, porządnie zagrany i co najciekawsze, opowiadający historię prawdziwą tak hollywoodzką, że gdyby prawdziwa nie była, to by irytowała. A tak wciąga i trzyma w napięciu do końca.

22. Człowiek ze Stali/Man of Steel

man-of-steel-poster

Skrajnie niekameralne, i zapewne jako pierwsze w tym rankingu kontrowersyjne, jest miejsce 21 dla nowego Supermana. No cóż, uważam że mimo gigantomanii która ten film dominuje przez ostatnią godzinę, była to porywająca wizja z wieloma dobrymi pomysłami, genialnym soundtrackiem i fajnymi aktorami (zwłaszcza Adams i Fishburne, ale też Antje Traue czy Michael Shannon). Mnie to wystarczyło by znów uwierzyć, że człowiek może latać 😉

21. Minionki Rozrabiają/Despicable Me 2 i Kraina Lodu/Frozen

7553839.3frozen-poster-small

Często kiedy widzę trailer nowej animacji, zapalam się do obejrzenia go jak dziecko. Najczęściej mojego entuzjazmu starcza potem na pierwsze 30 minut produkcji.  Tym razem tak nie było. „Frozen” – klasyczna disneyowska bajka, ale bardzo fajnie i z dużą ilością ciepłego i abstrakcyjnego czasem humoru opowiedziana. No i „Minionki…” –  na ich punkcie oszalał świat, teraz juz rozumiem czemu.

20. Wiecznie Żywy/Warm Bodies

Warm_Bodies_Theatrical_Poster

W przeciwieństwie do „Abrahama Lincolna: Łowcy Wampirów” tutaj nie brakowało ani dystansu, ani poczucia humoru, ani przyzwoitych efektów. Dlatego też dla mnie Jonathan Levine – jeden z moich ulubionych reżyserów młodszego pokolenia – znalazł idealne środki by tę postapokaliptyczną wersję „Romea i Julii” opowiedzieć w sposób przystępny i zabawny.

19. Poradnik Pozytywnego Myślenia/Silver Linings Playbook oraz American Hustle

MV5BMTM2MTI5NzA3MF5BMl5BanBnXkFtZTcwODExNTc0OA@@._V1_SX214_ MV5BNjkxMTc0MDc4N15BMl5BanBnXkFtZTgwODUyNTI1MDE@._V1_SX214_

Trochę nie rozumiem entuzjazmu jaki Hollywood okazuje Panu Russellowi. Do „Poradnika pozytywnego myślenia” przekonałem się jednak za drugim razem, choć to dla mnie wciąż komedia romantyczna ze świetnymi aktorami. Równie świetni są aktorzy w komediowym kryminale „American Hustle”, który luźno nawiązuje do wielkiej amerykańskiej afery „Abscam” z lat 70-tych i do twórczości Martina Scorsese. Mimo świetnych aktorów i łatwości w odbiorze, jakoś nie mogę filmów Russella pokochać. Ale cenię jego pracę z aktorami.

18. Fruitvale Station

fruitvale_station_ver2_xlg

Debiut roku, jesli wierzyć oscarowym blogerom. Fakt, że nie bez kozery. Reżyser-debiutant zebrał świetną obsadę i opowiedział prostą, wstrząsającą historię, nie wybielając głównego bohatera, ale po prostu pokazując jak było. Bolesne, społeczne kino, ale niewątpliwie potrzebne. Plus świetne role Michaela B. Jordana i Octavii Spencer.

17. To już Jest Koniec/This Is The End

MV5BMTQxODE3NjM1Ml5BMl5BanBnXkFtZTcwMzkzNjc4OA@@._V1_SX214_

Zaskoczenie roku. Komedia, która przekroczyła niejedną barierę, a która rozbawiła mnie do łez. Popkultura w pigułce plus jedno z najlepszych nawiązań do pewnego fenomenu lat 90-tych, jakie widziałem w kinie. Panowie Hill, Robinson, Rogen, Franco, Baruchel i McBride nie zawsze są śmieszni, ale tutaj naprawdę parodiują saych siebie doskonale.

16.  Kapitan Phillips

pobrane (1)

Jak robić film akcji oparty na prawdziwych wydarzeniach, tak by trzymał w napięciu i jednocześnie był zrobiony z doskonałym wyczuciem tematu, bez hollywoodzkiej łopatologii? Potrafi to Paul Greengrass, co udowadnia tu kolejny raz z pomocą świetnego Toma Hanksa (najlepsza forma od lat) i somalijskiego debiutanta Barkhada Abdiego. Spektakl trzymający w napięciu od pierwszych do ostatniej minuty.

15. Drogówka

drogowka-final-1ch-jpg-dc904

Jedyny polski film w zestawieniu. Dowód na to, że kino gatunkowe w Polsce nie musi być tak złe jak „Sęp”. Tutaj oczywiście pełno „smarzowszczyzny”, co czasem mi przeszkadzało, choć też dzięki niej ten obraz tak doskonale zafunkcjonował zarówno jako satyra, jak równiez jako pełnokrwiste kino sensacyjne.

14. Sekretne Życie Waltera Mitty/The Secret Life of Walter Mitty

the-secret-life-of-walter-mitty-poster1

Mimo tego, że krytycy ostro przejechali się po nowym filmie w reżyserii Bena Stillera, warto go zobaczyć i wyrobić sobie zdanie samemu. Rzadko bowiem się zdarza, by uśmiech nie schodził mi z twarzy przez cały film. I mimo tego, że to kino na bakier z logiką i koszmarnie naiwne, to ja kupiłem tę konwencję współczesnej baśni i świetnie się bawiłem. Dodatkowo zdjęcia są super, podobnie jak muzyka.

13.Don Jon

MV5BMTQxNTc3NDM2MF5BMl5BanBnXkFtZTcwNzQ5NTQ3OQ@@._V1._CR28,28.649993896484375,1271,1991.0000305175781_SX640_SY720_

Film, który po raz kolejny udowadnia, że lepiej niczego nikomu nie rekomendować. Po pierwszych pokazach fama w internecie zaczęła windować oczekiwania, i w rezultacie niejeden zagrymasił. Że w sumie nie takie oryginalne, że to że tamto. Jak to krytycy. Ja kupiłem ten film i uważam, że na tle reszty Hollywood jest bardzo oryginalny, do tego wyreżyserowany z pasją i pazurem, choć wiele środków stylistycznych uzytych w „Don Jonie” już widzieliśmy. Teraz Joseph Gordon Levitt bierze się za adaptację „Sandmana” Neila Gaimana. Nie mogę się doczekać.

12. Django

Django-Unchained-Poster

Tarantino cofnął się na dziki zachód. Mimo tego, że zarzucałem mu podobne środki (tematyka zemsty, powtórzenia, Christoph Waltz w roli nieco podobnej do „Bękartów”) to wciąż bawiłem się setnie. Jednak nikt nie robi takiej popkulturowej papki jak on. Nikt też z reżyserów nie ma takiego uch do soudntracków.

11. Poczekalnia nr 12/Short Term 12

Short_Term_12_poster

Film-zaskoczenie. Opowieść o wychowawcach z ośrodka dla trudnej/niechcianej młodzieży porwała mnie, bawiła i prawdziwie poruszyła. Nagroda na ostatnim American Film Festival w pełni zasłużona.

10. Nędznicy/Les Miserables

Les-Miserables-Poster

Kolejny kontrowersyjny wybór. Dla mnie musical absolutny, choć przez niejednego krytyka schlastany, a w Polsce chyba w ogóle niezrozumiany i pominięty. Kino piękne, wspaniale zaśpiewane i wyreżyserowane z pasją i oryginalną wizją. Szkoda, że tak niedocenione (mimo Oscara dla Anne Hathaway, akurat niekoniecznie zasłużonego oraz dwóch statuetek za makeup i dźwięk).

9. Przeszłość

ThePastPoster

Asghar Farhadi poza ojczyzną, ale ciągle o podobnych tematach. Tym razem na warszatat bierze pewną multikulturową, patchworkową rodzinę, pewną tajemnicę i kwestie „poczucia winy”. Jak już ktoś ładnie napisał, Farhadi robi kino rodzinen, któe ogląda się jak thriller. Wszystko to prawda. Do tego jego filmy autentycznie bolą. Mistrzowski poziom kina, mimo paru kiksów, jak choćby finałowa scena.

8. Przed Północą/Before Midnight

c5f441cd5f43eb2f2c024e1f8b5d00cd_500x735

Ostatnia, jak na razie, część najpiękniejszej (i najbardziej boleśnie prawdziwej) współczesnej filmowej historii miłosnej. Richard Linklater, Julie Delpy i Ethan Hawke sprawiają, że Celine i Jesse to już jak nasi starzy przyjaciele, których wita się w kinie z otwartymi ramionami. Film skrajnie kameralny, zdecydowanie nie dla każdego. Jako fan dwóch pierwszych częśći nie mógłbym pominąć tej w tym rankingu.

7.Spring Breakers

spring-breakers-poster-1

Harmony Korine zrobił najbardziej przystępny i potencjalnie komercyjny film w karierze. I co? I nikt w USA nie zrozumiał dowcipu. Tak to właśnie bywa. Fantastyczna satyra na współczesne nastolatki, konsumpcjonizm i popkulturowe klisze. James Franco jako zapadający w pamięć Alien i niesamowicie oryginalne zdjęcia oraz soundtrack. Te wakacje się zapamięta.

6. Blue Jasmine

MV5BMTc0ODk5MzEyMV5BMl5BanBnXkFtZTcwMzI0MDY1OQ@@._V1_SX640_SY720_

Allen w najlepszej formie od dobrych paru lat. Gorzko-śmieszny senariusz i jedna z najlepszych żeńskich kreacji ostatniej dekady, czyli fenomenalna Cate Blanchett, którą wspierają świetna Sally Hawkins oraz Louis C.K, Alec Baldwin czy Bobby Canavale. Aktorski film, a do tego mocno polityczny komentarz. Allen ma 78 lat i nie zwalnia.

5. Grawitacja/Gravity

MV5BNjE5MzYwMzYxMF5BMl5BanBnXkFtZTcwOTk4MTk0OQ@@._V1_SX640_SY720_

Bardzo amerykańska to historia o przetrwaniu, odzyskiwaniu wiary w siebie i siły do walki. Bardzo to amerykańskie, nic więc dziwngo że niejednemu w Polsce krytykowi „Grawitacja” nie przypadła do gustu. Wszyscy natomiast wiedzą już, że to dzieło życia Emannuela Lubezki, który swe operatorskie tricki ćwiczył już przy „Ludzkich Dzieciach” Cuarona. Tutaj doprowadzili wspólnie z Cuaronem swój wyjątkowy jednak jak na Hollywood projekt do końca po 4 latach. Warto było czekać. Kosmos jako przerażająca pustka nie robił nigdy większego wrażenia. To może być po latach najbardziej pamiętany film 2013 roku.

4. Labirynt/Prisoners

MV5BMTg0NTIzMjQ1NV5BMl5BanBnXkFtZTcwNDc3MzM5OQ@@._V1_SX640_SY720_

Uwielbiam thrillery. Rzadko który jednak jest na poziomie godnym zapamiętania (opócz tych koreańskich oczywiście). Kanadyjczyk Denis Villeneuve prowadzi tutaj bardzo mocną obsadę, myląc tropy i wciągając nas w szary, nieprzyjemny i wrogi świat. świat, w którym każdy z nas gotów jest na wszystko. Wystarczy odpowiednia motywacja (lub desperacja). Mocny, nieprzyjemny, uwierający thriller. Do tego świetna intryga kryminalna.

3. Polowanie/Jagten

7534651.3

Mads Mikkelsen może zagrać wszystko – łotra w Bondzie, przystojniaka lub zwykłego człowieka. Tutaj wypada ta ostatnia opcja. Film Tomsa Vinterberga przeraża, przeraża zwykłością sytuacji przedstawionych, przeraża ich potencjalną prawdziwością, przerażą tematyką. Strasznie męczące przezycie, wiele mówiące o psychologii każdej, a w szczególności małych społeczności.

2. Ona/Her

her

„A Spike Jonze Love Story” głosi hasło z plakatu. Dla wtajemniczonych jasne będzie, że spod ręki reżysera „Adaptacji” czy „Być jak John Malkovich” nie mogła wyjść zwykła historia miłosna. Jonze wgryza się w konstrukcję współczesnego człowieka, prognozuje dalsze zatracanie się w technologii i zastępowanie świata realnego wirtualnym,  przede wszystkim stawia jednak pewne fundamentalne pytania o związki oraz emocje z nimi związane. Film na pewno nie dla każdego widza, ale jak już chwyci… to zdecydowanie nie puści.

1. Wilk z Wall Street / Wolf of Wall Street

the-wolf-of-wall-street-poster-theatrical

Jak już pisałem w swej recenzji, nie mam wątpliwości, że to dla mnie film 2013 roku. Kolejny raz Scorsese został reżyserem wywołującym kontrowersje. Tym, który ma odwagę powiedzieć widzom: przejrzyjcie się w lustrze swoich pragnień i marzeń. Gloryfikacja obrzydliwie bogatych dekadentów? Nie sądzę. Reżyser raczej bierze ich pełne przygód i ekstrawagancji życie i mówi: sprawdzam. Ale ewidentnie „uderz w stół, a nożyce się odezwą”. Wezwani do tablicy przedstawiciele klasy średniej i wyższej bronią się poprzez atak. Tym bardziej tylko potwierdzają swym działaniem to, co w swym pełnym dwuznaczności filmie chciał powiedzieć reżyser.

To był najbardziej fascynujący, najbardziej ostry i najśmieszniejszy film, jaki widziałem w 2013 roku.

Podobnych życzę wam i sobie w 2014…

ps. właśnie kończę oglądać Złote Globy, ale ich przebieg w ogóle nie miał wpływu na strukturę tej listy 🙂

W kinach: Wilk z Wall Street (recenzja)

27 Gru

wolf-of-wall-street-poster2-610x903

Reż. Martin Scorsese

Wyst. Leonardo DiCaprio, Jonah Hill, Matthew McConaughey, Margot Robbie

Data premiery (Polska): 3.01.2014r. 

Przesada. Nadmiar. Dekadencja. Przesyt. Bachanalia. Te słowa zapewne padną w niejednej recenzji najnowszego filmu 71-letniego mistrza kina, Martina Scorsese. Przedstawia on film, który jest jednocześnie „Wall Street” i „Chłopcami z ferajny” naszych czasów. Satyrę absolutną, mocniejszą niż tamte dwa filmy bo opartą na prawdziwej historii. Do tego namalowaną szerokimi pociągnięciami pędzla, okrutnie i boleśnie zabawną, a jednocześnie przerażająco wiele mówiącą o  naszych czasach.

W osiągnięciu efektu pomaga reżyserowi znakomicie grająca obsada. DiCaprio potrafi tak umiejętnie zbalansować swojego bohatera, że nawet kiedy popełnia czyny absolutnie złe, przynajmniej jakaś część nas każe wciąż mu kibicować. W końcu każdy z nas chciałby być tak obrzydliwie bogaty jak Jordan Belfort – autentyczna postać, na której historii oparto „Wilka…”. Co więcej, DiCaprio jest tu absolutnie przezabawny, jego vis comica nigdy nie była tak widoczna jak tutaj. Kilkakrotnie na filmie popłakałem się ze śmiechu, jednocześnie kręcąc głową z niedowierzaniem. Historie przedstawiane na ekranie są bowiem czasami tak absurdalnie niedorzeczne, że mogło wymyślić je tylko życie.

DiCaprio nie byłby jednak tak mocny gdyby nie druga połowa duetu – Jonah Hill. Jego Donnie Azoff – jeden z najbliższych współpracowników Belforta, to postać psychopatyczna, a jednak przy tym obłędnie zabawna. Reszta obsady nie ustępuje tutaj na krok tej dwójce, błyszczy w swej pierwszej wielkiej roli Margot Robbie jako druga żona Belforta, z dawna niewidziany reżyser i aktor Rob Reiner kradnie swoje krótkie minuty na ekranie jako ojciec głównego bohatera podobnie zresztą jak Matthew McConaughey którego Mark Hanna mimo króciutkiej obecności w pewien sposób ustawia pierwszą połowę filmu.

Bardzo wiele tu zaskoczeń i, mimo prawie trzech godzin, film ogląda się praktycznie bezwysiłkowo. Ogromna w tym zasługa zarówno Scorsese, rewelacyjnego scenariusza Terence’a Wintera (który ze Scorsese pracował też na planie „Zakazanego Imperium”), ale przede wszystkim życiowej formy Telmy Schoonmaker – montażystki Scorsese, która ma spore szanse na kolejnego Oscara na półce (byłby to już czwarty). Całość ilustruje ponad 60 wybranych przez Scorsese piosenek, głównie uwielbianej przez niego klasyki rocka, czasem w nieoczywistych coverach.

Na koniec warto dotknąć kontrowersji wokół filmu. Na niedawnym pokazie dla członków Akademii, niektórzy opuścili sale przed spotkaniem z reżyserem, a inni wręcz głośno wyrazili oburzenie filmem. Faktycznie, brawura i nerw jakie zaprezentował w tym filmie Scorsese są tak duże, że możnaby nimi obdzielić chyba z 5-ciu innych reżyserów. Jeśli kogoś oburzają „kurwy” lecące  ekranu czy spora ilośc golizny, to jest ich w tym filmie więcej niż w całej reszcie hollywoodzkich filmów z ostatnich 10 lat. Bardziej chyba jednak oburza ludzi coś innego. Pojawiły się bowiem zarzuty, że Scorsese gloryfikuje swoich bohaterów, a z tym się już zgodzić nie mogę. Owszem, reżyser pokazuje co dokładnie jest fantastycznego w posiadaniu tak dużej ilości dolarów, że nie wiesz na co je wydać. Pokazuje też jednak jednocześnie upadek bohaterów – i psychofizyczny, i moralny. A ostatnią sceną idealnie pointuje do tego swoje spostrzeżenia. Jeśli ktoś nie widzi w tym filmie gorzkiej ironii i ostrza satyry reżysera, to chyba nie ogląda wystarczająco uważnie.

I zapewne Akademia znowu pominie Scorsese i przyzna Oscara komuś innemu. Ale nie ma we mnie cienia wątpliwości, że jeśli o jakiś filmach 2013 roku będzie się mówić za 5, 10 lat, to będą to „Grawitacja” i „Wilk z Wall Street” właśnie. Dla mnie najlepszy film roku.

Alternatywnie i filmowo na święta: Kiss Kiss Bang Bang

25 Gru

MV5BMTY5NDExMDA3M15BMl5BanBnXkFtZTYwNTc2MzA3._V1_SX214_

Reż. Shane Black

Wyst. Robert Downey Jr., Val Kilmer, Michelle Monaghan

Data premiery (Polska): 13.01.2006

Shane Black ma jakąś obsesję na punkcie świąt. Jak patrzę na jego filmografię (scenariusz „Zabójczej Broni” czy „Długiego pocałunku na dobranoc”, scenariusz i reżyseria „Iron Mana 3”), to święta przewijają się tam często. Może i dobrze, bo klimat tego okresu Black uchwyca idealnie, a jednocześnie traktuje jedynie jako ładne tło dla szalonych perypetii swych bohaterów.

Tutaj opowieść dotyczy pewnego włamywacza, który  wspólnie z pewnym prywatnym deketywem wplątuje się w intrygę kryminalną. Będzie trup, piękna kobieta, płatni zabójcy i inne niezbędne elementy. Niemniej to chyba najlepszy scenariusz Blacka, pełen kontrolowanego szaleństwa, zbiegów okoliczności i zwrotów akcji. Całość prawie nigdy nie traci lekkiego, komediowego tonu, przez co film ogląda się fantastycznie. Downey Jr. gra wczesną wersję Tony’ego Starka, Kilmer bawi się wizerunkiem twardziela, a Monaghan poza „panienką w opresji” ma też swoje zdanie i coś do roboty. Wszyscy świetnie się czują w konwencji parodii kina noir, którą ten film uchwycił idealnie. Nie macie co obejrzeć w święta? Ten film polecam z naprawdę czystym sumieniem 🙂

Ps. im mniej wiecie o fabule, tym lepiej będziecie się bawić, dlatego nie wrucam tutaj trailera. Wesołych Świąt!

Podsumowanie 2013: Najgorsze Filmy

19 Gru

4987445-wielkie-wesele-643-482

Jako, że od dawna nic na blogu nie pisałem, najlepiej chyba od razu przejść do wpisów zbiorowych. Cóż bowiem więcej mówi o guście niż podsumowania roczne? Tutaj wychodzi próżność, guilty pleasures, ale też rozsądek i dobry (lub zły) smak. Do tej listy podchodzę o tyle niekonwencjonalnie, że mierzę tutaj wagę tytułów oczekiwaniami, jakie w nich pokładałem. Nikt bowiem chyba nie spodziewał się, że kolejne sequele „Strasznego Filmu”, „Kac Vegas” czy „Dużych dzieci” albo film z Lindsay Lohan sfinansowany za pomocą kickstartera  będą dobre, prawda? No właśnie… Dlatego też moja lista to nie tyle lista najgorszych filmów, co największych filmowych rozczarowań roku. Przyznaję też, że do niektórych „dzieł” kinematografii, które są wysoko w rankingach („The Host”, „Złodziej Tożsamości”, „Last Minute”, „Podejrzani Zakochani”) nawet nie podchodziłem.

Oto więc moja osobista „parszywa ósemka”:

8.Nieulotne

Należę do zagorzałych przeciwników najnowszego filmu Jacka Borcucha. Nieudana próba nawiązania do modnych trendów amerykańskiego kina niezależnego lub też film o różnych środkach transportu, jak żartowaliśmy z przyjaciółką. Artystyczność pomyliła się reżyserowi  z pretensjonalnością.

7. The Internship – Stażyści

I pomyśleć, że był czas gdy „Wedding Crashers” bawiło mnie prawie do łez. Z tamtej chemii między Vincem Vaughnem i Owenem Wilsonem zostało jeszcze trochę, ale niewystarczająco by uratować fatalny scenariusz będący w istocie gigantyczną reklamą Google’a.

6. After Earth – 1000 lat po ziemi

Will Smith pilotuje swoje dziecko, które po katastrofie statku musi przetrwać w dżungli i zdobyć artefakt, który pozwoli im obu wrócić do domu. Ups, zapomniałem napisać „spoiler alert”, bo właśnie opowiedziałem Wam cały film. Calutki. Na serio nic więcej w nim nie ma. W dodatku młody Jaden Smith niestety nie ma ani uroku ani talentu ojca. Wizualia też bez rewelacji jak na taką superprodukcję. Czy ja doczekam dnia gdy ktoś przestanie wreszcie dawać panu Shyamalanowi pieniądze na kolejne bezwartościowe projekty?

5. Only God Forgives – Tylko Bóg Wybacza

Prawie jak koreański film o zemście i matkach jaki mógłby zrobić któryś z mistrzów koreańskiego kina, tylko że ten jest bardzo zły. Film-wydmuszka – piękny z zewnątrz, ale niewypełniony żadną treścią. W pięknych kolorach Bangkoku snuje się Ryan Gosling z miną zbitego psa, szukając zemsty na zabójcach brata, który to brat wcześniej sam zabił i zgwałcił małą dziewczynkę. Aż się prosi by sparafrazować w recenzji tytuł tego filmu, ale to byłby tani suchar. Pan Refn chyba za bardzo uwierzył, że wyjdzie mu kolejny „Drive”. Nie udało się. Film ratuje dla mnie jedynie strona wizualna.

4. Paranoja

O ile Chris Hemsworth jest aktorem cokolwiek zdolnym, o tyle jego młodszy brat Liam poza ładnym wyglądem za wiele do zaoferowania nie ma. Po raz kolejny zastanawiam się, co sprawia, że Harrison Ford, Richard Dreyfuss czy Gary Oldman przyjmują takie role. Nie czytają scenariusza czy jak? Nawet na papierze ten thriller rodem z podręcznika dla scenarzystów musiał być nudny jak flaki z olejem, a w rękach Roberta Luketica stał się jeszcze gorszy.  Jedyne przebłyski światła to właśnie wspólne sceny Oldmana i Forda.

3. The Lone Ranger  – Jeździec Znikąd

Mniej więcej po 20 minutach zacząłem w ten film wątpić. Po tym jak Helena Bonham-Carter zaczęła strzelać do ludzi karabinem w drewnianej nodze straciłem wszelką nadzieję. Żeby to jeszcze chociaż było zabawne, pastiszowe niczym „Piraci z Karaibów”… Niestety jednak nie było. Reżyser nie mógł się zdecydować czy ma być pastiszowo czy poważnie. Wyszło danie cokolwiek przeterminowane, którego strawić się zwyczajnie nie dało.

2. The Big Wedding – Wielkie Wesele

Jedna z najmniej śmiesznych komedii jakie widziałem w ostatnich latach. To, co reżyser każe tu robić takim tuzom jak Diane Keaton, Robert DeNiro czy Susan Sarandon woła o pomstę do nieba. Jedyne co czułem podczas seansu to autentyczny żal, że muszę oglądać takie żenujące widowisko.

1. Counselor – Adwokat

Żaden film tak nie wywindował oczekiwań w tym roku, by potem tak boleśnie je zmiażdżyć. Z całego filmu świat zapamięta jedynie scenę seksu Cameron Diaz z autem. Coś poszło bardzo nie tak, panie Scott – a należę do tych, któzy bronili Prometeusza!

Tyle najgorszych, choć znalazłbym na pewno miejse i na „Kac Vegas 3”, i na „The Bling Ring” Coppoli i jeszcze parę tytułów.

Te bardziej pozytywne podsumowania już wkrótce.

W kinach: Adwokat (recenzja)

24 List

220px-The_Counselor_Poster

The Counselor/Adwokat

reż. Ridley Scott

wyst. Michael Fassbender, Cameron Diaz, Javier Bardem, Brad Pitt, Penelope Cruz

data premiery (Polska): 16.11.2013r. 

Niewiarygodne. Naprawdę ciężko mi w to uwierzyć. Po obejrzeniu zwiastunów wydawałoby się, że czeka nas nie lada gratka. Książki McCarthy’ego do tej pory przekładały się na ekran co najmniej dobrze („Droga”) albo i bardzo dobrze („To nie jest kraj dla starych ludzi”), więc jego pierwszy oryginalny scenariusz powinien być dobry, prawda? Zwłaszcza, gdy za sterami staje Ridley Scott, którego nawet słabe filmy są najczęściej lepsze od tego co zwykle ogląda się w kinie. Na ekranie – plejada gwiazd. Dlaczego więc do cholery to co obejrzałem, to jakiś nieskładny bałagan?

Film opowiada prościutką historię, ale w sposób tak skomplikowany, tak ewidentnie nastawiony na skołowanie widza, jak tylko się da. Adwokat, który wplątuje się w złe interesy i w końcu wszystko zaczyna się gmawtać. Brzmi, jak historia z kina klasy „B” i taka właśnie jest. To, co ma sprawić, że uwierzymy iż to nie jest zwykłe kino klasy „B” to wysublimowane, literackie dialogi. Do tego dochodzą ciągłe – czasem łopatologiczne wręcz – odniesienia do polowania, świata zwierząt oraz rwanie scen nim zdążą wybrzmieć i brak typowej struktury fabularnej. Szkoda tylko, że wszystkie te czynniki miast działać na korzyść odbioru filmu, sprawiają że ogląda się go z narastającą irytacją i znużeniem.

Nie ma więc typowej struktury scenariusza: zawiązanie akcji – rozwój – kulminacja. Tutaj zawiązanie akcji, w podręcznikach dla scenarzystów  sugerowane jako ok. 15-20 minut, trwa godzinę. Kuriozalne w swej miałkości zdarzenie, które następnie „rozpędza” akcję,powoduje co najwyżej uniesienie brwi. Pomijam tu również fakt, że nikt nam niczego nie tłumaczy ani z niczego się nie tłumaczy. Jakakolwiek logika nie jest czymś, co charakteryzuje postaci, zwłaszcza tytułowego Adwokata. Jego piękna narzeczona (dekoracyjna rola Penelope Cruz), nieokreślone problemy, przerysowani znajomi z biznesu – meksykański nowobogacki (Bardem) i tekasński cwaniaczek (Pitt), ciągle przejęta cierpiętnicza mina – wszystko to oprócz przerysowania trąci też na milę fałszem.

Żeby nie było, że tylko narzekam – podobał mi się przepych tego świata, świetne zdjęcia zrobił Dariusz Wolski, a muzyka przyjemnie współgra z tym co dzieje się na ekranie. Ale to by było na tyle, jeśli chodzi o mnie.

W zasadzie to jest film zrobiony dla wykazania jednej tezy McCarthy’ego (świat to zła dżungla, w której przetrwają najcwańsi), kilku powracających motywów, wypowiedzenia totalnie niedorzecznych dialogów oraz dla słynnej już sceny (spoiler!)… Cameron Diaz uprawiającej seks z samochodem. To był jeden z tych filmów, który był dla mnie tak niewiarygodnie zły (mierząc potencjałem), że chciałbym wyrzucić z pamięci jego istnienie. Wam radzę to samo.

W kinach: Wenus w futrze (recenzja)

16 List

7574946.3

Wenus w Futrze/La venus a la fourrure

reż. Roman Polański

wyst. Emmanuelle Seigner, Mathieu Amalric

data premiery (Polska): 8 listopada 2013r. 

„Bóg go ukarał i oddał w ręce kobiety” – wokół takiej myśli kręci się najnowszy film mistrza światowego kina. Roman Polański ponownie zabiera nas na spotkanie z teatrem współczesnym. Współczesnym jednak nie do końca, bo spora część dialogów nawiązuje do XIX-wiecznej sztuki Bernarda Masocha.

Polański już po raz drugi zaprasza na film dziejący się wyłącznie w jednej lokacji i oparty na dwójce aktorów. W tym przypadku Emanuelle Seigner – żonie reżysera i Mathieu Amalricu – tutaj wystylizowanym na młodszą wersję Polańskiego. W przeciwieństwie jednak do „Rzezi”, która mimo ograniczeń jednej lokacji wydawała mi się dziełem prawdziwie filmowym, tym razem reżyser – w mojej opinii – wpada w pułapkę zbytniej teatralności.

Pewien rodzaj grania, prowadzenia postaci a także intymności, tak wciągający i potrzebny w teatrze, nie sprawdza się tu na ekranie. Styl gry jest nadmiernie ekspresyjny, w przypadku Seigner nawet nieco przerysowany, przez co ciężko mi w jakikolwiek sposób odnieść się do tej postaci, nie wspominając o obdarzeniu ich sympatią.

Co więcej, o ile w „Rzezi” satyra na współczesną klasę średnią i jej zakłamanie wydała mi się trafiona absolutnie w punkt, o tyle tutaj obserwacje o współczesnej i  dawnej roli kobiet i mężczyzn wydają mi się nadmiernie płytkie, ledwie w scenariuszu liźnięte, a w ostatecznym rozrachunku wręcz głupie.

Chcąc być fair nie zaprzeczę, że zmieniający się układ sił, walka o dominację, próby kontroli adwersarza mogą wciągnąć widzów i faktycznie, część widzów na seansie, na którym byłem zdawała się świetnie bawić. Mnie zastanawiało jednak, po co odgrzewać znów ten sam kotlet, zwłaszcza że poniekąd podobny pomysł, ale rozwinięty na czwórkę aktorów mieliśmy w poprzednim filmie reżysera.

Wiem, że – zwłaszcza w Polsce – nie wypada krytykować Polańskiego. Nic jednak nie poradzę na to, że mnie film ten oglądało się po prostu źle.  Mogę go potraktować co najwyżej jak dykteryjkę reżysera, który zrobił film wyłącznie dla siebie lub w prezencie dla adorowanej przez siebie żony. Oczywiście artyście tej rangi wolno wiele, ale… No właśnie, „ale”… Moje uczucia po seansie sprowadzają się do jednej myśli: I Bóg ukarał widza i oddał w ręce Polańskiego.  Szkoda.