Archiwum | Luty, 2013

TV or not TV: Na krawędzi

28 Lu

Na krawędzi

reż Maciej Dutkiewicz

wyst, Urszula Grabowska, Maja Hirsch, Krzysztof Pieczyński, Marek Bukowski

data premiery (Polsat): 28.02.2013r.

Czasem nie warto pastwić się nad polskimi produkcjami ( i czytelnicy tego bloga wiedzą, że staram się tego nie robić), dlatego też ta recenzja będzie krótka. Jakość niczym w „Trudnych sprawach”. Aktorstwo niewiele lepsze niż w „Klanie”. Dialogi wprawiają zęby w zgrzyt. Całość zaś jest sztuczna niczym siwizna Przemka Sadowskiego w tej nieszczęsnej produkcji. Może jestem rozpuszczony amerykańskimi serialami, ale serio wierzę, że polski widz zasługuje na więcej. Zdecydowanie nie polecam.

Reklamy

Przegląd kinowych nowości – recenzje

27 Lu

Gansgter Squad

reż. Ruben Fleischer

wyst. Ryan Gosling, Emma Stone, Josh Brolin, Sean Penn

data premiery (Polska): 1.02.2013r.

Czasem są takie dni, kiedy wybaczamy w kinie wiele, bo po prostu potrzebna nam jest ta eskapistyczna rozrywka, którą oferuje kino i chętnie przymkniemy oko na największe nawet idiotyzmy i klisze, jakimi napakowany jest dany film. I wszystko super, bo tak właśnie jest ze mną w przypadku „Gangster Squad”. Niestety wewnętrzny głos krytyka nie pozwala mi kłamać, napiszę więc prawdę o tej niezbyt udanej produkcji.

Największym bowiem grzechem „Gangster Squad” jest niewykorzystanie szansy. Szansy na ciekawy film, albo chociaż na rozrywkę na wysokim poziomie. Zamiast tego dostajemy wariacje nt. „Nietykalnych” de Palmy. Fleischer bezwstydnie kradnie z innych filmów, nawet nie udając, że jest inaczej. Marnuje też świetnych aktorów, jakich ma, dając im do grania papierowe postacie, które bardziej pasowałyby do gry komputerowej czy starego komiksu, niż do współczesnego filmu.

Ogląda się to dobrze, o ile wyłączy się mózg na jakąkolwiek logikę. Ale jaki film z Ryanem Goslingiem i Emmą Stone nie oglądałby się dobrze?  W filmie zaś najbardziej szkoda mi Seana Penna, którego kreacja wpasowałaby się idealnie do reszty przerysowanych komiksowych złych typów z  „Dicka Tracy” Warrena Beatty.

Na własne ryzyko/Safety not guaranteed

reż. Colin Trevorrow

wyst. Mark Duplass, Aubrey Plaza, Jake Johnson

data premiery (Polska): 22.02.2013r. 

Jeśli lubicie amerykańskie kino niezależne – takie, które pokazuje nam Roman Gutek na American Film Festivalu, jakie firmują Lynn Shelton („Siostra Twojej Siostry”), Mark Duplass czy Jonathan Levine – t powinna wam przypaść do gustu najnowsza produkcja, która trafia właśnie na ekrany naszych kin.

Prosta historia, w której na swój sposób urocza Aubrey Plaza (uwielbiana przeze mnie w „Pakrs & Recreation”) wyrusza by sprawdzić, kto napisał tajemnicze ogłoszenie w gazecie, w którym poszukuje partnera do podróży w czasie.

Podobnie jak wspomniany przeze mnie wyżej film Shelton, w którym nota bene też gra Mark Duplass, „Na własne ryzyko” wyróżnia serce, które włożyli w film twórcy i aktorzy.  Film Trevorrowa ma niewątpliwy urok. Ogląda się go łatwo i przyjemnie polecam go wszystkim tym, którzy szukają remedium na smutną szarą rzeczywistość końca zimy.

Promised Land

reż. Gus Van Sant

wyst. Matt Damon, John Krasinski, Frances McDormand

data premiery (Polska): 22.02.2013r. 

Gus Van Sant zgodził się wyreżyserować film oparty na scenariuszu Matta Damona i Johna Krasinskiego. Początkowo Damon miał samemu reżyserować film, jednak dobrze chyba, że powierzył to bardziej doświadczonej osobie, bo efekt mógłby być gorszy, niż jest.

„Promised Land” to prosta historia, dziejąca się w małej mieścinie USA. Jakiej i gdzie? To nieważne, bo słowami bohaterów dwie godziny poza każdym większy miastem wygląda jak Kentucky”. Przesłanie jest więc jasne – ta historia mogła zdarzyć się wszędzie. Damon i McDormand grają przedstawicieli dużego koncernu wydobywczego, którzy skupują grunty od pierwotnych właścicieli. Przeszkadzać im zaś próbuje przedstawiciel radykalnej grupy ekologicznej – w tej roli Krasinski. Niestety Panowie dodali też do tego wątek miłosny – jest więc zainteresowana oboma panami Rosemarie DeWitt – powoli etatowa postać drugoplanowa w kinie niezależnym.

Historia prosta i wiele okazji by ją spieprzyć. Tymczasem „Promised Land” ogląda się dobrze. Moralizatorstwo nie jest tu zbyt nachalne (poza obowiązkową hollywoodzką końcówką), aktorzy przyzwoici, a antykorporacyjne przesłanie na czasie. „Promised Land” można łatwo krytykować, ale można też po prostu zobaczyć. I to nawet z umiarkowaną przyjemnością.

 

Niedziela z… Oscarami

24 Lu

To już dziś najważniejsza dla Hollywood noc, kiedy tworzą się gwiazdy nowe, a stare błyszczą najjaśniej. Rozdanie nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej potocznie zwanych Oscarami. Ten rok był dziwny,c o podkreślają wszyscy, najpierw świetne recenzje „Argo”, potem dużo pozytywnego „buzzu” wokół Spielberga, następnie deszcz nagród dla Kathryn Bigelow i jej „Zero Dark Thirty”, potem zaś kontrowersje wokół tego filmu, odbierające mu część zwolenników. W końcu kontrowersyjne w tym roku nominacje Akademii, pominięcie Bigelow, Hooppera i Afflecka, któe poskutkowało zwróceniem się sympatii głosujących w Gildiach do „Argo”. Jak więc potoczy się ten wieczór? Czy Akademia będzie chciała naprawić swoją decyzję, uznaną przez opinię publiczną za błąd, i nagrodzić film Afflecka? Czy też, skoro nie dali mu nominacji twardo będą obstawać przy swoim i nagrodzą Anga Lee, Haneke lub Spielberga?

Oto moje typowania – co wygra, a co wygrać powinno dzisiejszej nocy:

NAJLEPSZY FILM

OTRZYMA OSCARA:  Operacja  Argo (choć cały czas uważam, ze Akademia może jeszcze zaskoczyć)
POWINIEN OTRZYMAĆ OSCARA: Wróg Numer 1 (Zero Dark Thirty)

AKTORKA W ROLI PIERWSZOPLANOWEJ

OTRZYMA OSCARA: Jennifer Lawrence – Poradnik Pozytywnego Myślenia
POWINNA OTRZYMAĆ OSCARA: Emmanuelle Riva – Miłość

AKTOR W ROLI PIERWSZOPLANOWEJ

OTRZYMA OSCARA: Daniel Day-Lewis – Lincoln
POWINIEN OTRZYMAĆ OSCARA: Daniel Day-Lewis – Lincoln

AKTORKA W ROLI DRUGOPLANOWEJ

OTRZYMA OSCARA: Anne Hathaway – Les Miserables – Nędznicy
POWINNA OTRZYMAĆ OSCARA: Sally Field – Lincoln

AKTOR W ROLI DRUGOPLANOWEJ

OTRZYMA OSCARA: Tommy Lee Jones – Lincoln
POWINIEN OTRZYMAĆ OSCARA: Tommy Lee Jones – Lincoln

REŻYSERIA

OTRZYMA OSCARA: Steven Spielberg – Lincoln
POWINIEN OTRZYMAĆ OSCARA: Ang Lee – Życie Pi

SCENARIUSZ ADAPTOWANY

OTRZYMA OSCARA: Chris Terrio – Argo (zgodnie z logiką, jeśli „Argo” przegra tę nagrodę, raczej nie dostanie statuetki za Najlepszy Film)
POWINIEN OTRZYMAĆ OSCARA: Tony Kushner – Lincoln

SCENARIUSZ ORYGINALNY

OTRZYMA OSCARA: Mark Boal – Zero Dark Thirty
POWINIEN OTRZYMAĆ OSCARA: Michael Haneke – Miłość

FILM NIEANGLOJĘZYCZNY

OTRZYMA OSCARA: Miłość
POWINNA OTRZYMAĆ OSCARA: Miłość

ZDJĘCIA

OTRZYMA OSCARA: Claudio Miranda – Życie Pi
POWINIEN OTRZYMAĆ OSCARA: Claudio Miranda – Życie Pi

MONTAŻ
 
OTRZYMA OSCARA: William Goldenberg – Operacja Argo
POWINIEN OTRZYMAĆ OSCARA: William Goldenberg – Operacja Argo

CHARAKTERYZACJA

OTRZYMAJĄ OSCARA: Lisa Westcott, Julie Dartnell – Les Misérables – Nędznicy
POWINIEN OTRZYMAĆ OSCARA: Lisa Westcott, Julie Dartnell – Les Misérables – Nędznicy

SCENOGRAFIA

OTRZYMAJĄ OSCARA: Sarah Greenwood, Katie Spencer – Anna Karenina
POWINNY OTRZYMAĆ OSCARA: Sarah Greenwood, Katie Spencer – Anna Karenina

KOSTIUMY

OTRZYMA OSCARA: Anna Karenina
POWINNA OTRZYMAĆ OSCARA: Anna Karenina

MUZYKA

OTRZYMA OSCARA: Mychael Danna – Życie Pi
POWINIEN OTRZYMAĆ OSCARA: John Williams – Lincoln

PIOSENKA

OTRZYMA OSCARA:  „Skyfall” – muzyka i słowa Adele Adkins i Paul Epworth
POWINIEN OTRZYMAĆ OSCARA:  „Pi’s Lullaby” z Życia Pi

DŹWIĘK

OTRZYMA OSCARA: Operacja Argo
POWINIEN OTRZYMAĆ OSCARA: Les Miserables

MONTAŻ EFEKTÓW DŹWIĘKOWYCH

OTRZYMA OSCARA: Skyfall
POWINIEN OTRZYMAĆ OSCARA: Wróg numer jeden

EFEKTY WIZUALNE

OTRZYMA OSCARA: Życie Pi
POWINNO OTRZYMAĆ OSCARA: Życie Pi

Pomijam krótki metraż i dokumenty, bo większości nie widziałem, nie chcę się więc wypowiadać. Mój komentarz do gali i, mam nadzieję, więcej filmowo-muzycznych wpisów już wkrótce.

Niedziela z… nowymi serialami

17 Lu

Dwa tygodnie temu  uporałem się z częścią nowych seriali. Dziś część druga. Żeby nie było, że żaden z nowych seriali mi się szczególnie nie podoba, to dodam, że te które wiernie oglądam też zaczynają mnie irytować. W „Glee” konfiguracje związków głównych bohaterów osiągają już absurdalne poziomy pomysłowości, w „Suits” scenarzyści tak skupili się na ciągnięciu wątku z pierwszej połowy drugiego sezonu, że zapomnieli chyba już za co widownia polubiła ten serial wcześniej, „Chirurgów”  ani „Shameless” po prostu nie da się już oglądać, a i „Modern Family” coraz bardziej się powtarza. Z nowych seriali, które opisałem dwa tygodnie temu póki co oglądam „The Following” oraz „Carrie Diaries”, ale tak naprawdę to czekam na powrót „Mad Men”, „Gry o Tron” i „Siostry Jackie”.

Deception

Szanse na utrzymanie się w TV: Na chwilę obecną umiarkowane

Kto za tym stoi? Liz Heldens (amerykańska wersja „Prime Suspect”, „Mercy”)

Kto przed kamerą? Meagan Good („Californication”), Tate Donovan i Victor Garber (obaj znani z filmu „Argo”),

O czym to? Zostaje zamordowana młoda dziewczyna z bogatej rodziny. Pani detektyw okazuje się być wychowaną w tej rodzinie jako córka służącej. W związku z tym FBI wysyła ją do infiltracji zepsutego rodu Bowers.

Plusy i minusy: Jeśli brzmi wam to zadziwiająco podobnie do emitowanego w konkurencyjnej stacji „Revenge” to macie zupełną rację. „Deception” to więcej tego samego – czyli melodramy rodem z „Dynastii” pomieszanej z tanią sensacją. Niestety, nikt w tym serialu nie gra tak dobrze jak Madeleine Stowe w „Revenge”, z drugiej strony tutaj (póki co) nie ma idiotyzmów w stylu mistrzów ninja trenujących główną bohaterkę. Ale takie seriale mają tendencję głupienia w tempie szybszym niż pocisk. Nie wróżę więc tej produkcji nic dobrego. Aha, dodam, że mnie już fatalny montaż pierwszej sekwencji odrzucił. Reszta odcinka nie była lepsza.

Werdykt: Ma szansę znaleźć swoją widownię i chyba znalazł, bo po 6 tygodniach ratingi mówią o widowni porównywalnej z główną konkurencją, czyli „Revenge”.

Do no harm

Szanse na utrzymanie się w TV: serial zdjęto po 2 odcinkach

Kto za tym stoi? David Schulner („The Event”)

Kto przed kamerą?  Steven Pasquale („Rescue me”)

O czym to? To w umie niezbyt ważne, ale niech będzie. Otóż wyobraźcie sobie, że to o lekarzu, który od 7 do 18 ma normalną, miła osobowość, potem zaś, jeśli nie weźmie leków, zmienia się w obleśnego pana Hyde’a. Serio.

Plusy i minusy: Serial miał najniższą w historii oglądalność w swej kategorii (premierowa produkcja w środku sezonu na jednej z „czterech wielkich” czyli ABC, NBC, Fox, CBS), został więc zdjęty szybciej niż się pojawił i nic dziwnego. nie wiem kto przy zdrowych myślach mógłby obejrzeć pilota i nie pękać ze śmiechu ewentualnie kręcić głową z zażenowaniem/politowaniem.

Werdykt: NIE. Chyba, że dla śmiechu.

Legit

Szanse na utrzymanie się w TV: Umiarkowanie niskie

Kto za tym stoi? Jim Jefferies – stand-upowiec z Australii

Kto przed kamerą? Jefferies, DJ Qualls („Road Trip”), Mindy Sterling („Austin Powers”, „Gotowe na Wszystko”)

O czym to? O Australijczyku, który przyjeżdża do USA.

Plusy i minusy:  Ze stand-upem jest różnie. Ja osobiście lubię niektórych standupowców, innych zaś nie znoszę, mimo że żarty mają bardzo podobne. Jefferies w moim przypadku wpadł do tej drugiej kategorii. Już w pierwszych minutach pojawia się monolog o umierającej matce bohatera, który nie że mnie zniesmaczył, bo to niełatwe, jednak w ogóle mnie nie rozbawił. Ten jeden odcinek który obejrzałem był pewien wywołującego co najwyżej obleśny rechot męskiego, szowinistycznego i taniego humoru. Na pewno znajdzie to swoją widownię, jednak sądzę, że nie za dużą.

Werdykt: Nie sądzę by serial długo przetrwał.

 

Monday Mornings

Szanse na utrzymanie się w TV: ciężko ocenić, ale póki co chyba spore

Kto za tym stoi? David E. Kelley („Harry’s Law”, „Ally McBeal”)

Kto przed kamerą? Ving Rhames (seria „Mission: Impossible”), Alfred Molina („Frida”, „Spider-man 2”), Jamie Bamber („Battlestar Galactica”)

O czym to? O grupce chirurgów i ich prywatnych i służbowych perypetiach

Plusy i minusy: Serial jest praktycznie identyczny jak fabuła „Chirurgów”, choć stara się być mniej glamour i bardziej dbać o realizm, co oznacza inne filtry w użyciu u operatora i że wszystko jest nieco bardziej szare. Powiem szczerze, że zaskoczyło mnie jak mało niespodzianek oferował pierwszy odcinek. Nie był w ogóle zbyt ciekawy ani jeśli chodzi o zagadki medyczne, ani jeśli chodzi o wątki prywatne (a już wątek z ojcem jednego z chirurgów był… hmmm… rodem z „Chirurgów” właśnie). Nie wiem czy w tych czasach tak mało nowatorskie podejście do serialu ma rację bytu.

Werdykt: Typowy średniak.

Motive

Kto za tym stoi? Daniel Cerone („Mentalista”, „Dexter”)

Kto przed kamerą? Kristin Lehman („The Killing”), Louis Ferreira („Gwiezdne Wrota: Wszechświat”)

O czym to? To typowy serial proceduralny, ale z nowatorskim podejściem – publiczność od startu wie, kto zabił.

Plusy i minusy: Największym plusem tego serialu jest humor i Kristin Lehman. Największym minusem jest silenie się na nowatorskość. Nie przepadam za serialami kryminalnymi, ale wydaje mi się (z tego co pamiętam z czasów kiedy takie seriale mnie kręciły), że cały „fun” polega właśnie na zgadywaniu kto jest mordercą. Kiedy zabiera się widzom te wiedzę te 40 minut polegające na składaniu faktów zaczyna naprawdę męczyć. Całe szczęście, że czas ten umila przynajmniej świetna Lehman, która wchodzi w buty swej postaci w sposób naturalny i ze zdrową dawką nieco cynicznego humoru.

Werdykt: Dziwadło. Obawiam się, że widownia powie mu „Nie”.

Zero Hour

Szanse na utrzymanie się w TV: Bardzo małe.

Kto za tym stoi? Paul Scheuring („Prison Break”)

Kto przed kamerą? Anthony Edwards („Ostry Dyżur”), Jacinda Barrett („Suits”), Ken Leung („Lost”), Michael Nyqvist („Mission Impossible: Ghost Protocol”)

O czym to? To jakby „Kod Da Vinci” tyle, że wyścig trwa o zegary należące do reinkarnowanych w latach 30-tych apostołów, którzy skrywali się przed nazistami. Brzmi idiotycznie? To ledwie wierzchołek góry lodowej.

Plusy i minusy: Przyznaję szczerze, że nawet dobrze się bawiłem na pilotowym odcinku mimo tego, że poziom idiotyzmów rósł z każdą minutą. Mamy tu dziennikarza z gazety a’la „Fakty i mity”, któremu żonę porywa terrorysta, który tak naprawdę jest wyprodukowanym przez nazistów mutantem, mutantem którego bali się zakonnicy strzegący tajemnicy zegarów należących do nowych wcieleń apostołów itd itp. Jest to rozrywka ewidentnie klasy B i gdyby nie fakt, że zapewne za 2-3 tygodnie zniknie z anten ( to kolejny negatywny rekord oglądalności, tym razem dla ABC) i wszyscy o niej zapomną, to przyznaję bez bicia że jako „guilty pleasure” mógłbym obejrzeć nawet cały sezon.

Werdykt: Chyba jednak nie warto.

W kinach: Nieulotne (recenzja)

14 Lu

Nieulotne

reż. Jacek Borcuch

wyst. Jakub Gierszał, Magdalena Berus, Andrzej Chyra

data premiery (Polska): 8.02.2013r.

„Impresja” – to pierwsze słowo, które przyszło mi do głowy po wyjściu z kina. Nie poczułem jakbym obejrzał pełnoprawny film, bardziej właśnie impresję, która inspiracje ma wielkie – Van Sant, Dolan, może nawet Antonioni. Efekt jednak jest, moim zdaniem, mizerny. Czułem jakbym zobaczył film z jedynie naszkicowanymi konturami postaci i fabuły i konsekwentnie w ten sposób zrealizowany.

Pewnie już moi czytelnicy wiedzą, że to historia Michała i Kariny. Ich wakacyjnej miłości przerwanej mrocznym wydarzeniem. To historia końca niewinności, pierwszego uświadomienia sobie, że nasze decyzje na zawsze zostają z nami. I ja z reguły lubię takie filmy, o podobnych momentach opowiadają w jakiś sposób niektóre z moich ulubionych filmów. Tylko, że w tamtych filmach żeby poczuć wagę tych chwil trzeba poczuć sympatię do bohaterów.

Tymczasem u Borcucha jest to niemożliwe, bo poza tym że ładnie oni wyglądają to nic o tych bohaterach nie wiemy. Niby Karina jest tu ważniejsza, ale o Michale wiemy przynajmniej że nurkuje i fascynuje go motoryzacja, a o Karinie nic. Poza tym, że na początku w dialogu sztucznym jak uśmiech polityka opowiada Michałowi o gwiazdach. Gierszał bardziej tu wygląda i czaruje swoim magnetyzmem, niż gra. Berus zaś jest – moim zdaniem przynajmniej – jeszcze bardziej nieznośna niż w „Bejbi Blues”. Tyle że w tamtym filmie wydawało mi się, że taka ma być.

Kolejną wadą filmu jest to, że jest przeciągnięty do granic możliwości. Jeśliby wyeliminować z niego sceny zbędne np. te, w których bohaterowie gdzieś jadą albo siedzą i myślą, zostałoby materiału może na 40 minut. I gdybym obejrzał taki pięknie sfotografowany krótki metraż, pewnie tak bym nie narzekał jak dziś. „Czego się spodziewałeś? Przecież wiadomo było, że ten film nie wpłynie jakoś na Twoje życie?” – pyta mnie koleżanka. Oczekiwałem chyba, że albo zobaczę kino opowiadające jakąś historię, a jeśli już takie bardziej impresyjne, to może chociaż skupione na postaciach i ich relacjach. Kino, w którym czuje jakąś prawdziwość, a nie taką metaforyczną płaskość. „Gdyby tam było więcej dialogów, druga część mogłaby być nieznośnie kiczowata, jakkolwiek by Borcuch tego nie powiedział” – mówi mi inna koleżanka. Może i racja, tylko po co w takim razie mówić o czymś, skoro nie chce się powiedzieć nic?

TV or not TV: Grammy Awards 2013

11 Lu

Modne jest czasem, zwłaszcza w polskich mainstreamowych czasopismach, mówienie i narzekanie na muzyczny mainstream. Dziwne, że skoro jest tak źle to wszelkie gale nagród mówią zupełnie co innego. Niby u nas jest kiepsko, ale Fryderyki zgarniają Julia Marcell i Ania Rusowicz, Maria Peszek czy brodka – i ich płyty też się najlepiej sprzedają, a na koncertach ciągle są tłumy. Ale narzekanie siedzi nam we krwi, więc pewnie tak musi być. Nie o tym jednak chciałem dziś pisać, a o nagrodach Grammy.

Nagrody Grammy jak co roku pokazały wielką różnorodność świata muzyki – triumfowali, zupełnie zasłużenie, fun!,  Gotye, The Black Keys, Mumford & Sons, Frank Ocean czy Adele. Ale triumfowali też KellY Clarkson (pierwsza zwyciężczyni amerykańskiego Idola) czy Skrillex. Pełną listę zwycięzców możecie obczaić na oficjalnej stronie. Galę otworzyła cukierkowa Taylor Swift, która robi pop dla nastolatek, ale robi to całkiem dobrze i nie zamierzam jej krytykować. Potem na gali było mniej lub więcej ciekawych i w miarę udanych występów, jednak żadnego specjalnie zapadającego w pamięć. Może poza hołdem dla Levona Helma, zmarłego lidera zespołu Band, w którym pojawili się m.in członkowie Alabama Shakes i Mumford & Sons oraz Elton John.

W stylowy sposób i ze sporą klasą na scenę wrócił justin timberlake, choć jego nowe kompozycje na razie mnie nie przekonują. Bruno Mars dostał w czasie „Locked out of heaven” wsparcie od samego Stinga, potem panowie wykonali „Walking on the moon” by zakończyć hołdem dla Marleya – „Could you be loved” w towarzystwie Ziggy’ego i Damiana MArleyów oraz Rihanny. Na papierze brzmi świetnie, a wyszło ok, ale bez jakiegoś specjalnego szału. W sumie to samo mogę powiedzieć o całej gali. Oglądało się, ale ciągłe podkreślanie prowadzącego LL Cool J’a, że już za chwilę na scenie kolejny „klasyczny Grammy moment” brzmiały niestety jak zaklinanie rzeczywistości.

Long story short – 012 – Muzyka i teledyski

8 Lu

O części z tych piosenek, które pojawiają się poniżej, już pisałem. Część wykonują artyści, których lubię i lubiłem zawsze, a część to zupełnie nowe zjawiska. Dziś zapraszam na przegląd nowości muzyczno-wizualnych.

Mikky Ekko  to nazwisko, o którym dopiero robi się głośno.  Poza powyższą piosenką i featuringiem u Rihanny ma on na swym koncie już 3 epki, ale dopiero robi się wokół niego spory szum. 10 lutego ukazuje się najnowsza epka „Tracks” zawierająca „Pull me down” plus remiksy oraz cover The xx, który Ekko wykonał w programie BBC1 Live Lounge.

 

W kwietniu ukaże się natomiast nowa płyta Noviki. To chyba jedno z bardziej oczekiwanych przeze mnie wydawnictw polskich w tym roku. Bardzo lubię głos i styl piosenek Kasi Nowickiej, która z lekkością i stylem surfuje po muzycznych falach. Płytę zapowiada powyższy singiel. Fajny, prosty teledysk i bardzo dobry kawałek, choć jeszcze bardziej synthpopowy niż poprzednie dokonania Noviki.

Po dłuższej przerwie pojawiają się pierwsze oznaki tego, że wraca też wokalistka, do której Novika była często porównywana, czyli Roisin Murphy. Pierwszy teledysk ma ciekawy klimat i może być zapowiedzią kolejnej świetnej płyty. Oby, bo czekamy już na nią dobrych kilka lat (w tym roku będzie 6!), a takie przedłużające się czekanie ma to do siebie, że rozbudza zanadto oczekiwania, a jednocześnie budzi wątpliwości czemu artysta aż tak długo pracuje nad materiałem. Czy nagrane jeszcze w 2011 roku i krążące od ponad roku w necie  „Simulation” zapowie nowy krążek? Czy skończy się tak jak z Edytą Bartosiewicz?

Po 6 latach wraca też zespół  Sistars w prawie całym pierwotnym składzie (zmienił się tylko, po raz drugi, perkusista zespołu). Jak na razie mamy singiel „Ziemia”, który zadebiutował w radiowej Trójce. „Ziemia” – łagodna kołysząca ballada z „natchnionym” tekstem. Jak na „comeback” to trochę za mało. mi się średnio ten kawałek podoba, bo mam wrażenie że każdy już tak mocno poszedł swoją własną muzyczną drogą, że kompromis wyszedł miałki i nieco nijaki. Ale na płytę poczekam i tak z przyjemnością.

O Ms Mr pisałem już kilka razy. Ich debiutancka płyta „Second Hand Rapture” ukaże się pod koniec maja. W teledysku „Fantasy” mamy – jak to ładnie określił ktoś w komentarzach na Youtube – „to, co każdy popowy teledysk mieć powinien: niebieskie peruki, piękne futerka i rzygające brokatem cheerleaderki”. MTV kiedyś grało takie rzeczy, a teraz zostają nam blogi i internet. Miejcie oczy i uszy otwarte, Ms Mr mogą przejąć ten rok w blogosferze.

Kolejna propozycja to debiutantka. Lorine Chia wydała już własnym sumptem płytkę, ale to właśnie „Crazy Things” oparte na samplu z „Lights” Ellie Goulding najbardziej wpadło mi w ucho. Plus teledysk też jest super. Polecam znaleźć całą płytkę Lorine, do pobrania bodajże za darmochę z jej oficjalnej strony.

Woodkid nie powinien nagrywać płyt. Powinien nagrywać DVD z samymi muzycznymi obrazkami. Kolejny po genialnym „Iron” i „Run Boy Run” obrazek do „I Love You” zwiastuje pełnoprawny album wokalisty. I ja mam serio nadzieję, że będzie wersja z pełnometrażowym dvd. Premiera płytki 18 marca.

O Rhye też już pisałem kilkakrotnie. Ci, którzy słyszeli już ich debiutancką płytę mówią, że warto zdecydowanie. „Woman” zawiera 10 piosenek i ukazuje się już 4 marca. I – po raz kolejny- ten zespół to wbrew wszelkim pozorom dwóch facetów – Robin Hannibal  i swojsko brzmiący Mike Milosh. Grupa wypuściła drugi, tym razem oficjalny, klip do „Open”, które nie znudziło mi się od zeszłej wiosny, więc na „Woman” czekam z niecierpliwością przebierając nogami.