Archiwum | Oscar Race RSS feed for this section

Oscar Race: Nędznicy – Les Miserables (recenzja)

21 Sty

 

Najpierw słów parę o wyścigu Oscarowym. Globy, które komentowałem tydzień temu,  znowu zmieniły nieco perspektywę. Wygrał pominięty Ben Affleck i jego „Argo”, a niespodziewane poparcie dostał Quentin Tarantino. Czyli po raz nie widomo który w tym roku, wśród liderów wyścigu zakotłowało się.

W tygodniu, który nastąpił po Globach, do kontrataku w obronie swego wywołującego spore kontrowersje filmu przystąpiła na łamach LA Times Kathryn Bigelow. Nominacji do Oscara już i tak nie dostanie, ale film wciąż ma szansę na statuetki za Najlepszy Film, Scenariusz i dla Najlepszej Aktorki.

Popularny show SNL poprowadziła Jennifer Lawrence, której ktoś w monologu otwierającym napisał niezbyt dobry i niezbyt zabawny skecz, w  którym niby to atakuje swoje rywalki. Atakuje na niby, ale to wystąpienie wywołało negatywne komentarze analityków i blogerów, co może całkiem realnie obniżyć jej szanse w walce o pierwszego Oscara. Tak czy owak, wyścig trwa…

Do ceremonii został nieco ponad miesiąc, a ja wciąż nie napisałem ani o „Wrogu nr 1”, ani o „Nędznikach”. Dziś naprawiam jeden z tych błędów.

 

Nędznicy/Les Miserables

reż. Tom Hooper

wyst. Hugh Jackman, Russell Crowe, Anne Hathaway, Eddie Redmayne, Amanda Seyfried, Samantha Barks

data premiery (Polska): 25.01.2012r. 

Ponieważ w internecie, jak zwykle, kwitnie ignorancja i łatwo szerzy się niewiedza, zacznijmy od ustalenia kilku faktów. „Les Mis” nie jest adaptacją bezpośrednią powieści Victora Hugo, a adaptacją w całości śpiewanego (bez żadnych dialogów mówionych) musicalu, którego autorami są Claude-Michel Schonberg i Alain Boublil. Musical miał premierę ponad 25 lat temu i nieprzerwanie można go zobaczyć na West Endzie i Broadwayu, gdzie cieszy się niemalejącą popularnością. Od kilku lat można zobaczyć też wersję polską w Teatrze Roma (wcześniej swojej adaptacji dokonał też chyba Teatr Muzyczny w Gdyni). Oryginalna wersja broadwayowska zdobyłą 8 nagród Tony, a brytyjska została choćby nawet w 2012 uhonorowana nagrodą publiczności podczas przyznania Nagród im Laurence’a Oliviera nagrodą za „ulubiony spektakl”.  Umówmy się więc, że sam musical jest bardzo dobry. A teraz przyjrzyjmy się jego adaptacji.

Podczas trwającej ponad 2,5 godziny epopei Tom Hooper opowie nam historię Jean Valjeana (Hugh Jackman) – skazańca który łamie reguły swojego zwolnienia warunkowego, próbując stworzyć sobie szanse na nowe życie. W pościg zanim rusza prawdziwie bezlitosny pies gończy w osobie Javerta (Russell Crowe). Po drodze Valjean napotka poszkodowaną przez życie Fantine (Anne Hathaway), a w końcu zaopiekuje się jej córką Cosette. Wiele lat później zaś dorastająca Cosette (Amanda Seyfried), zakocha się w jednym ze studentów-powstańców Mariuszu (Eddie Redmayne) dosłownie w przeddzień studenckiego, antykrólewskiego powstania wielbicieli republiki.

Hooper nie robi nam lekcji historii. Podobnie jak w oryginalnym musicalu skupia się na emocjach bohaterów i ich personalnych przeżyciach. Wrażenie to potęguje jego sposób filmowania indywidualnych numerów muzycznych, polegający prawie zawsze na intymnym zbliżeniu kamery i skupieniu jej na twarzy śpiewającego aktora. Dzięki temu to właśnie od aktorów zależy fakt, czy kupimy te emocje i cała historię, czy nie. A aktorzy grają i śpiewają wybornie. Jedynym wyjątkiem jest niestety Russell Crowe, który bynajmniej nie śpiewa źle, ale ma na pewno najmniejszą wokalnie skalę i w rezultacie cały czas brzmi podobnie, w dodatku brzmi jakby się faktycznie męczył, a to psuje nieco wrażenie. Jeśli dodamy do tego fakt, że to pierwszy od czasu „Blues Brothers” musical, w którym aktorzy każdą piosenkę śpiewali na żywo na planie, mając jedynie w uchu słuchawkę z podkładem, to rodzi to do tej produkcji ogromny szacunek.

Hooper ma w dodatku bardzo dobry pomysł, zderza bowiem intymne numery muzyczne z rozmachem scenografii i efektów specjalnych, już od otwarcia filmu łapiąc widza za gardło. Skala zdarzeń jest tu bardzo dobrze widziana, prawie namacalna, i filmowi trudno w kwestii formy wiele zarzucić, choć spotkałem się z opiniami, że film zbyt szybko wyprztykuje się  tricków i w kółko chwyta się tej samej formy pokazywania piosenek, co faktycznie bywa nużące. Mnie osobiście aż tak to nie męczyło, choć faktem jest, że jeśli ktoś „nie kupi” tej formy i aktorów, równie mocno znienawidzi tego widowiska, jak inni mogli je pokochać.

Na początku dodatkowo trudno jest się faktycznie przyzwyczaić do faktu że każdy bez wyjątku dialog jest śpiewany, ale kiedy to wrażenie mija (po ok. 20 minutach), film ogląda się z ogromną przyjemnością. Ma on bowiem wszystkie cechy klasycznego hollywoodzkiego widowiska.

Wspomniałem wyżej o aktorach. Anne Hathaway przelewa całą duszę na Fantine i kiedy śpiewa „I dreamed a dream” to jest to tak realne i przejmujące, jak nigdy dotąd.  Hugh Jackman jest bardzo dobrym głównym bohaterem i szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie nikogo innego w tej roli. O zdolnościach wokalnych Crowe’a już pisałem, ale coś jeszcze nie pasuje w tej roli. W jego oczach nie ma tej nieugiętości, tej surowości, jaką powinien mieć w sobie aktor odtwarzający Javerta. Miłym zaskoczeniem jest natomiast Eddie Redmayne w roli Mariusa, który zaskakuje ciekawym wokalem. Samantha Barks jest tak dobra, że aż dziw bierze, że to jej pierwsza filmowa rola (wcześniej grała Eponine na deskach londyńskiego teatru). Natomiast nie do końca trafieni są dla mnie Sacha Baron Cohen i Helena Bonham-Carter, którzy kładą niestety popisowy numer swych postaci („Master o the house”).

Na koniec zostawiłem sobie to, co najważniejsze, czyli piosenki. Na braku dobrych piosenek wyłożył się choćby Rob Marshall w „Nine”. Tutaj tego problemu nie ma, bo Hooper wręcz kurczowo trzyma się oryginału, dopisując jedynie jeden krótki numer (napisany zresztą przez oryginalnych autorów) – „Suddenly”, który nic nie wnosi, ale też nic nie zabiera całości.

„Les Mis” to adaptacja bardzo wierna i nie wyobrażam sobie w tej chwili, jak można było lepiej zrobić filmową wersję tego ukochanego na świecie musicalu. Zdaję sobie sprawę, e to nie film dla wszystkich, niemniej jednak dla mnie osobiście to faworyt w niejednej Oscarowej kategorii w tym roku.

Mini-analiza:

Nie piszę o Oscarowych nominacjach, bo wiemy już, że film zdobył ich 8. Największe szansę na statuetkę mają oryginalna piosenka napisana przez Schonberga i Boublila (choć konkuruje ze „Skyfall” Adele) oraz Anne Hathaway za rolę drugoplanową. Hugh Jackman raczej przegra z Danielem Day-Lewisem, a czy film ma szanse na Oscara za Najlepszy Film? Jakieś tam ma, ale jeśli by wygrał byłby to ledwie drugi przypadek w historii gdzie wygrywa film bez nominacji dla reżysera (Akademia nie nominowała Hoopera), a biorąc pod uwagę, że film ten znalazł sporo przeciwników w Hollywood a Hooper zdobył dwa Osscary – za film i reżyserię – ledwie dwa lata temu, to szanse „Nędzników” maleją do minimalnych. W pozostałych kategoriach technicznych zaś film musi zmierzyć się przede wszystkim z dopracowanym technicznie „Życiem Pi”, co nie będzie walką łatwą.

Reklamy

Oscar Race: Złote Globy

14 Sty

Wchodzę na Onet, a tam „Najważniejsze Nagrody przed Oscarami przyznane” i zastanawiam się, czy to dziennikarskie lenistwo czy celowe wprowadzanie ogółu czytelników w błąd. Podejrzewam niestety to pierwsze, co nie najlepiej świadczy o dziennikarzach. Dla porównania oto, co o Globach piszą poważni i liczący się w Hollywood dziennikarze i krytycy.  Czasy się zmieniły. Teraz na Oscary większy wpływ mają blogerzy z Awardsdaily czy eksperci z Gold Derby niż grupka podstarzałych dziennikarzy. To co zostaje to jednak bardzo fajna, często nieco bałaganiarska gala, będąca jak się mówi „najlepszą imprezą w Hollywood”. Dlatego, że atmosfera jest luźniejsza.  Globy to wciąż element tradycji, który istnieje dłużej niż lepiej prognozujące Oscary nagrody poszczególnych gildii zawodowych.

Pełną listę zwycięzców znajdziecie pod tym adresem lub w każdym serwisie informacyjnym świata.

Dość jednak o tym, czas na uwagi do samej gali i jej przebiegu oraz oczywiście nagród:

1. Tina Fey i Amy Poehler – kocham je obie i mają ogromny wdzięk, szkoda że nie miały więcej dobrych żartów takich jak ten z Cameronem i Bigelow czy ten o Hathaway i Jamesie Franco.

2. Bill Clinton zapowiadający „Lincolna” – wielka chwila, widać było że nawet Spielberg był poruszony podobnie jak gdy agent CIA Tony Stevens zapowiadał klip z „Argo”

3. Dwa ważne zwycięstwa „Argo” znowu mogą trochę namieszać na Oscarach. Affleck z racji braku nominacji Oscara nie zgarnie, ale spora ilość nagród krytyków i te dwa ważne Złote Globy dla „Argo” to może być to, co przeważy o tej naprawdę ważnej statuetce pod koniec lutego.

4. Również „Les Mis” dostało sporego kopa, zgarniając 3 nagrody. Muszę tu wspomnieć przede wszystkim nagrodę dla Anne Hathaway, z racji tego, że zachowała się z rzadką w tym świecie gracją i część mowy dziękczynnej poświęciła Sally Field (głównej konkurentce), dziękując jej za wsparcie, inspiracje i wspominając jej wielkie role. Widać Anne uważnie słuchała Field tutaj.

5. HFPA pokazało też miłość do Tarantino, dając „Django” aż dwie statuetki. Tarantino dostał ją za oryginalny scenariusz, a Christoph Waltz za rolę drugoplanową. Szczerze mówiąc to mam nadzieję, że na Oscarach w obu kategoriach Akademia zdecyduje się jednak nagrodzić kogoś innego.

6. Bez zaskoczeń nagrody zgarnęli też Michael Haneke, Daniel Day-Lewis, Jessica Chastain (pięknie dziękująca Kathryn Bigelow) i Jennifer Lawrence (której zły humor czy choroba odbiły się na nieco nieskładnej mowie) oraz Adele, która rozbawiła mnie swoją szczerą i bezpretensjonalną reakcją.

7. Nagrody telewizyjne tradycyjnie poszły w ręce „nowych” – triumfowała więc Lena Dunham i jej „Dziewczyny” oraz ultrapopularny w USA (i mocno przereklamowany) „Homeland”.

To była dziwna gala. Miejscami zdawała się napisana na kolanie i bałaganiarsko zrobiona. Innym razem wyglądało, jakby całe to bałaganiarstwo było celowe i miało tylko pokazać większy luz całości. W każdym razie oglądało się to bardzo dziwnie.

Na koniec zostawiłem sobie przemówienie wieczoru. Jodie Foster, najmłodsza w historii laureatka nagrody im. Cecila B. DeMille’a, po prostu rozniosła salę. To było przemówienie emocjonalne, mocne, szczere i wzruszające (zaraz zabraknie mi przymiotników). Zobaczcie sami.

Oscar Race: Nominacje

10 Sty

Komentarz tak na gorąco:

– nominacji za reżyserię nie mają ani Kathryn Bigelow – do tej pory obsypoywana nagrodami – ani Ben Affleck („Argo”), ani Tom Hooper („Les Miserables”)

– nominowano najstarszą (Emannuelle Riva) i najmłodszą (Quvenzhane Wallis) aktorkę. Pierwszy wybór podziwiam, z drugim się nie zgadzam (6-letnia w czasie kręcenia Wallis nie do końca mnie przekonuje jako aktorka, instynkt i talent ma, ale czy to już aktorstwo?).

– „Skyfall” zdobył 3 nominacje – za zdjęcia, muzykę i piosenkę – „that’s fair”

– tylko dwie nominacje zdobył „Hobbit” – pominięto go m.in za piosenkę i muzykę (szkoda!)

– „Silver Linings Playbook” zebrało wszystkie chyba możliwe nominacje, wtym dla czwórki aktorów, reżysera, filmu i za scenariusz. Jego szanse rosną (niestety)

– prowadzi liczbą nominacji „Lincoln – 12 nominacji, a tuż za nim „Życie Pi”  z 11 nominacjami – to więcej niż przewidywałem rano.

– zgodnie z przewidywaniami dobrze w konkurencjach technicznych poradziła sobie „Anna Karenina”

Pełna lista nominacji tutaj.

 

Oscar Race: Życie Pi

10 Sty

Dziś dzień nominacji. O 14.30 tradycyjnie zacznę śledzić w kółko wszystkie stacje informacyjne na kablówce, szukając tych, które prowadzą transmisje na żywo. Na szczęście z roku na rok jest ich coraz więcej. CO się wydarzyło w ostatnich dniach? Swoje nominacje przyznało BAFTA – rządzi „Lincoln” z 10 nominacjami (ale bez nominacji dla Spielberga za reżyserię!), po 9 mają opisane poniżej „Życie Pi” i „Les Miserables”, a 8 zdobył „Skyfall”.  Z tych 4 filmów z deszczem nominacji tylko jeden zdobył nominację za reżyserię – „Życie Pi”. To może być wyznacznik na Oscary, ale nie musi, bo już DGA – gildia reżyserów – nominowała poza Angiem Lee  i Hoopera za „Les Mis” i Spielberga. Wyróżnienia dla „Skyfall” nie były zaskoczeniem, bo Bafta to w końcu brytyjskie nagrody, a Bond jest tam dziedzictwem narodowym. Na Oscarach spodziewam się nieco mniejszej liczby nominacji, choć… może być różnie.  Nominacje przyznało też ASC – stowarzyszenie operatorów. Możecie zobaczyć je tutaj.  Komentarz do nominacji – zaraz po 15-ej.

 

Życie Pi/Life of Pi

reż. Ang Lee

wyst. Suraj Sharma, Irrfan Khan, Tabu, Rafe Spall, Gerard Depardieu

data premiery (Polska): 11.01.2013r.

Na początku zaznaczę, że film widziałem w wersji 2D, nie mogę więc ocenić tego ponoć wyjątkowego 3D zastosowanego w filmie. Co bynajmniej nie znaczy, że film był przez to mniej spektakularny.

Historia jest dość prosta: do Pi Patela (Khan) trafia młody dziennikarz (Spall), który słyszał o niezwykłych losach Pi. Pan Patel zaczyna opowiadać dziennikarzowi historię swojego życia, a dokładnie tę jedną straszną opowieść, kiedy spędził na morzu niecały rok na jednej łodzi z tygrysem…

Nie należę do osób szczególnie uduchowionych, dlatego „Życie Pi” być może zrobiło dla mnie nieco inną robotę niż dla innych. Pomimo eklektyzmu wyznań, którego mapę za Yannem Martelem rysuje w filmie Ang Lee, odbieram ten film jako pochwałę opowiadania werbalnie historii (co po angielsku brzmi lepiej –  „storytelling”).  To może się wydać czymś zwykłym, ale myślę, że kiedy zobaczycie już film, to docenicie co miałem na myśli.  Nie da się tego przekazać nie uderzając bezpośrednio do końcówki filmu.  A że jak już nieraz wspominałem nie jestem red. Sobolewskim żeby zdradzać wam zakończenie filmu.

Rzadko się zdarza by na koniec roku i w rankingach i w różnych nominacjach pojawiał się tak często film bez żadnego tzw. „star power”. Lee obsadził w roli głównej debiutanta, któego zmagania oglądamy przez 3/4 filmy. Otoczył go znanymi głównie z kina Bollywood twarzami (Tabu, irrfan Khan), za wyjątkiem Gerarda Depardieu, który gra w filmie epizod. Nic więc dziwnego, że „Życie Pi” ciągnie się w ogonie wszystkich nominacji, gdyż film bez nominacji aktorskich automatycznie traci szansę na sporą część pozostałych nagród, bo mniej ludzi go zobaczy.  Warto jednak powiedzieć, że 19-letni Sharma dźwiga ten film i myślę, że widzowie będą w stanie się z nim identyfikować.

Na pochwałę zasługują tu przede wszystkim strona wizualna i muzyka. Trio: Mychael Danna (autor muzyki) – Claudio Miranda (zdjęcia) – Ang Lee doskonale poradziło sobie z książką, którą wielu uznało za „nie do sfilmowania”. Mimo tego, że film trwa dwie godziny i po jakimś czasie morska część zaczyna nurzyć, pointa wynagradza to czekanie. Ba, ta pointa sprawia, że ma się ochotę pójść do kina jeszcze raz by na spokojnie się tym filmem delektować. Co zamierzam uczynić w ten weekend, gdy film trafi wreszcie na ekrany naszych kin. Wam polecam to samo.

Potencjalne nominacje: 9

Film, Reżyseria, Efekty Wizualne, Muzyka, Dźwięk, Zdjęcia, Montaż, Scenografia, Scenariusz Adaptowany

Mini-analiza:

Tak jak napisałem powyżej – film ma mniejsze szanse na nagrody Akademii, mimo deszczu nominacji do BAFTA wczoraj i zapewne kolejnego na dzisiejszych nominacjach do Oscarów.  Dlaczego tak jest” To proste, członkowie akademii to tylko ludzie i muszą żeby zagłosować na dany film zobaczyć wysyłane im tzw. „screenery”. Nie mają obowiązku ich oglądania. Ba, mogą nawet zagłosować na podstawie obiegowej opinii. A żeby włączyli film musi ich coś przyciągnąć, tutaj jest dobra szansa, że zrobi to nazwisko reżysera, ale brak gwiazd na pewno nie pomaga szansom tego filmu. Największe szansę zamienić potencjalną nominację na statuetki  mają Danna za muzykę i Miranda za zdjęcia, i to im należy kibicować w lutym.

Oscar Race: Niemożliwe (recenzja)

8 Sty

„Oscar Race” dzisiaj bez Oscarowego wstępniaka. Wieczorem nominacje ogłosi Gildia Reżyserów, a w czwartek nominacje do Oscarów. Postaram się więc jutro wrzucić recenzję „Życia Pi”, a w czwartek „Wroga Numer 1”. Dziś jedynie przewidywania Awardsdaily, jak rozwinie się reżyserski wyścig po nagrodę DGA, czyli pośrednio po Oscara.

Niemożliwe/The Impossible/Lo imposible

reż. Juan Antonio Bayona

wyst. Naomi Watts, Ewan McGregor, Tom Holland, Geraldine Chaplin

data premiery (Polska): 11.01.2013r.

Pod koniec grudnia 2004 roku tsunami uderzyło w wybrzeża południowo-wschodniej Azji. Film Bayony, zrobiony przez hiszpańską ekipę i oparty na prawdziwej historii pewnej hiszpańskiej rodziny, opowiada o próbie przetrwania i uratowania bliskich w obliczu tragedii i wśród panującego chaosu.

Wśród przeciwników filmu Bayony przewijają się w kółko trzy zarzuty. Po pierwsze, że skupia się na jednej rodzinie, a jego film pomija fakt, że katastrofa zabrała życie ponad 230 000 osób, że ignoruje tragedię Azjatów. To tak jakby powiedzieć, że „Titanic” Camerona obraża pasażerów statku, bo skupia się na miłości Jacka i Rose. Tam chyba nawet byłoby gorzej, bo miłość jest fikcyjna, a tu mamy historię prawdziwej rodziny. I moim zdaniem ta historia jest tak efektywna i trzymająca w napięciu właśnie dlatego, że stawia nas w sytuacji i w skórach tej jednej rodziny i pozwala przeżyć ich historię, w czym zasługa zarówno scenarzysty i reżysera jak i operatora. Poza tym ja wcale nie dostrzegłem, by reżyser ignorował tragedię Tajów, wręcz przeciwnie. Na każdym kroku podkreśla, jak mimo własnej tragedii pomagali turystom, czy to w scenach ratunku czy w szpitalu. Pomagali, tak jak umieli. Co do pozostałych, którzy mieli mniej szczęścia niż Maria i jej rodzina, im również reżyser składa hołd, w drobnych subtelnych scenach. Przynajmniej taka była moja interpretacja zamierzeń reżysera, co widać w końcowych scenach filmu. Jeśli ktoś wciąż ma wątpliwości, zalecam przeczytanie recenzji autorstwa kogoś, kto przeżył tę katastrofę w tej samej prowincji co bohaterowie filmu. Faktem jest również pewna ciekawostka – wielu ze statystów występujących w filmie to ofiary faktycznej katastrofy.

Drugi zarzut to tani, kiczowaty melodramatyzm. Nie zaprzeczam, film ma konwencję ckliwego melodramatu. Jak inaczej przedstawić historię rodziny, postawionej w obliczu straty? Czy zwykli ludzie w takich chwilach nie płaczą, nie mówią sobie, że się kochają etc.? Reżyser zdecydował się opisać historię jednej rodziny i to fakt, że manipuluje naszymi emocjami. Robi to w sposób dobrze zaplanowany, powiedziałbym nawet „mistrzowski”. Nie jest to dla mnie bynajmniej oznaka jego słabości, wręcz przeciwnie. Jak ktoś trafnie napisał, ten film mógłby zrobić Steven Spielberg, bo to taka jego konwencja. Tu zgadzam się całkowicie. Ciekawe czy wtedy byłyby zarzuty o łzawy melodramatyzm.

Ostatni zarzut to fakt, że reżyser i całą ekipa i pierwowzoru filmowych bohaterów są Hiszpanami. Natomiast w filmie Bayony są oni białą brytyjską rodziną. Cóż, można oczywiście krytykować przez to film. Ale powód jest, z tego co wiem, prozaiczny. Bayona nie dostałby pieniędzy na swój film, gdyby nie zatrudnienie międzynarodowych gwiazd (przynajmniej tak twierdzi Ewan McGregor w wywiadzie dla kanadyjskiego magazynu filmowego, który wpadł mi w ręce w listopadzie). Poza tym, nie oszukujmy się, na świecie wciąż łatwiej sprzedać film w anglojęzycznymi bohaterami.  Bardzo dobrze broni tej decyzji ten artykuł.

Skoro już uporaliśmy się z zarzutami, to czas na to, co sądzę o filmie, skoro żarliwie go bronię. Bronię go, bo uważam, ze w zamierzonej konwencji jest niezwykle sprawnie zrealizowany i bardzo efektywny. Że reżyser osiągnął dokładnie to co zamierzał. I że ten film oddziałuje na widzów, co widać w Hiszpanii, gdzie przegonił już chyba lub wkrótce przegoni „Titanica”. Znowu pada tu słowo „Titanic” i nie bez powodu, bo Bayona w porównywalny do Camerona sposób radzi sobie z budowaniem napięcia i z filmowaniem trudnych scen rozgrywających się tuż po ataku fali. Moim zdaniem cała jego ekipa – na czele z operatorem – poradziła sobie świetnie, a sekwencja naprawdę wgniata w fotel.

Różnie dobrego nosa miał Bayona do aktorów. Naomi Watts ma tu do zagrania rolę trudną, bardzo fizyczną, co wcale nie jest dla aktora proste. Jest jednak doskonała w tej roli i wszelkie nominacje, które zbiera, są zasłużone. Nieco gorzej radzi sobie McGregor, choć moim zdaniem brak entuzjazmu dla jego udziału w filmie wynika bardziej z niedoskonałości konstrukcyjnej filmu – sami zobaczycie o co mi chodzi w kinie, ale taka konstrukcja filmu jaką przyjął reżyser odbiera mu część mocy. Prawdziwym odkryciem aktorskim jest natomiast 16-letni Tom Holland, który już zbiera wyróżnienia za świetną kreację Lucasa – najstarszego syna Marii. Ten chłopak radzi sobie równie dobrze, jak niegdyś Christian bale w „Imperium Słońca” i wróżę mu równie wielką karierę.

W paragrafie wyżej mówię o zarzutach co do konstrukcji filmu. Staram się, jak zwykle unikać spoilerów, lecz myślę że większość z was jeśli zdecyduje się pójść na film, to zrozumie o co mi chodzi. Drugi z zarzutów to kiczowatość, której moim zdaniem w paru scenach (zwłaszcza w jednej sekwencji snu pod koniec filmu) nie udaje się uniknąć reżyserowi, co udowadnia tylko, że melodramat jest jednym z trudniejszych gatunków. Niemniej uważam, że „Niemożliwe” to niezwykle udany i niezwykle efektywny oraz wzruszający film katastroficzny, który pokazuje skalę tragedii jaka miała miejsce w Azji w 2004r. Pokazuje też jak różnie ludzie reagują na siebie w obliczu tragedii. I w tym tkwi jego ogromna siła. Zdecydowanie polecam.

Potencjalne nominacje:

Aktorka

Mini-analiza:

W tak zatłoczonym roku dobra robota techniczna przy „The Impossible”, który de facto jest hiszpańską produkcją, przejdzie niezauważona na rzecz większych hollywoodzkich produkcji. Szkoda, bo moim zdaniem nawet Bayona mógłby spokojnie powalczyć z niektórymi o piąte miejsce w reżyserskim wyścigu, choć np. analitycy Awardsdaily pominęli go całkowicie.  Natomiast nominacja dla Naomi Watts jest niemal pewna, zwycięstwo będzie już dużo trudniejsze, bo jednak i panie Lawrence i Chastain grają w filmach, które chyba zdobędą więcej nominacji.

Oscar race: Django (recenzja)

6 Sty

Zanim przejdę do recenzji filmu mały update w kwestii tego, co dzieje się w świecie nagród. Swoje nominacje przedstawiła WGA (gildia pisarzy). Znajdziecie je wszystkie tutaj. Mnie cieszy obecność „Perks…” wśród nominowanych scenariuszy adaptowanych i „Flight” wśród oryginalnych. Pozostałe chyba bez zaskoczeń, a panowie Kushner i Boal raczej mają nagrody w kieszenie, choć… niekoniecznie. Zwłaszcza Mark Boal musi ostatnio bronić się przed kontrowersjami wokół „Wroga Numer 1”. Film wywołał polityczny skandal – CIA musi się gęsto tłumaczyć Senatowi USA. Jeśli okażę się, że twórcy przekroczyli swoje uprawnienia, a np. Mark Boal mówi o tym w kuriozalny sposób, może to mocno zaszkodzić faworytowi krytyków.    Wolę napisać o tym szybko tutaj, bo nie zamierzam się do tego odwoływać w recenzji filmu, która pojawi się tutaj w ciągu kilku dni.

reż. Quentin Tarantino

wyst. Jamie Foxx, Kerry Washington, Christoph Waltz, Leonardo DiCaprio, Samuel L. Jackson

data premiery (USA): 25.12.2012r.; (Polska): 18.01.2013r.

Tarantino to już nie tylko nazwisko. To praktycznie gatunek kina. Idąc na jego film spodziewamy się krwawych jatek, szybkich dialogów, charakterystycznych przejść kamery i montażu, eklektycznego soundtracku czerpiącego z różnych epok i gatunków itd. Dlatego też z przyjemnością oczekiwałem kolejnego jego filmu, choć fanem westernu jako gatunku byłem wyłącznie jako siedmiolatek. Jednak western w stylu Tarantino? Tak, poproszę.

Django (Foxx) to niewolnik, który zostaje uwolniony przez dra. Kinga Schultza (Waltz)  – łowcę głów na co dzień uchodzącego za zwykłego dentystę. Schultz potrzebuje go, by pomógł mu wykonać jedno z najnowszych zleceń. Django okazuje się dobrym kompanem i utalentowanym strzelcem. Schultz w zamian za współpracę proponuje mu pomoc w uwolnieniu żony Broomhildy (Washington), która przebywa na ogromnej plantacji bawełny niezbyt przyjemnego Calvina Candie (DiCaprio).

Nie będę roztrząsał, czy za dużo razy pada w filmie słowo „nigger” (wg. wyliczeń 109 razy). Filmu Tarantino nie traktuje jako karykaturowania historii. To bardziej popkulturowa zabawa. Przecież już sam tytuł to nawiązanie do klasycznego westernu z lat sześćdziesiątych „Django” (nota bene odtwórca głównej roli w tamtym filmie – Franco Nero – gra tu malutki acz zabawny epizod). O „Bękartach Wojny” powiedziałem kiedyś, że to taka bajka jaką żydowskie matki mogły opowiadać przerażonym wojną dzieciom, by dać im nadzieję. „Django” to coś podobnego – mit superbohatera ubranego w nietypowy jak na tamte czasy kostium, ratującego swoją kobietę z białym pomocnikiem (prawie jak Batman i Robin- zwłaszcza, że Schultz podróżując ukrywa się jako dentysta). Dlatego też nie rozpatruję filmu w charakterze – „oburzający czy nie?”. To Tarantino, a więc zabawa kinem. I wyłącznie w kategoriach zabawy „Django” oceniam.   Jak ta ocena natomiast wypada? W moim mniemaniu nierówno.

Tarantino jak zwykle gromadzi doborową obsadę. Jamie Foxx emanuje cichą intensywnością, Christoph Waltz dostaje rolę bardzo podobną do tej z „Bękartów Wojny”, tyle że tym razem jest po dobrej stronie barykady. Ale to gra na tej samej nucie co w poprzednim filmie Tarantino. Ponieważ jednak ten styl idealnie pasuje do filmu, a Waltz jest przeuroczy i przezabawny w tej roli, nie będę narzekał. DiCaprio z kolei zdaje się doskonale bawić swoją postacią jakby był rad, że w końcu dostał coś nowego do zagrania. Bawi się więc niestabilnym emocjonalnie Calvinem, czyniąc z niego szarmanckiego i podstępnego, acz nie nazbyt bystrego przeciwnika. Wcieleniem przebiegłości i zła jest natomiast Samuel L. Jackson jako majordomus Candiego. Jackson gra tu doskonale, a jego postać jest naprawdę przerażającym dodatkiem do tej historii. Najmniej do roboty ma Kerry Washington, której Broomhilda ma po prostu ładnie wyglądać i efektownie rozpaczać. Drugi i trzeci plan Tarantino wypełnił jak zwykle epizodami granymi przez mniej lub bardziej znanych ogółowi aktorów, które to epizody bywają też mniej (Jonah Hill)  lub bardziej (Franco Nero) udane.

Problem nie leży więc w graczach ani stylu (który jak zwykle jest nieco pulpowy), dlaczego więc „Django” pozostawił mnie w poczuciu przesytu i niedosytu jednocześnie? Głównym problemem jest po tempo i czas trwania filmu, w szczególności zaś jego druga połowa. Do połowy oglądałem umiejętnie wyważoną mieszankę gatunkową, zabawę stereotypami spaghetti-westernu, bawiącą komediowymi wstawkami, cytatami i zapożyczeniami z innych filmów, a jednocześnie trzymającą w napięciu. Czyli tak, jak możnaby się spodziewać po tym reżyserze. Kiedy jednak nasi bohaterowie spotykają głównego złego, Tarantino jakby o nich zapomina. Fakt, Waltz cały czas dostaje dobre linijki a jego interakcje z DiCaprio są cudne, jednak główny bohater filmu staje się małomównym cieniem, którego domeną staną się na prawie godzinę groźne miny nim przyjdzie czas ostatecznej rozpierduchy. Od momentu kiedy ekran mniej więcej w połowie przetnie słowo „Mississipi” tempo filmu siada. Siada też napięcie, bo przygłupi wg. scenariusza Calvin nie jest żadnym przeciwnikiem dla naszych bohaterów. A już na pewno nie takim jak płk Hans Landa w „Bękartach Wojny”. Dlatego też przy prawie trzygodzinnym filmie można się nieco zmęczyć.

Drugim problemem jaki mam z filmem jest przesyt stylem Tarantino. Ok, lubię jego zabiegi zdjęciowe, montażowe i castingowe i wstawianie nowoczesnego soundtracku do dawnych scen. Do tego się przyzwyczaiłem tak jak do krwawych jatek, a ta z końcówki „Django” śmiało może konkurować z tą z pierwszego „Kill Billa”. W jednej ze scen Christoph Waltz po zabiciu kogoś mówi „Nie mogłem się powstrzymać”. I to samo zdaje się mówić Tarantino, umieszczając kolejne szybkie nie posuwające akcji do przodu dialogi, obsadzając kolejnego kultowego mało znanego aktora, mrugając wciąż do wtajemniczonych  z ekranu. Przyznam szczerze, że z każdym kolejnym jego filmem robi to coraz mniejsze wrażenie.  I przyznam szczerze, że przy powolnym tempie drugiej połowy przy kolejnym zwrocie akcji przeprowadzonym nieco za wolno zacząłem się męczyć. Dlatego też odnoszę wrażenie, że film jest o dobre 20-25 minut za długi.

Z powyższych dwóch akapitów można wynieść wrażenie, że film mi się nie podobał. Jak widzę po innych recenzjach np. tych z zaprzyjaźnionej z nim strony fani są zdecydowanie po stronie reżysera, główni krytycy już niekoniecznie są tak jednomyślni. Ja mogę tylko powiedzieć subiektywnie- bawiłem się świetnie, świadom konwencji i świadom tego, jak dobrze na planie musieli się bawić aktorzy. Ale nie będę udawał, że to wybitny film. To po prostu „kolejny dobry Tarantino”, w nieco gorszej formie jednak niż przy „Bękartach” i z coraz bardziej nabrzmiałym ego. Niektórym to wystarczy do pełni szczęścia.

Potencjalne nominacje: 5-7

Film, Reżyser, Najlepszy Aktor Drugoplanowy, Kostiumy, Piosenka, Scenografia, Zdjęcia

Mini-analiza:

Waltz lub DiCaprio mogą otrzymać nominację za rolę drugoplanową. Na korzyść dla DiCaprio jest fakt, że gra wbrew swojemu emploi, co zawsze podoba się Akademii. Doskonałe zdjęcia Roberta Richardsona mogą również zdobyć nominację, a cz tu konkurencja jest spora. Wśród oryginalnych piosenek w filmie jest m.in utwór uwielbianego w USA Johna Legenda, więc tutaj widziałbym szansę na nominację. Czy „Django” załapie się na nominację dla najlepszego filmu? To bardzo możliwe. Dużo bardziej wątpię w nominacje reżyserską dla Tarantino, który ma nominację do Globu, ale czy będzie miał nominacje gildii reżyserów, to się okaże we wtorek. Jeśli zdobędzie nominacje DGA, ma spore szanse. Wątpię jednak, by zebrał w ostatecznym rozrachunku jakiekolwiek statuetki.

Oscar race: Argo (recenzja)

20 Gru

Argo/Operacja Argo

reż. Ben Affleck

wyst. Ben Affleck, Alan Arkin, Bryan Cranston, John Goodman

Data premiery (Polska): 30.11.2012r.

Ben Affleck to przykład naprawdę fascynującej kariery. Oscar w wieku 26 lat za film napisany z kumplem (Matt Damon) na studiach. Potem kariera aktorska, która miała chyba więcej upadków („Gigli” z Jennifer Lopez, „Pearl Harbor”, „Surviving Christmas”) niż wzlotów. W końcu pierwszy sukces reżyserski z „Gone Baby Gone”, potwierdzony bardzo dobrym „Miastem złodziei” („The Town”). Affleck zmienił swoją pozycję w Hollywood z obiektu żartów na jednego z „obiecujących reżyserów”. Ta pozycja po „Argo” zmienia się na jednego z najlepszych pracujących reżyserów. I w pełni zasłużenie.

„Argo” oparty jest na prawdziwej historii próby odbicia ukrywających się w mieszkaniu ambasadora Kanady pracowników ambasady USA w Teheranie. Próba ta została oparta na karkołomnym pomyśle, w którym świat CIA zderzył się ze światkiem Hollywood. Mariaż komedii z thrillerem politycznym na papierze wydaje się pomysłem równie karkołomnym. Affleck, pracując na świetnym tekście Chrisa Terrio, radzi sobie z nim doskonale. Tworzy obraz, który ogląda się z zapartym tchem, przerywanym czasem wybuchami śmiechu. przypomina to i w sposobie kręcenia i w prowadzeniu fabuły najlepsze filmy z lat siedemdziesiątych. I już samo to jest dla kończącego w tym roku 40 lat reżysera ogromnym komplementem.

To co przemawia również za tym obrazem, to obsada. John Goodman i Alan Arkin robią tu świetną robotę jako przedstawiciele Hollywood, Bryan Cranston wypada doskonale jako dyrektor departamentu w CIA. Aktorzy grający pracowników ambasady, składający się z twarzy znanych z ról drugoplanowych bądź z TV sprawiają wrażenie „zwykłych ludzi”, przez co łatwiej jest widzowi odnieść się do ich losów. Dla mnie jedynym słabym ogniwem jest fakt, że Affleck już po raz drugi z rzędu obsadza się w głównej roli. Fakt, że wypada tym razem lepiej niż w „Mieście Złodziei”, ale nie oszukujmy się – Clintem Eastwoodem to on nigdy nie będzie. Mimo to dobrze dźwiga tu swoją rolę.

Od komiksowej czołówki do ostatnich minut oglądamy film hollywoodzki, ale jest to Hollywood z innych, jakby lepszych czasów. I nawet jeśli udramatyzowana końcówka i ostatnich kilka scen psuje odrobinę efekt popadając w niepotrzebną sztampę, to „Argo” i tak jest bardzo solidnym filmem i jednym z najlepszych, jakie Hollywood pokazało nam w tym roku.

Potencjalne nominacje: 9

Film, Reżyseria,  Aktor drugoplanowy, Scenariusz, Zdjęcia, Muzyka, Montaż, Dźwięk, Efekty Dźwiękowe

Mini-analiza:

„Argo”  najbardziej ze wszystkich kandydatów do Oscarów  jest zagrożony obecnością „Wroga Numer 1”. Przede wszystkim ze względu na podobną tematykę. Widać to już teraz, przed premierą filmu Bigelow to właśnie film Afflecka był numerem jeden wielu krytyków. Deszcz nagród dla „Wroga…” może odebrać „Argo” sporą część nominacji. Na niekorzyść filmu działać też będzie tylko jedna prawdopodobnie nominacja aktorska (w dodatku drugoplanowa). „Argo” może więc skończyć z 5-6 nominacjami i bez statuetek (największe szanse ma Alan Arkin, choć ma dużą konkurencję w postaci Tommy’ego Lee-Jonesa i Leonardo di Caprio). Nie należy jednak zapominać, że Akademia może, w przeciwieństwie do krytyków, docenić bardziej zarówno satyrę na Hollywood jak i faworyzować lżejsze i mniej aktualne (a zatem i mniej kontrowersyjne) podejście do politycznych tematów.