Archive | Lipiec, 2012

Mroczny Rycerz Powstaje (recenzja)

30 Lip

Mroczny Rycerz Powstaje/The Dark Knight Rises

Reż. Christopher Nolan

Wyst. Christian Bale, Anne Hathaway, Tom Hardy, Joseph Gordon-Levitt, Gary Oldman, Marion Cotillard

Data premiery (Polska): 27.07.2012r. 

Nim zabrałem się do napisania własnej opinii o dopełnieniu filmowej trylogii Nolana o „Mrocznym Rycerzu”, przejrzałem w internecie co na temat filmu piszą uznani krytycy. Z wielu opinii wychwyciłem dwie naprawdę negatywne. Bartosza Żurawieckiego na Stopklatce oraz Harry’ego Knowlesa na kultowym portalu Ain’t It Cool.

Żurawiecki na starcie pisze, że nie podoba mu sie pomysł mitu o herosie i przez resztę artyułu udowania, że Nolan ma ambicje stworzenia filmu co najmniej na miarę dzieł Dostojewskiego (tak naprawdę Nolan mówi, że inspirował się Dickensowską „Opowieścią o dwóch miastach”), by na koniec stwierdziś, że operetka Straussa daje więcej genderowej satysfakcji. Nie bardzo rozumiem po co więc ktoś, kto tego typu filmów nie znosi, pisze recenzję takiego filmu. Nie ma przecież obowiązku recenzowania każdej premiery. Ja np. nie przepadam za poskimi komediami romantycznymi i ich recenzji tutaj nie zamieszczam.

Z recenzją Knowlesa mam problem nieco inny. Harry bowiem, którego portal czytuje od ponad dekady, na każdym kroku oburza się na odchodzenie od kanonu postaci, oskarżając Nolana o decyzje błahe, pod publiczkę lub nie będące zgodne z duchem komiksu. Cóż, „Batman” Kane’a i „Batman” Millera to z pewnością dwie zupełnie inne postacie. Niemniej jednak Harry ma sporo racji – Nolan chciał za dużo, a by doprowadzić swą historię do końca pozwala sobie na pewne niechlujstwa artystyczne.

Na co więc naszykować się idąc do kina? Na to, że Nolan postanawia spiąć wszystkie wątki z poprzednich dwóch części swej trylogii. Nawiązuje do zdarzeń i postaci zarówno z „Mrocznego Rycerza” jak i „Batmana Początku” – i to nawiązuje obficie, warto więc chyba odświeżyć sobie tamte części, nim człowiek wybierze się na nową.

Warto też wyposażyć się w poduszkę, by wytrwać dwie godziny i czterdzieści minut. I choć film nie nudzi to jednak mnie naprawdę wciągnął mniej więcej do pierwszego wielkiego zwrotu akcji. Potem tempo stało się nierówne, zaczęły pojawiać się logiczne niejasności, a nierówny upływ czasu w filmowym świecie sprawił, że napięcie gdzieś zaczęło sie ulatniać. Wróciło potem w końcówce, ale też nie do końca.

Warto przygotować się na wizualną ucztę. W swój pożegnalny film operator Wally Pfister włożył naprawdę sporo serca, dzięki czemu akcja jest tu naprawdę niezła, a pompatyczna muzyka Hansa Zimmera doskonale pasuje do charakteru zwłaszcza tej części trylogii.

Na koniec warto odłożyć na półkę swoje oczekiwania. Po mrocznym i prawie realistycznym „Mrocznym Rycerzu” ostatnia część to wyprawa w rejony zdecydowanie bardziej komiksowe. Nie sposób już brać tego filmu na poważnie, kiedy w tle pojawia się zagrożenie bombą atomową – jakże komiksowe i jakże nie-Nolanowskie.

„Batman” od zawsze był moim ulubionym bohaterem komiksowym. Christopher Nolan zrobił naprawdę świetną adaptację i postawił poprzeczkę na sporej wysokości. Nie potrafię być wobec tego filmu tak krytyczny jak recenzenci opisani powyżej i przyznaję – film bardzo mi się podobał, acz nie pozostaję ślepy i głuchy na jego liczne wady. Warto więc pamiętać o tym, że to w końcu tylko współczesny mit, kino akcji okraszone dobrym aktorstwem i świetnymi wizualiami. Wtedy „Mroczny Rycerz Powstaje” powinien zaspokoic wasze oczekiwania.

Nowe Horyzonty – Czilijskie bezdrożą i amerykańskie odludzie

28 Lip

Od czwartku do niedzieli/ De jueves a domingo

Reż. Dominga Sotomayor Castillo

Wyst. Santi Ahumada, Emiliano Freifeld, Paola Giannini, Francisco Pérez-Bannen, Jorge Becker, Axel Dupré

Data premiery: 2012

Dominga Sotomayor Castillo przywiozła do Wrocławia swój debiutancki pełnometrażowy film. Otrzymała już za niego Złotego Tygrysa na festiwalu w Rotterdamie. Leniwie snujacy sie melancholijny obraz nie jest z pewnością dla każdego, mnie na pewno jednak nie pozostawił obojętnym.

Lucia to kilkuletnia dziewczynka, którą wraz z jej mlodszym bratem czeka wyprawa z rodzicami, by zobaczyć ziemię na innym końcu kraju. To prawdopodobnie ostatnia taka wyprawa, ponieważ rodzice rozważają rozwód. Lucia domyśla się wielu rzeczy, której nie chcą powiedzieć jej rodzice…

To bardzo ciekawy formalnie film. Jego spora część dzieje się we wnętrzu samochodu. Samochodu jadącego przez przepiekne pustkowai Chile. Wszystko obserwujemy jakby z perspektywy dziewczynki – to czego nie słyszy lub nie widzi ona, nie widzi też widz. Ale podobnie jak mała bohaterka domyślamy się wielu niewypowiedzianych konfilktow między dorosłymi.

Ciekawy eksperyment jednych znudzi, mnie ta historia wciągnęła i mimo pewnej sztampy w trzecim akcie podobała mi sie bardzo rola obserwatora, podobały mi sie też wspaniałe zdjęcia Bárbary Álvarez oraz doskonała Santi Ahumada w roli Lucii. Z pewnością warto ten film zobaczyć, choć niektórych może on znudzić.

Siostra Twojej Siostry/Your sister’s sister

Reż. Lynn Shelton

Wyst. Mark Duplass, Rosemarie De Witt, Emily Blunt

Data premiery (Polska): 17.08.2012

Antykomedia romantyczna. Lynn Shelton ponownie współpracuje z Markiem Duplassem – jedną z bardziej rozpoznawalnych twarzy kina niezależnego by w niegłupi i naprawdę zabawny sposób opowiedziec nam w sumie całkiem oryginalną historię.

Iris zaprasza swojego najlepszego kumpla Jacka na wakację do domku swych rodziców, by ten miał czas w końcu odpocząć i ułozyć sobie w głowie wszystko po śmierci swego brata, a byłego chłopaka Iris. Na miejscu Jack niespodziewanie Jack spotyka Hannę – siostre Iris. Wkrótce tworzy sie nietypowy emocjonalny trójkąt, który wystawi na próbe relacje całej trójki.

Rzadka w obecnych czasach sprawa – komedia romantyczna, która jest autentycznie zabawna. Gdzie romansu jest nawet nieco mniej niż akcentów komediowych. Ogromną zaletą filmu są Emily Blunt i Rosemarie De Witt w roli sióstr. Sporo scen wydaje sie też improwizowanych, a dzieki temu bardziej autentycznnych. Powstał film dla każdego – niewymagający, ale też nie obrażający inteligencji widza; prosty, ale nie banalny. Warto.

Long Story Short 008

25 Lip

Kontrowersyjny klip Grandmadonny (jak złośliwie nazwali gwiazdę niektórzy internauci) z jej ostatniej trasy, która już w przyszłym tygodniu zawita do Polski. Ja już raz na jej widowisku byłem, widziałem, wiem o co chodzi i to nie do końca dla mnie. Nie wiem, czemu Marie Le Pen się obraża na ten klip, ale domyślam się, że gdyby był to ktoś z prawicy polskiej, sytuacja byłaby podobna, jak nie dużo gorsza. A i tak ktoś tam sobie protestuje, że gwiazda depcze kolejne polskie rocznice i narodowe świętości. Ja zaś jak patrzę na ten klip to żałuję, że nie robi ona tak ciekawych i odważnych teledysków, a serwuje nam dziadostwo jak ubiegłotygodniowa premiera „Turn up the radio”.

Crystal Castles zapowiedzieli na wrzesień premierę trzeciej płyty. I to jest świetna wiadomość dla wszystkich fanów Alice i Ethana i ich pokręconej elektronicznej muzyki. Czas oczekiwania umili nam pierwszy singiel, którego możecie posłuchać powyżej. Dobre granie.

Pierwszy trailer do ponoć dobrej „Yumy” ujrzał światło dzienne. Mnie jakoś nie przekonuje. Nie czuję rytmu filmu ani klimatu póki co. Niemniej do kina zapewne się wybiorę, jeśli dla niczego innego to choćby tylko dla Jakuba Gierszała.

Nowy singiel The Killers i, niestety, równia pochyła, jeśli chodzi o mnie. Jak wspomnę sobie 2005 rok i moje uwielbienie dla płyty „Hot Fuss”, a potem posłucham tego, to dopada mnie irytacja. To samo mam zresztą z zespołem Muse, który też odkryłem w pamiętnym 2005, a teraz ak słyszę ich hymn olimpijski to zgrzytam zębami. Dobrze, że z tamtych czasów został mi jeszcze Kasabian.

Thomas Jane podjął próbę uratowania postaci „Punishera” i (ponoć) za własne pieniądze wyprodukował krótkometrażowy film, który jest bardziej w duchu ultrabrutalnego komiksu. Część fanów zareagowała ekstatycznie (bo i faktycznie filmik ten udał się bardziej niż dwie pełnometrażowe adaptacje komiksu), część zaś wkurza się na aktora za przyczynienie się do marnej jakości dwóch obrazów o „mścicielu. Mi osobiście podoba się taki pomysł na tę postać. Nie wiem czy dwugodzinny naszpikowany przemocą film o przygodach Franka Castle to to, czego potrzebujemy jako widzowie.

Nowe Horyzonty – Tylko wyobraź to sobie sobie

25 Lip

Jesteś Bogiem

Reż. Leszek Dawid

Wyst. Marcin Kowalczyk, Katarzyna Wajda, Dawid Ogrodnik, Tomasz Schuchardt, Arkadiusz Jakubik

Data premiery (Polska): 21.09.2012r.

Nie jestem fanem poprzedniego filmu Leszka Dawida. „Ki” pomimo dużej sprawności realizacyjnej irytowała mnie i drażniła i, nawet jesli taki był zamysł reżysera (a wiem że częściowo był), denerwowała jakimś takim światem filmowym, w którym się nie odnalazłem. W który ciężko mi było uwierzyć.

Kiedy więc usłyszałem, że twórca ten kręci film o Paktofonice – zespole absolutnie kultowym dla mojego pokolenia prawie 30-latków, zachowałem ostrożną rezerwę. Niepotrzebnie. „Jesteś Bogiem” to naprawdę dobrze opowiedziana historia, która świetnie oddaje klimat swych czasów.

Fokus, Rahim i Magik skłądają muzyczny pakt. Ich historię znają praktycznie wszyscy. Od początku wiemy, że Magik popełni samobójstwo, tym samym jeszcze dodając tragiczną kropkę nad „i” do legendy jednego z najlepszych składów w historii polskiego hip-hopu.

Świat, który obserwujemy na ekranie – ta Polska interesów załatwianych pod marketem i w polonezach, końcówki dekady transformacji – został wykreowany po mistrzowsku. Z sali co rusz padały parsknięcia śmiechu, kiedy na ekranie pojawiały się wynalazki dziś juz zapomniane, jak chocby walkman. Brawa dla Dawida za odtworzenie tego klimatu.

Jeszcze większy szacunek należy mu się jednak za dobór obsady. Panowie Schuhardt, Kowalczyk i Ogrodnik tworzą niesamowite kreacje, pokazując że mogą szybko stać się gwiazdami w swym aktorskim pokoleniu. Idealnie wtopieni w swe postacie. Nigdy nie brak im wiarygodności. Również drugi plan jest starannie dobrany, a szczególne uznanie należy się Arkadiuszowi Jakubikowi za sportretowanie Gustawa – późniejszego wydawcy zespołu. To naprawdę świetnie dobranny zespół aktorski bez jednej pomyłki.

Trzeci wielki plus to komercyjny potencjał. Film nie jest nazbyt ambitny, jest wręcz „komercyjny” w swymi miksowaniu elementów poważnych i lekko humorystycznych. Niewątpliwie jest to historia przejmująca, ale Dawid nie popełnia grzechu wielu polskich twórców i nie maluje jedynie odcieniami smutku i szarości. Nawet jeśli czasem zdarzy się jakiś kiks czy banalny moment, rewanżuje to w pełni cała reszta. Oczywiście całości dopełnia muzyka, nad którą czuwali Rahim i Fokus – czyli 2/3 dawnej Paktofoniki.

Dla ludzi, którzy w młodości słuchali zespołu będzie to pozycja obowiązkowa, nasączona nostalgią za tamtymi czasami. Reszcie pozostaje czerpać z tej doskonale opowiedzianej i wyreżyserowanej historii. Wszystkie nagrody w Gdyni w pełni zasłużone. Myślę, że może to być ogromny kinowy hit.

Nowe Horyzonty – Xavier, Xavier… co z Ciebie wyrośnie?

24 Lip

Na zawsze Laurence/Laurence anyways

Reż. Xavier Dolan

Wyst. Melvil Poupaud, Suzanne Clement, Nathalie Baye

Data premiery (Polska): 9.11.2012r. 

Trzeci pełnometrażowy film młodego kanadyjczyka, okrzykniętego kanadyjskim Almodovarem, rozczarowuje. Formalnie to po raz kolejny ta sama bajka co w „Wyśnionych Miłościach”, tematyka również dotyka znów seksualności, a na pierwszym planie jest miłość i trudne stosunki między ludźmi.

Laurence Alia to trzydziestoparolatek, nauczyciel literatury. Freddie to miłość jego życia. Para to niezwykła, pełna energii, szalonych pomysłów i przeciwna wszelkim konwencjom. Wszystko zmienia się, gdy Laurence oświadcza ukochanej, że tak naprawdę czuje się jak kobieta uwięziona w ciele mężczyzny. I że chce coś z tym zrobić… Następne 10 lat pokaże nam, jak ten krok zmieni życia i relacje bohaterów.

Najgorsze chyba w tym filmie jest to, że w środku kryje się film, który w sposób inteligentny i pełen zrozumienia podejmuje temat przemiany jednej osoby w zupełnie inną jej wersję. Niestety film ten zostaje zakłócony nadmiarem wątków, kiczowatych elementów i niezbyt dobrych dialogów, którym krytyczne spojrzenie i umiejętne podcięcie (o co najmniej 40 minut) wyszłoby zdecydowanie na dobre.

Bo Dolan nie wie, jaką historię chce nam opowiedzieć. Czy o przemianie Laurence’a, czy o reakcji społęczeństwa na nowego niego, czy o jego relacji z Freddie, czy o relacjach Laurence’a z matką czy o odkrywaniu przez niego nowego świata „freaków”. W rezultacie dostajemy film rozlazły i przydługi, w którym kilkakrotnie tempo nieznośnie siada, a niektóre sceny wydają się wydumane, a czasem wręcz wzięte z księżyca.

To co Dolan z kolei wie – to jak komponować kadry, bawić się światłem i dobierać soundtrack. Dolan żongluje muzycznymi stylami, od klasyki (Prokofiew, Beethoven), przez hity lat 80-tych i 90-tych (The Cure, Depeche Mode, sensacja jednego przeboju Visage), po niszowe kompozycje Fever Ray czy Craiga Armstronga. Niektóre sceny z powodzeniem możnaby puszczać osobno jako teledyski. Szkoda tylko, że już to widzieliśmy – w poprzednim filmie reżysera – „Wyśnionych Miłościach”, a pochwalony za tamten film reżyser zdaje się tym razem popisywać głównie umiejętnością pięknej kompozycji kadrów i dobierania odpowiedniego soundtracku.

Dolanowi marzyła się prawie trzygodzinna epopeja, ale pomysłów było trochę za dużo, tak samo jak ego i wyszło, jak wyszło. Miejscami jest to kino świetne (sceny szkolne, wybuch Fred przeciw politycznej poprawności, epilog), miejscami wybitnie irytujące (spora część drugiej połowy filmu, kolejne ujęcia dopalanych papierosów…).

Mimo wszystkich nierówności nie jest to jednak zły film (przy okazji tytuł jest błędnie tłumaczony jako „Na zawsze Laurence” – powinno być coś w rodzaju „W każdym razie Laurence”), ale mam nadzieję, że z tej ambitnej porażki wynurzy się Xavier Dolan, który następnym razem nas zaskoczy, zamiast chwalić się odgrzewanymi kotletami na zdecydowanie za długim obiedzie.

 

Nowe Horyzonty – Przypowieść o bestiach

24 Lip

reż. Benh Zeitlin

wyst. Quvenzhane Wallis, Dwight Henry

Data premiery (Polska): 12 października 2012r. 

Drugi film, jaki miałem okazję zobaczyć na tegorocznym festiwalu to rewelacja z tegorocznych edycji festiwali Sundance i Cannes.

Kilkuletnia Hushpuppy żyje z ojcem w nietypowej wiosce na obrzeżach wielkiego miasta. Nie wiemy czy to świat po jakiejś apokalipsie, czy też może zapomniany jego kawałek współcześnie. W pobliżu znajduje się miasto, chronione przez tamę. Woda jest największym zagrożeniem dla mieszkańców Bathtub. Mieszkańcy Ci to banda odszczepieńców, współczesnych podstarzałych hipisów i alkoholików. Ojciec nie okazuje Hushpuppy miłości, traktuje dziewczynkę specyficznie, a mała musi być dostatecznie samodzielna by nie oczekiwać żadnej pomocy spoza miasteczka.

„Bathtub” to nazwa własna, ale też w końcu wanna – miejsce do którego napuszczamy wodę by się oczyścić, a potem wylewamy brudne mydliny. Bohaterom żyje się tam inaczej. Już na starcie opowieści widzimy jakieś lokalne święto – ponoć jest ich tam mnóstwo, podczas gdy w pobliskim mieście ludność „bawi się jedynie raz do roku”. To miejsce nie chce przystosować się do reguł świata zewnętrznego. Oznacza to jednak walkę. Brutalna rzeczywistość, reprezentowana w koszmarach Hushpuppy przez prehistoryczne monstra, w końcu dotrze do bram miasteczka…

Obraz debiutanta Benha Zeitlina pokazuje ogromny potencjał. Reżyser ma pomysł na język filmowy, konsekwentnie buduje wizję filmowego świata, okrasza to wszystko niesamowitymi muzycznymi motywami. Snuje przypowieść, w której metafora goni metaforę. Mnie ta metaforyczność miejscami męczyła, niemniej ciężko mi nie podziwiać ogromu pracy włożonego w ten film, jak i ogromu talentu jaki w nim widać. Brawa dla Quvenzhane Wallis, która tworzy kreację na miarę Anny Paquin z „Fortepianu” (inna sprawa czy dziewczynka w ogóle jest świadoma, czy gra…). Dwight Henry – amator, który wciela się w jej ojca równiez jest doskonały – tworzy obraz rozdartego szaleństwem i chorobami człowieka, skrzywdzonego przez życie, który jednocześnie stara się być dobrym ojcem – w swoim własnym specyficznym rozumieniu tej roli. Na brawa zasłużył też operator kamery. Wypełnia on obraz szczegółami i choć ogólny styl filmu jest surowy, łatwo zachwycić się drobnymi szczegółami, jak pyłki na wietrze czy bulgotanie wody. Zachwyca również wspaniała, pełna rytmów z południa USA muzyka (współautorstwa samego reżysera) oraz sugestywna scenografia.

Nie do końca porwał mnie ten obraz, ale nie odmawiam mu ani uroku ani twórcom talentu. Jeden z ciekawszych obrazów sezonu i jeden z tych autorów, na których kolejne filmy będzie się wyczekiwać. Warto przekonać się samemu.

Nowe Horyzonty – Miłość i śmierć

24 Lip

Miłość/Amour

reż. Michael Haneke

wyst. Jean Louis Trintignant, Emmanuelle Riva, Isabelle Hupert

Data premiery (Polska): 2 listopada 2012r.

Mam ostatnio niezwykłe wręcz problemy z komputerami, którym dały się we znaki burze, braki baterii i inne przyziemne przeszkody które sprawiły, że nie mogę pisać tyle ile bym chciał.

Niemniej ruszył 12 MFF T-Mobile Nowe Horyzonty i żal byłoby nie napisać o tym, co tam widziałem.

Na otwarcie pokazano aż 3 filmy przy czym gala odbyła się (na moje nieszczęście) wraz z wybranym przeze mnie filmem „Miłość” – najnowszym dziełem 70-letniego już Michaela Haneke. To dla niego film nie do końca typowy. Zwykle Haneke na tapetę brał mroczne strony ludzkiej natury, doszukiwał się zła w zwykłych sytuacjach i ludziach, wydobywał na wierzch niepokój i cały czas sprawiał, że niezręcznie wiercimy się w hotelowych fotelach.

Tym razem Haneke opowiada historię, która jest prosta. Co nie znaczy, że łatwa w odbiorze. Georges i Anne (Jean Louis Trintignant i Emmanuelle Riva) to małżeństwo, które przeżyło razem kilka dekad. Teraz, na skraju życia, gdy Anne dopadnie choroba okaże się, co to właściwie jest „miłość”.

Ten film wymaga od widza absolutnego skupienia. Mistrzowska oko reżysera wprowadza nas do intymnego świata pary głównych bohaterów. Widzimy ich, pogodzonych z własnym losem. Jednocześnie kibicujemy ich próbom odejścia na tamten świat na własnych warunkach. Wybitne kreacje aktorskie podparte doświadczeniem i osobowościami aktorów. Intymny nastrój, smutek który przeszywa całe ciało. Haneke demitologizuje starość, pokazuje jej najstraszniejsze oblicza – niesamodzielność, samotność, choroba… Robi to z prawie dokumentalnym zacięciem i w takim właśnie stylu. Powstaje dzieło, które pochłania widza. Kontrowersyjne dla niektórych zakończenie dla mnie jest wyrazem odwagi głównego bohatera, bynajmniej nie ich wspólnej klęski.

Czy jest to arcydzieło i najlepszy film reżysera, jak zapowiedział Roman Gutek przed seansem? Moim zdaniem nie (ten tytuł należy w moim prywatnym rankingu do poprzedniego filmu reżysera).  Niemniej to film z najwyższej półki. Jeśli będziecie polecać ten film znajomym, pamiętajcie: to nie jest film dla starych ludzi. Dla nich może być nazbyt bolesny.