Archiwum | Styczeń, 2013

TV or not TV: 30 Rock (Rockefeller Plaza 30)

30 Sty

Już jutro po siedmiu latach zakończy się serial, o którym sama twórczyni mówi, że „nigdy nie spodziewała się, że potrwa dłużej niż sezon”. Oglądany przez małą, ale wierną publiczność. wielokrotnie nagradzany, uwielbiany przez młodą nowojorską inteligencję i krytyków, naszpikowany odniesieniami do popkultury, polityki, a nawet historii USA. Mój ulubiony serial komediowy – 30 Rock.

Historia tego serialu zaczęła się, kiedy Lorne Michaels – legendarny producent show komediowego SNL – zaczął namawiać jedną ze scenarzystek SNL, Tinę Fey, by napisała serial o kulisach powstawania tego show. I tak właśnie „30 rock” opisuje historie zza kulis powstawania popularnego show komediowego i perypetie jego głównej scenarzystki – Liz Lemon. Liz musi sobie radzić z nową, kompletnie nieobliczalną gwiazdą – Tracym Jordanem (postać jest luźno oparta na odtwarzającym go komiku Tracym Morganie), z dotychczasową największą gwiazdą show – Jenną (znana wcześniej z Ally McBeal Jane Krakowski) oraz nowym szefem NBC – Jackiem Donaghy (Alec Baldwin).

Wyjątkowy show, oparty na ujęciach z jednej kamery nigdy nie ukrywał, że jego największą siłą są szybkie i inteligentne dowcipy oraz satyra na środowisko Nowego Jorku, w szczególności zaś bohaterów i decydentów telewizji. Jak wyliczono w artykule w ostatnim Rolling Stone średnio w tym show pada ok. 10 dowcipów na minutę. Rolling Stone podczas wyprawy za kulisy odkrył też znaną doskonale prawdę – nawet rodziny niektórych aktorów nie łapią referencji i nie potrafili wciągnąć się w show. Podobnie jak większość Amerykanów. Stąd show skazany był co najwyżej na kultową popularność, jednak przyzwoita widownia i wsparcie krytyków pozwoliły mu się utrzymać na antenie przez 7 lat.

Show przerysowuje świat showbiznesu i wielkiej telewizji, nie stroni też od aluzji do polityki. Tutaj zaś wbrew pozorom i poglądom twórców w serialu to najczęściej zaciekły republikanin Donaghy ma we wszystkim rację. Twórcy uznali bowiem, że to bardzo zabawny paradoks. Wszystkie postaci są przerysowane i napisane grubą kreską, a jednak kwestie przez nie wypowiadane są nadzwyczaj inteligentne i zabawne. Brak tutaj humoru, w jaki obfituje „The Office” czy „Jak Poznałem Waszą Matkę”. Aktorzy wpisują się doskonale w konwencje i grają  na sporym przerysowaniu. Fey jest tu więc bardziej szaloną wersją samej siebie, Baldwin gra szczwanego biznesmena i jest to rola jego życia, Krakowski jest idiotką, która nosi w sobie przerysowanie wszystkich złych cech, które zwykle przypisujemy aktorkom. Morgan-Jordan zaciera granice fikcji i prawdy w umiejętny, często przegięty sposób. Ale jest tu też sporo innych ciekawych postaci, z których każdą dało się w jakiś sposób polubić takich jak np. stażysta Kenneth czy wierni pomocnicy Tracy’ego- Grizz i Dot-Com.

Przez te lata przez show przewinęła się plejada gwiazd – nie do końca normalnych facetów Liz zagrali m.in Jon Hamm („Mad Men”) czy Matt Damon, w roli podstarzałej mentorki-scenarzystki mieliśmy Carrie Fisher („Gwiezdne Wojny”), zagrali też. m.in Oprah Winfrey,  Whoopi Goldberg, Isabella Rossellini, raperzy LL Cool J i Ghostface Killah, Paul Giamatti, Steve Buscemi, Susan Sarandon, a nawet Paul McCartney czy Al Gore. Lista ciągnie się i ciągnie i tylko świadczy o tym, jak bardzo serial jest uwielbiany we własnej branży. Tylko w finałowym odcinku trzeciego sezonu „Kidney Now” – jednym z najbardziej szalonych odcinków, w którym stacja organizuje zbiórkę pieniędzy na przeszczep nerki dla ojca Jacka –  zobaczyliśmy stylizowany na „We Are The World” fikcyjny występ, w którym pojawili się m.in  Adam Levine z Maroon 5, Sheryl Crow, Mike D i Adam Horovitz z Beastie Boys, Moby, Wyclef Jean, Norah Jones czy Cyndi Lauper. W jakim innym serialu zobaczylibyście coś takiego?

Świadczą o tym również nagrody, jakie serial zdobył przez lata – 13 nominacji i 6 zamienionych na Złote Globy, 94 nominacje do nagrody Emmy  zamieniły się 14 statuetek (w tym 3 lata z rzędu na tę najważniejszą – dla Najlepszego Serialu Komediowego), a w ubiegłą niedzielę Tina Fey i Alec Baldwin odebrali nagrody SAG (gildii aktorów).  Jutro natomiast cała historia zakończy się, zapewne jak zwykle w nieoczekiwany i nieco szalony sposób. Przez te siedem lat zaś „30 rock” pokazało, ze inteligentny i absurdalny humor wciąż ma miejsce w tzw. „primetime television”. Będę niesamowicie tęsknił za tym serialem.

Reklamy

Oscar Race: Zero Dark Thirty (recenzja)

28 Sty

 

„Argo” wysuwa się na prowadzenie. Tylko w ten weekend film Afflecka zdobył nagrodę Gildii Producentów (PGA) oraz nagrodę dla zespołu aktorskiego na nagrodach Gildii Aktorów (SAG). Tym samym można przewidzieć, że w tej chwili stał się faworytem w wyścigu o najważniejszą nagrodę – dla najlepszego filmu – na Oscarach. Z innych wydarzeń na SAG Hathaway podtrzymała cykl wygrywając kolejną nagrodę, podobnie jak Daniel Day-Lewis. Jennifer Lawrence natomiast zyskała pewną przewagę nad Jessicą Chastain, co nie znaczy że ta druga wciąż nie ma szans na Oscara. O grudniowym deszczu nagród dla „Zero Dark Thirty” wszyscy zdają sie powoli zapominać. Dla mnie jednak film Bigelow wciąż pozostaje jednym z najważniejszych amerykańskich obrazów zeszłego roku. Dziś moja recenzja „Zero Dark Thirty”.

Zero Dark Thirty/Wróg Numer 1 

reż. Kathryn Bigelow

wyst. Jessica Chastain, Kyle Chandler, Jennifer Ehle, Jason Clarke, Joel Edgerton

Data premiery (Polska): 8.02.2013r.

Jeśli ze zwiastunów odebraliście ta historię jako pean na cześć „naszych dzielnych chłopców” walczących  terroryzmem, prawych i pełnych odwagi, to pomyliliście się. Gdyby tak było film nie wywołałby tylu kontrowersji w USA, powodując śledztwo w Senacie i kampanię czarnego PR-u wobec twórców filmu. Film Bigelow to zupełnie inne zwierzę. Inne niż jej poprzedni film („The Hurt Locker”) o dylematach saperów, który przyniósł jej Oscar a reżyserię (pierwszego w historii dla kobiety) innego niż podszyte komedią i dużo bardziej hollywoodzkie „Argo”. Film Bigelow jest gorzką pigułką, przede wszystkim dla samych Amerykanów.

Mark Boal podobno miał napisane ok. 80% scenariusza, kiedy świat obiegła wiadomość o zabiciu przez grupę komandosów Bin Ladena.  Boal, który napisał wcześniej oparty na spostrzeżeniach z Iraku scenariusz do „The Hurt Locker”, tym razem podszedł do tematu jeszcze bardziej reportersko. Według tego, co twierdzi scenarzysta, przepytał on bardzo wiele osób zaangażowanych w polowanie na terrorystę, który stał się twarzą wszystkich ataków na Amerykę. Boal i Bigelow uczynili głównym bohaterem fikcyjną postać – Mayę. Zasadniczą urzędniczkę i oficera śledczego, która nie spocznie dopóki nie zakończy tego co zaczęła. Dzięki temu, że polowanie na Bin Ladena zakończyło się sukcesem, film zyskał dodatkowy trzeci akt oraz doskonałą pointę w postaci niesamowitej ostatniej sceny.

 

Nie wchodząc w szczegóły fabuły, którą każdy z nas przynajmniej w jakimś stopniu zna, można odczytać ten film na kilku poziomach.  Maya symbolizować może na jednym poziomie żądną sprawiedliwości (zemsty?) Amerykę. Uosabia opinię publiczną, jednocześnie samemu będąc bezgranicznie oddana sprawie. Z początku jedynie z poziomu urzędnika, z czasem zyskuje też personalne motywy by doprowadzić ją do końca. Na dużo prostszym poziomie film jest wyjątkowy, bo nawiązuje nieco do sytuacji samej Bigelow – Maya jest najtwardszą kobietą w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Zadziwiająco przypomina to przebieg kariery samej reżyserki.

Duże brawa też dla Jessici Chastain, która naprawdę zaczyna być Meryl Streep swojego pokolenia. W wieku 35 lat gra role różnorodne, każdej oddając się bezgranicznie i tworząc genialne postaci, a jednocześnie ciągle pozostając sobą. Nie wiem czy to była najlepsza kreacja roku, ale niewątpliwie na tyle silna by zasłużyć na wszystkie zaszczyty, które teraz na aktorkę spadają.

Film każe Amerykanom przejrzeć się w lustrze i zapytać: czy warto było? Czy wojna z terrorem dała wam efekty, których szukaliście? Satysfakcję, której chcecie? Bigelow, po raz kolejny, nie daje łatwych odpowiedzi, pozostawiając widza z uczuciami cokolwiek mieszanymi. I za to należą się reżyserce ogromne brawa.

Moje zastrzeżenia do filmu tyczą się kilku wyborów estetycznych. I nie mam tu na myśli bynajmniej scen tortur. Bardziej budzi moją wątpliwość konieczność przypominania nam kolejnych zamachów, które miały miejsce – od 11.09 przez Londyn czy Bali.  Również mam wątpliwości, czy trzeci akt- sekwencja samego schwytania Bin Ladena, musiał być tak długi. Wiem jednak, że niektórzy recenzenci zobaczyli w nim dodatkowe wsparcie tez, jakie stawia ten film, pokazanie ogromnych dysproporcji sił w tej nietypowej wojnie. Szanuję to, niemniej jednak uważam, że trochę wydłuża ona film i miejscami zaczął mnie zwyczajnie nużyć.

Mimo kilku zastrzeżeń „Zero Dark Thirty” to film zdecydowanie warty uwagi, nawet jeśli dużo ważniejszy dla Amerykanów niż dla reszty świata.

Mini-analiza:

Obawiam się, że antyamerykańskość filmu może być zbyt trudna dla Amerykanów i ostatecznie większość statuetek, o które walczy film, trafi w ręce innych ludzi.  Największe szanse mają wciąż scenarzysta Mark Boal i Jessica Chastain. Czy opuszczą galę ze statuetkami dowiemy się 24.02.

 

Niedziela z… nową muzyką

27 Sty

Ponieważ muzyki słucham niezwykle dużo, a piszę o niej bardzo rzadko, to dziś postanowiłem właśnie skupić się na muzyce. Bo choć często coś wpada mi w ucho, to są to pojedyncze piosenki i sprawdzanie, kto, co, jak i dlaczego zajmuje mi trochę czasu. A że dziś mam czas, to jest to dobry dzień na przedstawienie wam paru nowych artystów. Mam nadzieję, że dźwięki się wam spodobają.

1. Viceroy feat. Chela – Dream of Bombay

O Cheli pisałem w ubiegłym tygodniu. O Viceroyu nigdy za wiele. Ten kalifornijski producent, który w swojej twórczości nigdy nie odchodzi daleko od plażowych klimatów. W końcu motto “Summertime, All The Time” zobowiązuje. Jego kolejny kawałek to mieszanka nostalgii za podróżą, latem i palmami. Idealne antidotum na zimową aurę.

http://viceroymusic.com/

2. Elliphant – Down on life

Pochodzi ze Sztokholmu, rozwinęła się zaś grając tour w Wielkiej Brytanii. Ellinor Olovsdotter czyli Elliphant sama siebie opisuje jako „nieślubną córkę M.I.A. i Diplo”.  Przyznaję, że „Down on Life” przez jakiś czas miałem prawie że zapętlone. Nie dziwią mnie w ogóle zachwyty branży od Guardiana przez NME i Pitchfork. Słowa „I need you to take all my shadows for a walk tonight” doskonale oddają potrzebę ucieczki przez styczniową deprechą. Polecam gorąco.

http://www.facebook.com/elliphantmusic

3. Gems – All I Eever

Pochodzą z Waszyngtonu, a nagrywali pierwsze piosenki na plaży w Karolinie Północnej. nic dziwnego, że są to kompozycje eteryczne, jakby z nieco innego świata. Minimalistyczna produkcja, ciekawe słowa, ale to co pozostaje najbardziej niezwykłe, to klimat. Rasowy dream pop w najlepszej odmianie.

http://www.gems-band.com/

4. Josef Salvat – This life

Poza tym, że pochodzi z Londynu, to niewiele o nim wiadomo. Josef Salvat ma jak na razie tylko tą jedną piosenkę, ale żeby każdy miał taki start… Fader napisał o nim „pop guy to watch” i coś w tym zdecydowanie jest.  Szkoda, że na razie nie za wiele o nim wiadomo.

http://www.josefsalvat.com/

5. Shy Girls – Under Attack

Shy Girls wręcz topią się w stylistyce lat 90-tych, a saksofon w „Under ATtack” brzmi prawie jak z wczesnych płyt Varius Manx. Wbrew pseudonimowi Shy Girls to jeden człowiek – Dan Vidmar – songwriter z Portland. Polecam też jego wcześniejszą epkę „Sex in the city”, też zatopioną w produkcji nawiązującej do klasyki R&B z lat 90-tych. Dobrze, że ktoś takie rytmy przywraca, a nie tylko w kółko „ejtis”.

http://shygirlsmusic.com/

6. MsMr – Fantasy

O MsMr pisałem już przy okazji najlepszych epek pierwszej połowy ubiegłego roku oraz bodajże przy okazji najlepszych piosenek roku. Po świetnej epce, któa pokazała ich możliwości, dają nam w końcu przedsmak pierwszej autorskiej płyty, która ma ukazać się 14 maja. Czekam z niecierpliwością, bo jak na razie nie zawiedli mnie ani razu.

http://www.msmrsounds.com/

7. Camera2 – Just about made it

„Just about made it” to ich debiutancki singiel. Świetny kawałek, który uwodzi bitem i zmieniającym się rytmem oraz subtelnie uwodzącym wokalem. Teledysk mnie nie powalił, ale piosenka jest naprawdę dobra i sprawia, że poczekam z przyjemnością na ich następne dokonania. Zresztą to pierwszy z wielu, bo grupa nakręciła ponoć teledysk do każdej z piosenek na albumie, a motywem wspólnym jest ten 9-letni chłopiec, który pojawia się w wideo oficjalnym do piosenki (ja jednak zdecydowałem się zamieścić wersję ze studio). Camera2 to czwórka z Brooklynu wywodząca się z różnorodnych kapel m.in Smashing Pumpkins czy Teddybears.  Zobaczymy, kiedy pokażą zapowiadane na grudzień 2012 kolejne dokonania.

http://camera2.com/

8. London Grammar – Hey now

Hannah, Daniel i Dot pochodzą z Londynu. „Hey Now” to ich debiutancki singiel. ZImowy bit przywodzi na myśl trochę Jessie Ware, która wybijała się mniej więcej o tej porze w ubiegłym roku, a trochę ulubieńców krytyki czyli the XX. Minimalistyczne, ale nie nudne. Choć niewiele wiadomo o nich, ciekaw jestem czy potrafią tak uwodzić cały czas, czy też „Hey Now” to jednorazowy strzał.

http://www.londongrammar.com/

9. Pale vV – Too much

Kolejny artysta z Londynu (tam to jest dopiero kopalnia talentów).  Znowu – niewiele o nim wiadomo, ale jego pierwsze single już krążą po blogosferze. Warto się w nie wsłuchać.

http://www.facebook.com/palemusic

10. Avec Sans – The Answer

Nieco mroczny elektroniczny pop prosto z Wliekiej Brytanii. Duet zaistniał przerabiając kawałek Bon Iver, ale teraz wraca z kolejnymi, pierwszymi autorskimi piosenkami. I jest to porywająca zapowiedź. Pojawiają się na wielu zestawieniach „nadziei 2013” i myślę, że nie bez powodu. Ten rok może być dla nich naprawdę wielki. Ich kawałki możecie póki co pobrać za darmo na ich Facebooku.

http://www.facebook.com/avecsansband

11. Xander The Great – Lock her down

Pod pseudonimem Xander The Great kryje się 20-letni raper multiintsrumentalista, który może szybko zdetronizować Franka Oceana. Ma za sobą tylko mixtape, z kórego pochodzi powyżej linkowane „Lock Her Down”, a w ten weekend jego debiutancki singiel poleciał w BBC.  Kilka dodatkowych kawałków krąży po internecie, więc nie powinniście mieć problemów by je znaleźć. „Lock Her Down” puszczam niezwykle często, jest coś w tym podkładzie, że chce mi się go słuchać w kółko.

http://www.facebook.com/xtgrxtgr

12. Chlöe Howl – No Strings

Gdyby Kate Nash nagrywałą na podkładach robionych przez Foster The People, pewnie efekt byłby podobny. „No Strings” to takie wyzwanie rzucone światu przez 17-latkę, która do potencjalnych wyrywających ją na imprezie rzuca „But fuck your no strings, and your ‚hey i’ll ring’s”. BVardzo fajny debiut, który może być zapowiedzią ciekawego talentu. Niestety równie dobrze może też być jednorazowym strzałem. I nie wiem czemu takie mam przeczucie, ale może zmienię zdanie jak usłyszę kolejne dokonania panny Howl.

http://www.chloehowl.com/

Long story short 012

26 Sty

Nowe „Star Wars” w końcu mają reżysera. J.J. Abrams – reżyser odpowiedzialny za sukces seriali  „Lost” i „Alias”, ale też za porażkę „Alcatraz’ i „Undercovers”, który ostatnio zrobił dwie części „Star Treka” i całkiem wdzięczny hołd dla wczesnego Spielberga czyli „Super 8”. Piszę to wszystko po to, by uzasadnić, że w moich oczach to reżyser o przebiegu kariery niczym sinusoida. Niektóre jego propozycje są dla mnie wysoce niestrawne, inne uważam za co najmniej dobre. WIem natomiast na pewno, że Abrams ma talent, dobrą rękę do wybierania aktorów i jest ogromnym fanem science-fiction jako gatunku. Jestem pewien, że ten zapatrzony w „Gwiezdne Wojny” reżyser zrobi wszystko, co w swojej mocy. Na razie nie wiem, czy się ekscytować czy nie. Poczekam chyba do pierwszego trailera albo chociaż poznania strzępków fabuły, albo chociaż obsady 😉

W dzień po Openerze na głównej scenie festiwalu wystąpi Rihanna. To bardzo fajny prezent dla Openerowiczów i bardzo sprytny chwyt marketingowy. Dzięki temu, że wstęp na koncert będzie bezpłatny z 4-dniowym karnetem na Festiwal, być może więcej dzieciaków zaryzykuje wyprawę na cały Festiwal i zapozna się z nową muzą (przy okazji nabijając kabzę Mikołajowi Ziółkowskiemu). Z drugiej strony, część festiwalowiczów (obstawiam, że tych starszych i bardziej nastawionych na rockowe oblicza Openera) pewnie odpadnie i zrobi miejsce na polu i pod sceną mieszkańcom Trójmiasta, którzy przyjdą zobaczyć księżniczkę popu. Tak czy owak pewnie będzie to wielki sukces frekwencyjny i kasowy. I kto wie, zapewne też bardzo fajny show.

Justin Timberlake pokazał nam najnowszy prawie teledysk (w konwencji modnego od jakiegoś czasu „lyric video”) do pierwszej piosenki z nowej płyty „20/20 Experience”. Sama płyta ukaże się 19 marca. Piosenkę już linkowałem pisząc o najbardziej oczekiwanych płytach 2013 roku, jednak nigdy nie pisałem, co o niej sądzę. Myślę, że – jak napisało już wielu przede mną – wielu ludzi cieszy bardziej czym ta piosenka nie jest, niż to czym jest. Dzięki Bogu, że nie jest to kolejna piosenka EDM (electronic dance music) w stylu Davida Guetty oparta na „tłustym bicie” i że nie jest to jakiś odpad z sesji nagraniowych do „Future/Love Sound”. Nie jest to może jakiś świetny numer, ale jest niezwykle przyjemny dla ucha, ma nowoczesną produkcję, ale klasyczny „feeling” i myślę, że podobnie jak z poprzednimi płytami Justina – pierwszy singiel zrobi miejsce dla kolejnych, dużo lepszych.

W Polsce to chyba nie było zbyt popularne, ale showman Jimmy Kimmel (taki trochę Kuba Wojewódzki light) zaczął parę lat temu rzekomy spór z Mattem Damonem. Wszystko oczywiście było ustawione, ale Kimmel zapowiadał go jako ostatniego gościa, tylko po to by na końcu nie wpuścić go na kanapę twierdząc, że mają zbyt mało czasu antenowego. Żart powtarzał potem w prawie każdym programie. Następnym krokiem była wojna na piosenki – Damon nagrał piosenkę „I’m fucking Matt Damon”, którą śpiewała ówczesna dziewczyna Kimmela, komiczka Sarah Silverman. W odpowiedzi na to Kimmel nagrał piosenkę… „I’m fucking Ben Affleck”, w której pojawiło się sporo gwiazd Hollywood. Oczywiście można narzekać, że kolejna sztuczność i epatowanie blichtrem Hollywood, a jednak mi takiego dystansu w polskich gwiazdach brakuje, dobrze więc że są te Amerykańskie. W czwartek Damon „porwał” cały show Kimmela i przerobił na swoją modłę, a pomogło mu w tym tyle gwiazd, że publiczność była zachwycona. Wyszło miejscami całkiem zabawnie.

 

Oscar Race: Nędznicy – Les Miserables (recenzja)

21 Sty

 

Najpierw słów parę o wyścigu Oscarowym. Globy, które komentowałem tydzień temu,  znowu zmieniły nieco perspektywę. Wygrał pominięty Ben Affleck i jego „Argo”, a niespodziewane poparcie dostał Quentin Tarantino. Czyli po raz nie widomo który w tym roku, wśród liderów wyścigu zakotłowało się.

W tygodniu, który nastąpił po Globach, do kontrataku w obronie swego wywołującego spore kontrowersje filmu przystąpiła na łamach LA Times Kathryn Bigelow. Nominacji do Oscara już i tak nie dostanie, ale film wciąż ma szansę na statuetki za Najlepszy Film, Scenariusz i dla Najlepszej Aktorki.

Popularny show SNL poprowadziła Jennifer Lawrence, której ktoś w monologu otwierającym napisał niezbyt dobry i niezbyt zabawny skecz, w  którym niby to atakuje swoje rywalki. Atakuje na niby, ale to wystąpienie wywołało negatywne komentarze analityków i blogerów, co może całkiem realnie obniżyć jej szanse w walce o pierwszego Oscara. Tak czy owak, wyścig trwa…

Do ceremonii został nieco ponad miesiąc, a ja wciąż nie napisałem ani o „Wrogu nr 1”, ani o „Nędznikach”. Dziś naprawiam jeden z tych błędów.

 

Nędznicy/Les Miserables

reż. Tom Hooper

wyst. Hugh Jackman, Russell Crowe, Anne Hathaway, Eddie Redmayne, Amanda Seyfried, Samantha Barks

data premiery (Polska): 25.01.2012r. 

Ponieważ w internecie, jak zwykle, kwitnie ignorancja i łatwo szerzy się niewiedza, zacznijmy od ustalenia kilku faktów. „Les Mis” nie jest adaptacją bezpośrednią powieści Victora Hugo, a adaptacją w całości śpiewanego (bez żadnych dialogów mówionych) musicalu, którego autorami są Claude-Michel Schonberg i Alain Boublil. Musical miał premierę ponad 25 lat temu i nieprzerwanie można go zobaczyć na West Endzie i Broadwayu, gdzie cieszy się niemalejącą popularnością. Od kilku lat można zobaczyć też wersję polską w Teatrze Roma (wcześniej swojej adaptacji dokonał też chyba Teatr Muzyczny w Gdyni). Oryginalna wersja broadwayowska zdobyłą 8 nagród Tony, a brytyjska została choćby nawet w 2012 uhonorowana nagrodą publiczności podczas przyznania Nagród im Laurence’a Oliviera nagrodą za „ulubiony spektakl”.  Umówmy się więc, że sam musical jest bardzo dobry. A teraz przyjrzyjmy się jego adaptacji.

Podczas trwającej ponad 2,5 godziny epopei Tom Hooper opowie nam historię Jean Valjeana (Hugh Jackman) – skazańca który łamie reguły swojego zwolnienia warunkowego, próbując stworzyć sobie szanse na nowe życie. W pościg zanim rusza prawdziwie bezlitosny pies gończy w osobie Javerta (Russell Crowe). Po drodze Valjean napotka poszkodowaną przez życie Fantine (Anne Hathaway), a w końcu zaopiekuje się jej córką Cosette. Wiele lat później zaś dorastająca Cosette (Amanda Seyfried), zakocha się w jednym ze studentów-powstańców Mariuszu (Eddie Redmayne) dosłownie w przeddzień studenckiego, antykrólewskiego powstania wielbicieli republiki.

Hooper nie robi nam lekcji historii. Podobnie jak w oryginalnym musicalu skupia się na emocjach bohaterów i ich personalnych przeżyciach. Wrażenie to potęguje jego sposób filmowania indywidualnych numerów muzycznych, polegający prawie zawsze na intymnym zbliżeniu kamery i skupieniu jej na twarzy śpiewającego aktora. Dzięki temu to właśnie od aktorów zależy fakt, czy kupimy te emocje i cała historię, czy nie. A aktorzy grają i śpiewają wybornie. Jedynym wyjątkiem jest niestety Russell Crowe, który bynajmniej nie śpiewa źle, ale ma na pewno najmniejszą wokalnie skalę i w rezultacie cały czas brzmi podobnie, w dodatku brzmi jakby się faktycznie męczył, a to psuje nieco wrażenie. Jeśli dodamy do tego fakt, że to pierwszy od czasu „Blues Brothers” musical, w którym aktorzy każdą piosenkę śpiewali na żywo na planie, mając jedynie w uchu słuchawkę z podkładem, to rodzi to do tej produkcji ogromny szacunek.

Hooper ma w dodatku bardzo dobry pomysł, zderza bowiem intymne numery muzyczne z rozmachem scenografii i efektów specjalnych, już od otwarcia filmu łapiąc widza za gardło. Skala zdarzeń jest tu bardzo dobrze widziana, prawie namacalna, i filmowi trudno w kwestii formy wiele zarzucić, choć spotkałem się z opiniami, że film zbyt szybko wyprztykuje się  tricków i w kółko chwyta się tej samej formy pokazywania piosenek, co faktycznie bywa nużące. Mnie osobiście aż tak to nie męczyło, choć faktem jest, że jeśli ktoś „nie kupi” tej formy i aktorów, równie mocno znienawidzi tego widowiska, jak inni mogli je pokochać.

Na początku dodatkowo trudno jest się faktycznie przyzwyczaić do faktu że każdy bez wyjątku dialog jest śpiewany, ale kiedy to wrażenie mija (po ok. 20 minutach), film ogląda się z ogromną przyjemnością. Ma on bowiem wszystkie cechy klasycznego hollywoodzkiego widowiska.

Wspomniałem wyżej o aktorach. Anne Hathaway przelewa całą duszę na Fantine i kiedy śpiewa „I dreamed a dream” to jest to tak realne i przejmujące, jak nigdy dotąd.  Hugh Jackman jest bardzo dobrym głównym bohaterem i szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie nikogo innego w tej roli. O zdolnościach wokalnych Crowe’a już pisałem, ale coś jeszcze nie pasuje w tej roli. W jego oczach nie ma tej nieugiętości, tej surowości, jaką powinien mieć w sobie aktor odtwarzający Javerta. Miłym zaskoczeniem jest natomiast Eddie Redmayne w roli Mariusa, który zaskakuje ciekawym wokalem. Samantha Barks jest tak dobra, że aż dziw bierze, że to jej pierwsza filmowa rola (wcześniej grała Eponine na deskach londyńskiego teatru). Natomiast nie do końca trafieni są dla mnie Sacha Baron Cohen i Helena Bonham-Carter, którzy kładą niestety popisowy numer swych postaci („Master o the house”).

Na koniec zostawiłem sobie to, co najważniejsze, czyli piosenki. Na braku dobrych piosenek wyłożył się choćby Rob Marshall w „Nine”. Tutaj tego problemu nie ma, bo Hooper wręcz kurczowo trzyma się oryginału, dopisując jedynie jeden krótki numer (napisany zresztą przez oryginalnych autorów) – „Suddenly”, który nic nie wnosi, ale też nic nie zabiera całości.

„Les Mis” to adaptacja bardzo wierna i nie wyobrażam sobie w tej chwili, jak można było lepiej zrobić filmową wersję tego ukochanego na świecie musicalu. Zdaję sobie sprawę, e to nie film dla wszystkich, niemniej jednak dla mnie osobiście to faworyt w niejednej Oscarowej kategorii w tym roku.

Mini-analiza:

Nie piszę o Oscarowych nominacjach, bo wiemy już, że film zdobył ich 8. Największe szansę na statuetkę mają oryginalna piosenka napisana przez Schonberga i Boublila (choć konkuruje ze „Skyfall” Adele) oraz Anne Hathaway za rolę drugoplanową. Hugh Jackman raczej przegra z Danielem Day-Lewisem, a czy film ma szanse na Oscara za Najlepszy Film? Jakieś tam ma, ale jeśli by wygrał byłby to ledwie drugi przypadek w historii gdzie wygrywa film bez nominacji dla reżysera (Akademia nie nominowała Hoopera), a biorąc pod uwagę, że film ten znalazł sporo przeciwników w Hollywood a Hooper zdobył dwa Osscary – za film i reżyserię – ledwie dwa lata temu, to szanse „Nędzników” maleją do minimalnych. W pozostałych kategoriach technicznych zaś film musi zmierzyć się przede wszystkim z dopracowanym technicznie „Życiem Pi”, co nie będzie walką łatwą.

Niedziela z… kinem przygodowym

20 Sty

Tak jak napomknąłem tydzień temu, dziś znowu do wyboru tematyki zainspirowała mnie książka. Tym razem było to „Zaginione Miasto Z” Davida Granna. Dla tego dziennikarza przygoda zaczęła się, kiedy po raz pierwszy usłyszał historię zaginionego w dżungli brytyjskiego odkrywcy, którego przez ostatnie 80 lat szukało wiele różnych ekspedycji i którego historia rozpala wyobraźnię.

W kinie przygoda zaczyna się różnie, czasem banalnie. Czasem od otrzymania przez pisarkę romansideł listu z mapą skarbów, czasem wtedy kiedy reżyser decyduje się kręcić swój film na owianej złą sławą wyspie, wtedy gdy do japońskiego obozu pracy trafia grupa brytyjskich jeńców, a czasem kiedy grupie młodych chłopców rozpala wyobraźnię trup znajdujący się w lesie parę kilometrów od domu.

Dlatego dziś subiektywnie o moich ulubionych filmach przygodowych, w kolejności chronologicznej. Na moment wrócę jeszcze do książki Granna – opcję na jej ekranizację wykupił dla swojego Plan B Brad Pitt, wkrótce więc może ją te zobaczymy na ekranie. A w międzyczasie namawiam do jej lektury.

1. King Kong – 1933

Film, który widziałem naprawdę sporą ilość razy w dzieciństwie. Nie pamiętam już, czy tak często powtarzano go w TV czy też ktoś na podwórku miał kopię na wideo. Tak czy owak, choć dziś może wydawać się śmieszny, wyobraźcie sobie co musieli czuć widzowie w kinach w 1933r. Ikoniczna produkcja, która zainspirowała setki naśladowców i która była pod każdym względem przełomowa. Również finał wszedł do historii kina. Jeśli ktoś nigdy nie widział, powinien jak najszybciej nadrobić ten błąd.

2. Most na Rzece Kwai – 1957

Klasyka i wg. AFI (American Film Institute) jeden z najlepszych filmów w historii kina. Najlepsze w nim jest to, że może poza niektórymi scenami „akcji” zupełnie się nie zestarzał, a piękne, doskonałe zdjęcia robią wrażenie do dziś. No i klasyczna już kreacja sir Aleca Guinnessa oraz finałowa sekwencja, która wciąż trzyma w napięciu.

3. Lawrence z Arabii – 1962

Drugi z epickich klasyków Davida Leana powstał po 5 latach i przyniósł kolejne siedem Oscarów. Tym razem kanwą historii jest pułkownik T.E. Lawrence, którego ścieżki nota bene w którymś momencie skrzyżują się także z Percym Fawcettem – bohaterem powieści Granna. To kolejny absolutny klasyk, który mam nadzieję zobaczyć kiedyś w kinie.

4. Deliverance – 1972

Czterech zwykłych facetów postanawia zorganizować spływ rzeką Cahulawassee. Niewinna wycieczka szybko zmieni się w walkę o przetrwanie, kiedy bohaterowie przetną drogę grupie „moonshiners” (przemytnicy nielegalnego alkoholu). Klasyczny dziś już film Johna Boormana wciąż może szokować. Pokazuje też, że czasem pragnienie przygody może się bardzo źle skończyć. Ciekawostka: ze względu na cięcia budżetowe aktorzy sami wykonywali większość swoich kaskaderskich scen.

5. Poszukiwacze Zaginionej Arki – 1981 i Indiana Jones i Świątynia Zagłady – 1984

Wiadomo. Gdyby to był ranking wg. popularności, te dwa filmy byłyby na jego szczycie. Wiem, że wielu ludzi nie lubi drugiej, osadzonej w Indiach części sagi, ale szczerze mówiąc to w dzieciństwie był mój ulubiony film, który widziałem bodaj jako sześciolatek, zasłaniając oczy przez pierwsze kilka lat oglądając scenę wyrywania serca… Mimo to „Poszukiwacze…” to oczywiście  najlepszy film przygodowy, pełen klasycznych dziś scen i dialogów. Ciekawostka: chociaż Ford był pierwszym wyborem Spielberga, sprzeciwił się autor scenariusza George Lucas, u którego Ford zagrał już w „Amerykańskim Graffiti” i „Gwiezdnych Wojnach”. Rolę miał dostać Tom Selleck, ale grał wtedy w „Magnum”. Ostatecznie Ford dostał rolę na 3 tygodnie przed rozpoczęciem zdjęć.

6. The Goonies – 1985

Kolejny kultowy film z czasów dorastania. Producentem był Steven Spielberg, za kamerą stanął zaś Richard Donner („Superman”). Film opowiada o grupce dzieciaków, którzy znajdują piracką mapę skarbów. W filmie pojawiają się młodzi Josh Brolin,  Sean Astin, Martha Plimpton czy młodociana gwiazda Corey Feldman i znany ze „Świątyni Zagłady” Jonathan Ke Quan. Bardzo ciepło wspominam ten film i bawi mnie niezmiennie do dziś.

7. Stand by me – 1986

Trochę nietypowy wybór, bo to nie typowe kino przygodowe. Grupa chłopców wyrusza na wyprawę by poszukać ciała zaginionego w ich regionie chłopca. Nie spodziewają się, jak bardzo zmieni ich ta wyprawa. Uwielbiam ten film Roba Reinera, który jest jednocześnie adaptacją opowiadania Stephena Kinga ze zbioru „Cztery Pory Roku” (z tego samego zbioru pochodzą „Skazani na Shawshank”). King nadał chłopcom bardzo wyraźne rysy, przenosząc na głównego bohatera wątki autobiograficzne. Ten film to świetna historia o przyjaźni, o ostatniej przygodzie dzieciństwa, która zaczyna jakiś nowy etap w naszym życiu. W rolach głównych ponownie Feldman, nieodżałowany River Phoenix, Wil Wheaton i Jerry O’Connell. Ten film nie jest w Polsce jakoś specjalnie znany, tym bardziej polecam go waszej uwadze.

8. Jurassic Park – 1993

Chyba pierwszy film, który widziałem w kinie kilka razy. I pamiętam do dziś, że wgniótł mnie w fotel. Przełomowy pod względem efektów film Spielberga do dziś robi na mnie świetne wrażenie. W tym roku zdaje się obraz wróci do kin w wersji 3D (po co? tego nie wiem…), a już niedługo do kin ma trafić Jurassic Park IV. Nie lubię żadnego z sequeli tego filmu, ale ta pierwsza część to było coś, co dla dzieciaków mojego pokolenia zaczęło modę na dinozaury. Fabułę chyba zna każdy na ziemi, więc jako ciekawostkę podam tylko fakt, że każde studio miało swojego faworyta na reżysera – Fox optował za Joe Dantem („Gremliny”), Columbia miała Richard Donnera, Warner zaś chciał by obraz zrobił Tim Burton. Michael Crichton wybrał Spielberga i studio Universal po spotkaniu z reżyserem.

9. Mumia – 1999

Przez wielu uważany za tanią kalkę Indiany Jonesa, ale ja bardzo lubię ten film. Uważam, że idealnie łączy awanturniczą fabułę z lekkim humorem, do tego bardzo fajnie nawiązuje do oryginalnego filmu z Borisem Karloffem. Ten film to po prostu dobra zabawa i chętnie do niego wracam. Poza tym to pierwszy większy hit cudownej Rachel Weisz, a ją mogę oglądać we wszystkim. Film spłodził sequele, a przedstawiona w drugiej części postać Króla Skorpiona też doczekała się własnej filmowej serii, skierowanej jednak głównie od razu na rynek DVD.

10. Into the wild – 2007

Człowiek kontra natura. Absolwent uniwersytetu postanawia rzucić obiecujące perspektywy kariery i zamieszkać w środku Alaski.  Finał tej opartej na faktach historii jest tragiczny, ale sama podróż fascynująca. Sean Penn czekał 10 lat na zgodę rodziców bohatera, by móc zrobić ten film. Powstała świetna historia, z dobrze dobraną obsadą. Dodatkowo zdjęcia Erica Gautiera i piosenki Eddiego Veddera sprawiają, że ten film długo się pamięta.

 

I to tyle na dziś. Oczywiście pominąłem całą masę filmów, od „Afrykańskiej Królowej” po „Krwawy Diament”, ale jak ostrzegałem to moja subiektywna lista…

 

 

 

Gwiazda jutra: Chela

17 Sty

Chela jest z Melbourne i z ironią i humorem pisze o starcie swojej potencjalnej kariery na swoim soundcloudzie. Tak naprawdę o tej wokalistce zaczęło być w blogosferze głośno za sprawą kawałka nagranego z Clubfeet, a potem przyszedł kolejny dobry hit nagrany z jedną z wschodzących gwiazd alternatywy ze słonecznej Kalifornii czyli z Goldroomem.

Teraz Chela powoli zaczyna się rozkręcać na własny rachunek, choć np. w przyszłym tygodniu ukaże się jej singiel z Viceroyem – kolejną gwiazdą indie-tanecznej muzyki. Wg. Bandcamp to, co nagrywa Chela podchodzi pod  „alternative comedy disco kids oriental tropical Australia„. Jeśli więc podchodzą Wam takie klimaty, Chela jest kimś wartym uwagi, kto może zastąpić Ladyhawke czy La roux w 2013 roku.

http://bon-chela.bandcamp.com/