Archive | Uncategorized RSS feed for this section

Podsumowanie 2013: Najlepsze Piosenki (Polska)

21 Gru

To był świetny rok dla polskiej muzyki (i muzyki w ogóle). Rok temu pamiętam, że nawet się wahałem, czy wystarczająco dużo polskich płyt mi się podobało by stworzyć ranking najlepszych. W tym roku będę miał problem, by spośród wielu typów wybrać najlepszą dziesiątkę płyt, nie wspominając o piosenkach. Stąd moje „Top 10” będą miały tendencję rozrastania się.

(wyróżnienie) 12. Kixnare – Gucci Dough

To kawałek, który odkryłem w tym tygodniu dzięki innym blogerom. I bardzo dobrze, bo nie chciałbym tego przegapić. Powiało zachodem w tym naładowanym elektroniką kawałku, ale piszę to z absolutnie pozytywnymi intencjami.

(wyróżnienie) 11. The Dumplings – Słodko-słony cios

O „Pierożkach” usłyszałem jeszcze we wrześniu i od razu poczułem sympatię i szacunek, ale po tym jak w tym tygodniu zobaczyłem Justynę i Kubę na żywo, jestem zakochany. Świetny wokal, bardzo fajne bity – rośnie nam prawdziwa gwiazda ( i to dosłownie – Kuba ma lat 17, a Justyna 16). Sądząc po reakcji tłumu na koncercie, nie ja jeden uwielbiam „Słodko-słony cios”. The Dumplings jeszcze nic nie wydali, a już mieszają na polskiej scenie – a ja im bardzo mocno kibicuję.

10. Jamal – Peron

„Zostań potrzebuję Cię tu/ To co w sobie mam tylko ciągnie mnie w dół” – tekstem „Peronu” chłopaki z zespołu Jamal przekonali mnie, że „Defto” nie było wypdkiem przy pracy a zapowiedzią nowego, lepszego zespołu. Prosty gitarowy podkład i fajny tekst. Tak się pisze dobre pop-rockowe piosenki.

9. Krzysztof Zalewski – Jaśniej

Powrót po latach – jeden z dwóch w tym zestawieniu. I również związany z programem „Idol”. Trzeba było trochę poczekać, ale jeśli uznać „Zeliga” za właściwy debiut pana Zalewskiego, to jest to mocne wejście na polski rynek muzyczny.

8. Sorry Boys – Revolution

Dla mnie Bela Komoszyńska ekspresją i pewnym patosem kompozycji przypomina dokonania Florence Welch. I mówię to – znowu  – w pozytywnym kontekście. Katowany w Radiu Roxy kawałek nie mógł nie trfić do tego zestawienia. Za głęboko siedzi w mojej głowie.

7. Kari – Hurry Up

Piekna piosenka, piękny teledysk. Kari również miałem okazję nie tak dawno widzieć na koncercie we wrocławskim Firleju i naprawdę doceniam jej talent, jak również świetną produkcję i teledysk do tego numeru.

6. Domowe Melodie  – Grażka

Domowe Melodie najlepiej brzmią na koncertach, choć akurat „Grażka” nie traci również w wersji studyjnej. Zabawny tekst na poważny temat, pięknie wyśpiewany przez

5. Tomasz Makowiecki – Holidays in Rome

Do Tomasza Makowieckieg mam słabość od bardzo dawna i kibicowałem mu zawsze. Teraz, po długiej przerwie wydał album, który zaczyna dla niego zupełnie nowy etap kariery. Przypominający nieco dokonania chłopaków z Kamp! singiel bardzo szybko wpada w ucho i jest jednym z najlepszych polskich przebojów 2013.

4. Mikromusic – Takiego chłopaka

Numer pod wieloma względami kultowy, który sprowokował nawet do debaty na temat współczesnej męskości na łamach „Wysokich Obcasów”. Znowu – wspaniały, dowcipny tekst i wpadający w ucho rytm. Rewelacja!

3. Dawid Podsiadło – Trójkąty i Kwadraty

Dawid Podsiadło udowodnił, że programy typu „X Factor” mogą mieć jednak sens i że nie każdy, kto je wygra nagra w 3 miesiące album, o którym po 3 kolejnych miesiącach nikt nie pamięta. „Trójkąty i Kwadraty” mają moc łączenia – znają to wszyscy, od słuchaczy Eski po słuchaczy Trójki. Ciężko tego nie docenić.

2. Bokka – Town of Strangers

Tajemniczy projekt wytwórni Nextpop podbił fale radiowe w czasie końcówki roku. Ba, trafił nawet na Pitchfork, a to napawa dumą, że w Polsce nagrywa się taką muzykę. Epicki kawałek.

1. Misia FF – Mózg/Kartonem

Kartonem – posłuchaj

Misia Furtak wypuściła w tym roku epkę, która mimo ledwie sześciu utworów (w tym dwóch po polsku) szybko stałą się jedną z moich ulubionych płyt w tym roku. Ponieważ jednak te kilka piosenek to w tym roku za mało by trafić na podsumowanie roku w kategorii „Płyty”, to musiałem Misię docenić inaczej. Stąd podwójny strzał na pierwszym miejscu. Obie te piosenki rozłożyły mnie na łopatki tekstami takimi jak „Ja za tobą murem, Ty  za mną kartonem” czy „Biorę rysunek do kolorowania i wypełniam go ołówkiem/Bo jestem półgłówkiem”. Uwielbiam!

Podsumowanie 2012: Płyty (Świat)

28 Gru

Tu już podzieliłem sprawę na EP-ki i tzw. długogrające (jak to w ogóle brzmi w tych czasach!). Co do EP-ek, to podsumowanie drugiej połowy roku (pierwsza tutaj) znajdziecie tu chyba tuż po Nowym Roku. Natomiast dziś LP.

Parę słów wstępu. Gusta są różne jak różni są recenzenci, wiadomo. Stąd dla mnie np. Frank Ocean to najbardziej przereklamowany artysta roku, który gdyby nie był pierwszym raperem-biseksualistą nie miałby tak doskonałej prasy na bank. Nie należę do kościoła Grimes, nie przekonuje mnie. Tame Impala nagrali płytę, jak zwykle, genialną, ale nie jest to krążek, który bym słuchał w kółko w tym roku. W przeciwieństwie do tych poniżej.

10. Jack White – Blunderbuss

Nigdy bym nie pomyślał, że w 2012 roku posłucham bluesowej płyty, która mnie chwyta i wciąga do swojego świata Ale to Jack White, którego fanem do tej pory nigdy nie byłem. Jak pisałem, trzeba naprawiać błędy w każdej dziedzinie.

9. Lana del Rey – Born To Die

Album najbardziej dziwnie oceniany w tym roku. Hajp był tak duży, że oczywiście reakcje po wydaniu albumu były złe. teraz dopiero nagle płyta wraca w podsumowaniach wielu ludzi. W tym i moim. Za dużo tu dobrych singli by można mówić o słabym albumie. A nawet słabsze kawałki jak „Carmen” mają swój pewien urok. Jedyne co chciałbym zapomnieć to EP-ka „Paradise Edition”, na której spodobał mi się tylko 1 utwór.

8. Hot Chip – In Our Heads

Zaskoczyło mnie to, jak spójna była ta płyta. Zaskoczyło mnie również to, że be widocznego wysiłku Londyńczycy nagrali album bez praktycznie żadnej słabej piosenki.

7. C2C – Tetra

Przypadkowe odkrycie. 4 francuskich DJ-ów nagrywających coś w stylu neo-funk-soul-popu, jeśli już trzeba byłoby to sklasyfikować. To doskonała płyta pełna świetnie skonstruowanych numerów, skreczy i gościnnych wokalistów. Uwielbiam ten album.

6.  ∆ (Alt – J) – An Awesome Wave

Znowu zaskoczenie. Czwórka z Leeds przeszła przez ten rok jak burza. Na początku uznałem, że nazwanie zespołu od klawiaturowego skrótu, za pomocą którego na Macach osiąga się grecką literę delta to szczyt hipsterskiej pretensjonalności. Na szczęście album broni się muzyką.

5. Purity Ring – Shrines

Nowa jakość w muzyce to może jednak za dużo powiedziane niemniej ten album swoimi dziwnymi, niepokojącymi melodiami zapada w pamięć na długo. Słucha się go wciąż z ogromną przyjemnością.

4. ODESZA – Summer’s Gone

Najlepsze wspomnienie lata, którego nigdy nie było. Muzyka, która przenosi do krainy gdzie zawsze świeci słońce. Chillout idealny.

3. Jessie Ware – Devotion

Zakochałem się w głosie Jessie Ware od pierwszego singla i tak już pozostało. Nie za wiele mogę dodać, ale taki op powinien się pojawiać częściej na falach radiowych.

2. Macklemore x Ryan Lewis – The Heist

Zwykle nie słucham płyt hiphopowych, ale ta uwięiła mnie od pierwszego singla. Nie mogę sobie wybaczyć, że nie dostałem biletów na ich występ w Toronto, ale mam nadzieję, że przyjadą do Polski w przyszłym roku.

1. Crystal Castles – (III)

Trzeci album i trzeci raz bez wpadki. Niesamowity zestaw piosenek Ethana i Alice, którego słucha się z nieodmienną fascynacją.

Filmy na ringu: Koniec świata x 2

5 Kwi

„Ostatnia miłość na ziemi” („Perfect sense”)

reż. David MacKenzie

wyst. Ewan McGregor, Eva Green

Data premiery: 23.03.2012r. 

Nie wiem, kto wpada na pomysł takich oryginalnych tłumaczeń. W oryginale tytułowi jakoś udaje się uniknąć nadmiaru patosu, co naszemu tłumaczowi wydawało się chyba zbyt subtelne (lub mniej skuteczne marketingowo). Tak czy owak film wszedł do kin pod tym beznadziejnym tytułem i pod takim już zostanie.

To melodramatyczna, wyciskająca łzy historia miłości na tle powoli upadającego świata. Świata targanego chorobą, w którym jednak każdy, zważając na nieuchronność losu, stara się jakoś żyć dalej. W tym tkwi chyba największa siła obrazu – w umiejętnym pokazaniu zachowań ludzkich w obliczu nieuchronnej zagłady. Pomagają w tym sugestywne kreacje bardzo zdolnych i pełnych wdzięku McGregora i Green.

Jak dla mnie film jest jednak udany tylko w połowie. Przeszkadzał mi nadmierny melodramatyzm, przeszkadzały zdjęciowe wstawki zwykłych ludzi i irytowała nieco manipulująca muzyka. Mimo to film w obecnym zalewie kinowej miernoty wart jest wypróbowania. Tylko żeby nie było, że nie ostrzegałem.

„Take Shelter”

reż. Jeff Nichols

wyst. Michael Shannon, Jessica Chastain

data premiery: 24.01.2011 (Sundance)

Tym razem też podejście do końca świata niecodzienne. Koniec świata bowiem zwiastują tu wizje głównego bohatera.

Ten kameralny dramat pokazuje, jak osoba dotknięta nagłymi zaburzeniami psychicznymi stara się z jednej strony chronić swoją rodzinę przed samym sobą, a z drugiej przed tym, co widzi w swoich wizjach. Obserwowanie tego staje się fascynującą grą z widzem, która nie miałaby w połowie tak dużej mocy, gdyby nie para głównych bohaterów.

Michael Shannon najbardziej jest chyba znany ze swej nominowanej do Oscara roli w „Drodze do szczęścia” oraz z roli fanatycznego policjanta w „Boardwalk Empire”. Jessica Chastain zaś szturmem zdobyła ekrany rolami w „Drzewie Życia” i „Służących”. W „Take Shelter” tylko potwierdza swój talent.

Sugestywne wizje głównego bohatera, niepokojący klimat amerykańskiej wsi, świetna gra aktorska i inteligentna zabawa z widzem. Wszystko to sprawiło, że ten „koniec świata” – nawet jeśli dużo bardziej prywatny –  oddziaływał na mnie dużo intensywniej niż „Ostatnia miłość na ziemi”. Dlatego też dzisiejszy ring, acz tylko na punkty, wygrywa jednak „Take Shelter”.

My week with… John Williams

8 Lu

Życzyłbym mu sto lat, ale w osiemdziesiąte urodziny nie brzmi to znowu tak stosownie…

5 Oscarów i 42 (!) nominacje… Akademia go uwielbia i widzowie również. Williams – asbsolwent Juilliard  –  urodził się w Long Island, w stanie Nowy Jork. Reprezentuje starą szkołę kompozytorów filmowych, którzy nie byli (jak dzisiaj) rzemieślnikami, a wizjonerami – ich styl nadawał filmowi charakter, a nie jedynie ilustrował wydarzenia z ekranu

Jego styl w muzyce określa się jako neoromantyzm, a sam Williams powoływał się m.in na Ryszarda Wagnera. Zanim sam komponował, uczył się od najlepszych, z którymi miał okazję pracować – Bernarda Hemmana, Alfreda Newmana, grał na fortepianie na ścieżkach skomponowanych przez Henry’ego Mancini, Elmera Bernsteina czy Jerry’ego Goldsmitha. Za jego pierwszy w pełni własny soundtrack uznaje się Daddy-O z 1958r. Ale pierwszy raz jego nazwisko na ekranie (jako jonny Williams) pojawiło się przed filmem „Because They’re Young” w 1960r.

Dostarczył nam chyba więcej emocji niż jakikolwiek inny kompozytor muzyki filmowej… Dziś kończy 80 lat. Wszystkiego Najlepszego Panie Williams.

Przypomnijmy sobie parę słynnych motywów muzycznych jego kariery. Kolejność – odrobinę przypadkowa. Praktycznie każdy soundtrack z tej listy jest dla mnie absolutnie genialny…

10.Harry Potter i Kamień Filozoficzny – 2001

Motyw, który pokazał, że nawet w wieku prawie 70 lat Williams może być kreatywny i wciąż ma ucho do melodii…

9. Szeregowiec Ryan – 1998

Bardzo amerykański motyw przewodni. olejny przykład, jak Williams potrafił czuć różne motywy i przepięknie przekazywać emocje…

8. Kevin Sam w Domu – 1991 

Tak tak, autorem tej piosenki też jest John Williams (wspólnie z odpowiedzialna za słowa Leslie Bricusse), jak i całej muzyki do filmu, bez którego nie byłoby w co niektórych domach Świąt.

7. Superman – 1978

Zobaczcie to intro by zrozumieć, jak genialny był Williams, jak buduje napięcie i jak genialny motyw superbohatera stworzył.

6. Poszukiwacze zaginionej Arki – 1981

Ach, jest o kolejny bohater młodzieńczych lat. „Indiana Jones”, w któego świat pierwszy raz zanurzyłem się mając bodajże z 6 lat, a wracam do dziś…

5. E.T – 1982

Scena mojego dzieciństwa. Uwielbiałem ten film i uwielbiam do dziś, a ta scena to dla mnie majstersztyk i – w pewien sposób – podsumowuje dobrze całą twórczość Spielberga, nie sądzicie?

4. Lista Schindlera – 1993

Kolejny Oscarowy soundtrack. Tutaj przepiękny motyw na skrzypce towarzyszył filmowi, który był bardzo ważny dla Polski i dla Spielberga. Filmowi, który do dziś wspomina się jako arcydzieło amerykańskiej kinematografii. Rusza mnie za każdym razem.

3. Szczęki – 1975

Drugi Oscar w karierze Williamsa (pierwszy dostał za adaptację broadwayowskiego „Skrzypka na Dachu”). Pamiętny motyw porównywany do dziś jedynie z „Psychozą” jako najbardziej efektywne użycie muzyki do zbudowania napięcia w filmie.

2. Park Jurajski – 1993

Film mojego dzieciństwa. W samym kinie byłem z 5 razy, a na dwa lata zaraziłem się „modą na dinozaury”, co na szczęście nie zmieniło mnie w Rossa z „Przyjaciół. Ale soundtrack w filmie genialny, od pierwszej do finałowej sceny.

1. Gwiezdne Wojny – 1977, Imperium Kontratakuje – 1980 oraz Mroczne Widmo – 1999

Najsłynniejsza filmowa saga w historii kina byłaby na pewno czymś dużo mniej wartościowym, gdyby nie genialna muzyka Williamsa, który dla każdej części skomponował fantastyczne motywy, które do dziś przetrwały w pamięci widzów i na których wychowało się kilka już pokoleń młodych ludzi. Poniżej znane najbardziej „Main Theme” oraz „Imperial March” czyli główny motyw postaci Lorda Vadera i nowszy motyw do wracającego w piątek (w 3D!) na ekrany „Mrocznego Widma”…

Bonus: Złap mnie jeśli potrafisz – 2002

Nie jestem wielkim fanem tego soundtracku (nie na tyle by znalazł się w Top 10 Williamsa), ale klip jest świetny:

Pop w teatrze: Lubiewo (Teatr Nowy)

18 Sty

Lubiewo w Teatrze Nowym - o.pl

Odwiedziło nas Wrocławian krakowskie „Lubiewo”. Nic w sumie dziwnego, bo też akcja książki Michała Witkowskiego we Wrocławiu się działa, a w jednej z dwóch głównych ról – podstarzałego geja, a właściwie mówiąc językiem spektaklu cioty Patrycji – wrocławski aktor Edward Kalisz.

Sztuka jest tylko częściową adaptacją kapitalnej, odważnej i najgłośniejszej książki o homoseksualizmie z czasów PRL, jaka została w Polsce napisana (druga część spektaklu – jeszcze w tym roku).  Oryginalnie też zaczyna się spektakl: od deklamacji pseudonimów głównych „bohaterek” i ich „koleżanek” z którymi chodziły podrywać żołnierzy na dworcach, w parkach i za parkanami.

Wchodzimy w świat mieszkania dwóch starszych pań – w tle świeci się ikona Matki Boskiej, wiszą stare ubrania, z boku stoją stare, niemodne buty, na środku sceny stoi wytarta kanapa. Naszym przewodnikiem po tym świecie (i tutaj kapitalny pomysł inscenizacyjny), będzie Krystyna Czubówna. To dzięki niej dowiemy się, jak wyglądał świat Lukrecji i Patrycji. Świat, za którym tęsknią i który, kiedy popiją, wciąż jest jedyną rzeczywistością jaką znają (widać to w końcowej scenie szalonego tańca, jaki prezentuje na scenie młody tancerz Mikołaj Mikołajczyk do naprawdę koszmarnie już nadużywanego kawałka Gotye „Somebody that I used to know”).

Kalisz i jego doskonały partner, krakowski aktor Paweł Sanakiewicz wcielający się w Lukrecję snują anegdoty pełne wulgaryzmów i sądząc z reakcji i „rechotu” wrocławskiej publiki, wciąż szokujące pewnych widzów.  Z ich wypowiedzi przebija ciągła nostalgia i tęsknota za „starymi, dobrymi czasami”. Miejscami słyszymy też komentarz odnoście współczesności. Pojawiają się odniesienia do nowoczesnych gejów, a nawet do Roberta Biedronia.

Sztuka nie powala ani pomysłami formalnymi – za wyjątkiem użycia głosu Czubównej – ani rozłożeniem akcentów – przynajmniej jeśli sądzić po reakcjach widowni. Widzowie świetnie się bawią i śmieją się nawet, gdy sztuka kładzie nacisk na poważniejsze akcenty, wspominając smutny los, jaki spotkał niektórych kolegów głównych bohaterów. Czy to wina publiczności, czy też reżysera, że te akcenty wydają się gorzej wygrane i przedstawione, niż część bardziej komediowa? Tak czy owak z czystym sumieniem mogę polecić „Lubiewo” jako spektakl na solidnym poziomie. Tylko tyle i aż tyle.

Trailery na ringu: Rock of Ages vs. Joyful Noise

30 Gru

 

Dziś musicalowo. Musicale filmowe to temat niełatwy. Wystarczy spojrzeć na bardzo utalentowanego Roba Marshalla – stworzył jeden z najlepszych filmowych musicali w postaci „Chicago” i kompletny gniot w postaci „Nine”. Dziś spojrzymy na dwa musicale, które wydają się być z zupełnie innych półek.

„Joyful Noise”. Składniki: zapomniana gwiazda Dolly Parton i Queen Latifah, która bywa dobra a bywa też żenująca. Do tego gospelowe wersje znanych piosenek, tandetny i nieco toporny dowcip i młodzi piękni wykonawcy. Data premiery sugeruje filmową zapchajdziurę, którą raczej trzeba ominąć szerokim łukiem.

Zupełnie inaczej sprawa ma się z „Rock of Ages”. Po pierwsze: Adam Shankman, którego „Hairpsray” może nie było arcydziełem, ale oglądało się świetnie. Po drugie – obsada. Szanuję większość aktorów, których tu widzę z Aleckiem Baldwinem na czele. Do tego przeboje lat 80-tych, głównie z nurtu pudelrocka i tym podobnych. Mam niejasne przeczucie, że ten film będzie moją wielką guilty pleasure nadchodzącego lata.

Podsumowanie 2011: Bohaterowie roku

28 Gru

Czas między świętami a nowym rokiem to czas podsumowań. Czysto subiektywnie, jak zwykle, wybrałem więc szóstkę postaci – po 2 ze świata telewizji, muzyki i kina – które podbiły w tym roku wyobraźnię widzów i słuchaczy.

KINO: Ryan Gosling

Uwodził i bawił w „Kocha, lubi, szanuje”, zwodził i mącił w „Idach marcowych” oraz kopał dupę pod każdym względem w „Drive”. Trzy bardzo różne oblicza, jakie w tym roku zaprezentował w kinie 31-letni kanadyjski aktor sprawiły, że z bardzo dobrego aktora stał się ikoną swojego pokolenia, symbolem seksu i jednym z najbardziej utalentowanych aktorów świata. Dwie z jego ról otrzymały już nominacje do Zlotych Globów. W przyszłym roku zobaczymy go m.in w „Gangster Squad”, kolejnych filmach twórców „Blue Valentine” i „Drive” oraz w nowym filmie Terrenca Malicka.

TV: Emmy Rossum

Karierę zaczęła jako kilkulatka w Metropolitan Opera. Nie podbiła masowej publiczności ani rolami filmowymi („Upiór w operze”), ani wydaną w 2007 roku solową płytą „Inside out”. Zrobiła to dopiero w 2011 w telewizji, gdzie ukradła Williamowi H. Macy serial „Shameless”. Komediowa historia o patologicznej rodzinie Gallagherów szybko zdobyła uznanie publiczności, a Rossum będąca w rodzinie głosem rozsądku wyrosła na główną postać serialu, bohaterkę męskiej wyobraźni (dzięki paru odważnym scenom) oraz na łącznik między widzem a bohaterami – postać, której w tym serialu się kibicuje i dla której się ten serial ogląda. Nie lada sztuka. Oby tak dalej.

Muzyka: Foster The People

Pierwszy raz „Pumped up kicks” zagwizdałem jakoś w czerwcu 2010 roku (to nie pomyłka), kiedy odkryłem ten kawałek na jednym z muzycznych blogów. Pod koniec 2010 roku karierę zaczęli im wróżyć wszyscy specjaliści od alternatywy. W połowie 2011 roku „Pumped up kicks” grało nawet radio Eska, nie wspominając o całej reszcie mainstreamu. FTP zaczęli występować w amerykańskiej telewizji, grać na największych scenach znanych festiwali i podbijać serca publiczności oraz notowania Billboardu. Męskie trio z Kalifornii wydało też w końcu pierwszy album – doskonałe „Torches”. Czy za dwa lata będą dalej na topie czy zapomnimy o nich jak o „MGMT”, to się okaże. Póki co jednak, to był zdecydowanie ich rok.

TV: Naya Rivera

To się nazywa ewolucja postaci i zdarza się rzadko. Jako cheerleaderka Santana Lopez w serialu „Glee” Rivera najpierw stanowiła element tła, okazjonalnie mistrzowsko i złośliwie pointujący poczynania pozostałych postaci. W drugim sezonie w końcu dostała swój własny wątek oraz pokazała, że potrafi doskonale śpiewać, czego jej postać początkowo robić nie miała. W rozpoczętym we wrześniu sezonie trzecim postać Santany wychodzi notorycznie na pierwszy plan, a jej lesbijski coming out stał się najgorętszym wątkiem sezonu. I pomyśleć, że kilka lat temu grała tylko epizody w serialach, a najbardziej znana była z listy najgorętszych lasek magazynu „Maxim”. W maju podpisała kontrakt na solową płytę. Jak twierdzi w wywiadach, pisze też scenariusze. Ta dziewczyna naprawdę ma warunki by zostać megagwiazdą.

FILM: Jessica Chastain

„Dług”, „Drzewo Życia”, „Służące” oraz nieznany jeszcze polskiej publiczności „Take Shelter”. Podobnie jak Ryan Gosling wśród mężczyzn, Chastain pokazała kilka bardzo różnych oblicz w kończącym się właśnie roku. Podobnie jak wiele młodych aktorek, zaczynała od epizodów w serialach – m.in „ER” czy niedocenionej „Veronice Mars”. Na dużym ekranie zadebiutowała w niezależnym filmie „Jolene”. Za każdą z zagranych w tym roku ról Chastain zdobywa świetne recenzje oraz kolejne nagrody. „Służące” przyniosły jej nominację do Złotego Globu z ogromną szansą zarówno na statuetkę, jak i na nominację do Oscara. „Drzewo życia” nagrodę Złotej Satelity, a rola w „Take Shelter” nominację do Independent Spirit Award. Rzadko zdarza się, by czyjaś kariera rozpoczęła się z podobnym hukiem.

MUZYKA: Nicki Minaj

O niej napisałem już spory artykuł na początku tego roku. Wróżyłem jej wtedy ogromną karierę i nie myliłem się. Minaj idzie jak burza. Jej ostatni singiel „Super Bass” był w pierwszej dziesiątce hitów min w Wlk. Brytanii, USA, Australii i Kanadzie. Minaj spędziła lato koncertując z Britney Spears, rapując u Davida Guetty czy śpiewając wspólnie z M.I.A w najnowszym singlu Madonny, który ukaże się w ciągu kilku najbliższych tygodni. Sama też nie próżnuje, kończąc pracę nad drugim albumem solowym, z którego pierwszy singiel „Roman in Moscow” można już usłyszeć w internecie. Autorem piosenki jest alter ego wokalistki – Roman Zolanski – który ma byc głównym bohaterem nowej, bardziej hip-hopowej niż debiut płyty. „Pink Friday: Roman Reloaded” ukaże się 14 lutego 2012 roku.